Odkrywając Ukrainę

Odkrywając Ukrainę

Od pewnego czasu nurtowała mnie myśl – idea, chęć zrealizowania projektu, który przybliżyłby ludziom Ukrainę.

Tę, którą dobrze znam, kocham, od której lśnią moje oczy. W taki sposób narodził się pomysł zorganizowania indywidualnych, kameralnych podróży moim autem dla kilku – maksimum 5 osób. Okazało się to wielką przyjemnością, bo podczas podróży udało mi się nawiązać kontakt z każdym z moich gości. Właśnie „gości”, bo dzieliłem z nimi swoją przestrzeń i „swoją” Ukrainę.

Odważyłem się ogłosić na FB anons wycieczki po mało znanych pałacach w okolicach Kijowa i Winnicy. Większość tych pałaców, należało kiedyś do Polaków. Zgłosiła się jedna rodzina, ale po kilku dniach okoliczności się zmieniły i zrezygnowali z wyjazdu. Musiałem szukać kolejnych chętnych. Pomimo krótkiego terminu skompletowałem pełen samochód.

Fot. Dmytro Antoniuk

Z pewnym zdenerwowaniem oczekiwałem o ustalonej 8:00 rano przy stacji metra „Żytomierska” na swoich pierwszych turystów. Ciekawe, że w grupie znalazła się pani Agnieszka Piasecka z Warszawy, także współpracowniczka KG, pracująca w Kijowie w Fundacji Otwarty Dialog, więc podróż od razu nabrała bardziej „polskiego” kolorytu. Wszyscy zebrani uczestnicy pierwszej wycieczki rozumieli po polsku, a część nawet rozmawiała w tym języku.


Fot. Dmytro Antoniuk

Pierwszy nasz przystanek ma wyraźnie polski charakter – pałac Zygmunta Chojeckiego w Tomaszówce w obwodzie kijowskim. Ten zabytek szczegółowo opisałem w II tomie „Polskich pałaców i rezydencji na Ukrainie”, więc poprzestańmy na dniu dzisiejszym. Zakonnicy prawosławnego klasztoru (moskiewskiego patriarchatu), którzy tu zamieszkują od początków roku 2000 nadal aktywnie rozbudowują i porządkują teren. Szczególnie intensywne prace toczą się tam, gdzie niegdyś był park, a w okresie sowieckim – śmietnisko. Obecnie wybudowano nową cerkiew, altanę, wykańczane są schody. Tym razem udało się zwiedzić mini-ZOO, gdzie najwięcej jest strusi i emu. Są tu też inne ptaki dekoracyjne i konie. Ponieważ przyjechaliśmy w niedzielny poranek, w głównej świątyni klasztoru, położonej w byłym pałacu Chojeckich, odbywało się nabożeństwo. Ludzi dużo. Po raz pierwszy mam możliwość wejść do wnętrza. Od razu w oczy rzucają mi się olbrzymie piece kaflowe. Jasne, że pochodzą jeszcze z czasów przedrewolucyjnych. Są one we wszystkich trzech pomieszczeniach, dokąd udało mi się zajrzeć. Robić zdjęć się nie odważyłem. Moich gości zadziwił olbrzymi mur forteczny z wieżami, który otacza klasztor, a również dekoracyjne kwietniki i sztuczna grota.

Fot. Dmytro Antoniuk

Kolejną miejscowością jest Fastów. Trochę zbłądziłem, zanim trafiłem do wspaniałego neogotyckiego kościoła p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego z 1911 roku. Pieniądze na jego budowę przekazali Braniccy i istnieje przypuszczenie, że niektóre detale są autorstwa Emilio Sali – włoskiego rzeźbiarza, współpracującego z Władysławem Horodeckim. W okresie stalinowskich represji wielu parafian zostało uwięzionych (w tym też ks. Franciszek Andrusiewicz) i zamordowanych. Ich pamięci poświęcona jest tablica w świątyni. Komuniści założyli w kościele magazyn, który zniszczył wnętrza. Dopiero w 1989 roku wierni katoliccy zwrócili się z prośbą do kosmonautki Walentyny Tereszkowej o zwrot świątyni. Następnego roku władze zwróciły wiernym kościół. Zabytek szybko odnowiono, w czym pomogły liczne polskie firny i osoby prywatne. Teraz można zobaczyć tu odzianych w białe habity dominikanów. Przy kościele działa ich klasztor. Pierwszym dominikaninem po zwrocie świątyni, który przyczynił się w dużym stopniu do jej odrodzenia, był o. Zygmunt Jan Kozar. Na jego cześć plac przed kościołem nazwano jego imieniem.

Fot. Dmytro Antoniuk

Następna jest Kożanka. Drewniana cerkiew MB Nieustającej Pomocy z 1758 roku. Mamy szczęście! Jest otwarta, bo jest niedziela. Chociaż wioska jest dość rozległa, ludzi w świątyni niewiele. Ale znów nie udaje się sfotografować wnętrza. Według legendy, cerkiew stanęła kosztem hajdamaków – za zrabowane pieniądze.

Jedziemy do wielkiej rezydencji Iwana Susłowa w Bukach – miejsca, które, po pierwsze, jest po drodze; a po drugie – do którego warto zajrzeć. Gdy dojechaliśmy z Kożanki mniej lub bardziej asfaltową szosą, wyszło słoneczko. Cudowny dzień! Olbrzymia cerkiew św. Eugeniusza, za projekt której autor otrzymał nagrodę państwową, również jest otwarta. Niewyobrażalnej wielkości kryształowy żyrandol zwisa dokładnie w centrum świątyni. Pozłacany ikonostas wykonany jest z marmuru. W podziemiach – baptysterium ze stolikami obitymi białą skórą. Dzieci są tu chrzczone nieodpłatnie – tak przynajmniej twierdzą ochroniarze. Obok świątyni – olbrzymia dzwonnica św. Daniela. Nazwana tak na cześć ojca prezydenta Leonida Kuczmy, który swego czasu uratował syna Iwana Susłowa poprzez zdobycie rzadkich leków. Oficjalnie pieniądze na swoją rezydencję rodzina Susłowych zgromadziła zajmując się rolnictwem. Wszystko jest możliwe, bo przemysł zbożowy przynosi najwyższe dochody na Ukrainie. Widzimy tu dobrze znaną mi z dzieciństwa fontannę „Ruletka”. Przed obecną rekonstrukcją Majdanu w Kijowie była tam, gdzie teraz na Majdanie stoi brama z postacią archanioła Michała. Gdy miałem bal maturalny, to nawet zgodnie z rytuałem, wykąpałem się w tej fontannie. Mam nawet pamiątkowe zdjęcie. Susłow przewiózł części fontanny z magazynów w Kijowie, gdzie przepadały kurzem, do Buków, odtworzył brakujące fragmenty i teraz to dziwo cieszy miejscowych i turystów, których jest tu wielu. Od czasu mego ostatniego pobytu zjawiła się tu restauracja, nowe rzeźby, ławki ze stolikami. Poruszać się po terenie można bezpłatnie, wstęp płatny tylko na Bajkową Polanę i do ZOO. Ale i tu opłata jest symboliczna – 10 hrywien. W ZOO gości najbardziej zachwycają niedźwiedzie i lew. Przed klatkami tablica z ostrzeżeniem: „Nie wchodzić za ogrodzenie. Kara – jeden palec”. Po prawdzie, szkoda mi tych niedźwiedzi i lwa, bo to nie jest dla nich dobre miejsce. Moi goście byli tego samego zdania. W drodze powrotnej podziwiamy nową altanę z misternym okuciem, w którym umieszczono „Kamień życzeń” przywieziony tu z Kany Galilejskiej, gdzie Chrystus przemienił wodę w wino. Oglądamy jeszcze prywatny dom dziecka, wystawiony przez Susłowych, gdzie mieszka i uczy się około dziesięciorga dzieci. Ruszamy dalej.

Wioska Krupoderyńce, a w niej posiadłość dyplomaty carskiego Mikołaja Ignatiewa. Trochę byliśmy spóźnieni, ale miałem telefonicznie uzgodnione z miejscowym wiekowym już kapłanem, że wpuści nas do cerkwi, gdzie został pochowany Ignatiew. Staruszek siedział pod cerkwią, ale stanowczo odmówił wpuszczenia nas do wewnątrz. Nie pomogły nasze prośby i namowy. Powiedział: „Nie mogę chodzić, a kluczy wam nie dam”. I tak z niczym idziemy obok, do budynku dyplomaty, w części którego jest muzeum. Nie mogę dodzwonić się do osoby, która go pilnuje. Okazuje się, że przed chwilą minęliśmy się, a znów tu będzie bardzo późno. Ot, tak! W Krupoderyńcach szczęścia nie mamy. Dzięki Bogu, że nikt nie narzeka.

Nareszcie Spiczyńce – ostatni punkt naszego programu. Tu też mam umowę z dyrektorem szkoły, panem Witalijem. Szkoła mieści się w dawnym pałacu Tyszkiewiczów. Zachowały się tu wspaniałe wnętrza. Tzw. świetlica lub niewielkie muzeum, gdzie zebrano resztki starych mebli, odzieży i prac uczniów, ma wspaniale dekorowany w polskie orły, trzymające w dziobach pochodnie, strop. Nad schodami, na klatce schodowej przedstawiony jest jakiś mityczny bohater z lwem i kozłem. Pan Witalij twierdzi, że kiedyś dawno Tyszkiewiczowie odwiedzili swoją posiadłość, ale niczym nie wspomogli. Zastanawiamy się z panią Agnieszką, jak tu pomóc. Możliwie, że zorganizujemy latem wolontariuszy z Polski. Na zewnątrz ze smutkiem oglądamy ruiny XVIII-wiecznej oficyny z czasów Sobańskich, którą pamiętam jeszcze w całości. Dyrektor Witalij wspomina: „Tu chodziłem do przedszkola. Ale budynek był już w takim stanie, że trzeba było go rozebrać, żeby nie zawalił się na dzieci”. Tak jeden po drugim odchodzą w niebyt nasze zabytki. Smutne.

Fot. Dmytro Antoniuk

Ostatnie promienie niedzielnego dnia wspaniale oświetlały pałac, na wyszczerbionych schodach którego robimy ostatnie pamiątkowe zdjęcie. Pierwsza moja wycieczka udała się bez większych niespodzianek. Ale najważniejsze, że potwierdziła zasadę: „Jeżeli coś chcesz osiągnąć – spróbuj”. Niepowodzenie też jest dobrą nauczką.

Fot. Dmytro Antoniuk

Tymczasem, pomimo końca sezonu turystycznego, mam w planach kontynuację takich indywidualnych wycieczek. Już kompletuję kolejną grupę chętnych zwiedzić pałace Ziemi Winnickiej. Nie ograniczam się jedynie do wycieczek w okolicach Kijowa. Planuję wyprawy do Lwowa, na Ziemię Lwowską, Wołyń, Podole i Przykarpacie. Wszędzie tam byłem i tą przestrzenią chcę podzielić się z Państwem. Rad będę każdemu mailowi na: dmytroan37@gmail.com lub zgłoszenie telefoniczne: +38 067 245 39 94.

Wędrujmy wspólnie!

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 23–24 (243–244) 18 grudnia 2015 – 14 stycznia 2016

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X