Ogniem malowane

Ogniem malowane

Artysta-samouk, dziennikarz i tłumacz z języka polskiego Bogdan Pilipiw z Rożniatowa w obw. iwanofrankiwskim, maluje ogniem ikony i kopie obrazów znanych malarzy.

W skali Ukrainy jest artystą wyjątkowym, jego praca wymaga precyzji, jest wyczerpująca i trudna. Bogdan Pilipiw stworzył setki dzieł starym pirografem – urządzeniem do wypalania na drewnie. Dziś jego obrazy, które na pierwszy rzut wyglądają jak stare fotografie, są w kolekcjach prywatnych w Polsce, Ukrainie, Włoszech, Rosji, Hiszpanii, Izraelu, Niemczech, USA i Kanadzie. Niedawno w Warszawie odbyła się wystawa prac artysty pod tytułem „Piękno stworzone ogniem”. Jedną ze swych najlepszych prac – portret Jana Pawła II – pan Bogdan sprezentował warszawskiej świątyni Opatrzności Bożej, na znak czci dla wielkiego Polaka.

O swej twórczości Bogdan Pilipiw opowiada czytelnikom Kuriera Galicyjskiego.

(Fot. z archiwum Bogdana Pilipiwa)Można Pana nazwać „artystą rylca i ognia”. Skąd u pana takie niezwykłe zainteresowania?
Jeszcze w szkole, gdy na zajęciach z prac ręcznych wypalaliśmy na drewnie różne wizerunki, kwiatki, ptaki, bardzo mnie to zainteresowało. Powróciłem do tego podczas służby w wojsku. Tam dekorowałem żołnierzom albumy z okazji demobilizacji. Bardzo się to wszystkim podobało, nawet dowódcom. Zacząłem tworzyć obrazy dla oficerów. Później, podczas studiów w Instytucie Poligraficznym we Lwowie, odebrałem wykształcenie jako grafik książkowy. Ale swoje praktyczne umiejętności zdobywałem psując wiele swoich dzieł.

Jak Pan „maluje” ogniem?
Przede wszystkim wybieram odpowiednią deskę. Zaczynałem wypalanie od desek cedrowych. Nie jest łatwo dostać taki materiał, bo jest to rzadkie i cenne drewno. Zdarzało się, że cząsteczki desek rozcinałem i kleiłem pod prasą. Otrzymywałem deszczółki o grubości 1 cm. Drewno jest bardzo miękkie, więc nie zawsze linie są dokładne, a powierzchnia szybko zadymia się. Próbowałem tworzyć również na białym drewnie topolowym, ale obecnie tworzę na wielowarstwowej sklejce.

Pracę rozpoczynam od tego, że szlifuję powierzchnę drewna papierem ściernym, nanoszę rysunek ołówkiem, a potem zaczynam działać pirografem. Pracuję po 6 – 8 godzin dziennie z niewielkimi przerwami. Przesiaduję po kilka godzin nocą. Na jeden obraz tracę średnio około trzech tygodni.

(Fot. z archiwum Bogdana Pilipiwa)Proszę opowiedzieć coś o swoim narzędziu?
Jest ono bardzo proste. Składa się z niewielkiego pudełka, gdzie zamontowane jest urządzenie do zmiany natężenia prądu. Przewodem połączone jest z obsadką, na którym zamiast stalówki jest wygieta spirala. Wyglada ona jak małe kopytko. Spiralka nagrzewając się pod działaniem prądu wypala na drewnie drobną siateczkę. Nakładam ją w granicach wypalonych linii konturowych. Im więcej takich „siateczek” – tym ciemniejszy kolor wizerunku otrzymuję. Z daleka wyglada to, jak by było namalowane, a nie wypalone. Tworzę dzieła różnych rozmiarów: od 14×20 cm do 100×80 cm.

Dlaczego zajął się Pan tworzeniem ikon?
A kim jesteśmy bez Boga? Pan daje mi siły, natchnienie, zdrowie. Jestem bezgranicznie szczęśliwy, że mogę Go przedstawiać. Chociaż w swej twórczości mam nie tylko dzieła o tematyce religijnej. Są pejzaże, portrety. Mam też portret papieża Jana Pawła II, z którego jestem dumny. W swoim czasie bywałem w Rzymie na nabożeństwach odprawianych przez Jana Pawła II. Wtedy postanowiłem, że muszę sportretować go ogniem.

Za swoją najważniejszą pracę uważa Pan „Giocondę”.
Pomysł na odtworzenie Giocondy nosiłem w sobie przez 20 lat. Sam obraz tworzyłem miesiąc. Siedziałem po kilka godzin w dzień i nocy. Aby zrozumieć, czy kopia jest doskonała, Gioconda powinna spoglądać na ciebie z każdego punktu. Jest to jedyna moja praca, której nigdy nie sprzedam. A reszta moich prac – ponad setka – dawno rozeszła się do kolekcji prywatnych na całym świecie.

Sabina Różycka
Tekst ukazał się w nr 2 (198) za 31 stycznia – 13 lutego 2014

X