O Bołszowcach raz jeszcze…

O Bołszowcach raz jeszcze… Wręczanie darów przez polskich studentów proboszczowi bolszowieckiego kościoła o. Mikołajowi Oraczowi (fot. Mirosław Furmanek)

Czyli o pracy do późna, darach i schodach do krypty hetmana.

Listopadowy krótki dzień. Sobota. Jutro 11 listopada. Na plebanii w Haliczu znów gwarno. Zjechali studenci z Wydziału Architektury Politechniki Gliwickiej oraz Instytutu Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.

Jest też pani Wiesława Holik, społeczny koordynator i inicjatorka odbudowy bołszowieckiego sanktuarium. Bez niej nie ma tu niczego. Ptak nie przeleci, mysz się nie przeciśnie. Murarze nie dostaną pieniędzy, nie otynkują żadnej ściany, a doskwierający chłód zabije wszystkich. Jest kadra naukowa i oczywiście ojcowie franciszkanie. Tym razem przyjechała też pani Zofia Żółkiewicz z Katowic, która już wcześniej ofiarowała niebagatelną kwotę 20.000 złotych na dach odbudowywanego sanktuarium. Przyjechała i tym razem nie z pustymi rękami. Jutro, po mszy w zrujnowanym wciąż sanktuarium, na ręce bołszowieckiego proboszcza – ojca Mikołaja Oracza wręczone zostaną przywiezione przez nią dary: kielich, puszka na komunikanty, patena. Do darów dołączają się też studenci. Przywieźli ze sobą kryształowe ampułki i welon. Przekazane zostanie też tabernakulum, ufundowane przez anonimowego(!!!) darczyńcę z Krakowa.

Pora późnego obiadu. Pod halicką plebanię zajeżdża ostatnia grupa studentów prosto z archeologicznych „wykopków” wewnątrz bołszowieckiego kościoła. „My tylko na chwilę – zaraz jedziemy z powrotem. Do północy zostało jeszcze trochę czasu. W wykopie wewnątrz kościoła odkryliśmy schody. Alabastrowe. To nie może być przypadek. Może prowadzą do krypty hetmana Kazanowskiego”. Emocje udzielają się wszystkim. Po krótkim obiedzie studenci odjeżdżają.

Dzień drugi. Niedziela. Msza św. i wręczanie darów. Msza w dwóch językach. Po polsku i ukraińsku. Wierni odpowiadają proboszczowi i w jednym, i w drugim języku. Po mszy rozmawiamy z miejscowymi ludźmi… Po polsku. Płyną opowieści.

„Ja po polsku mówię, czytam, ale pisać po polsku już nie umiem. Mam w Polsce rodzinę, ale jak do nich napisać?”.

Ojciec Mikołaj w pośpiechu pognał już do Jezupola odprawić kolejną mszę. Razem ze studentami jedziemy busem za nim. Docieramy na koniec nabożeństwa. Sytuacja się powtarza. Znów rozmowy z wiernymi z Jezupola. Obiecuję przywieźć polską gazetę. Pani Wiesława Holik proponuje studentom pojechać do bliskich Kąkolników: „Zobaczycie piękny barokowy kościół”.

Kilkanaście minut i podjeżdżamy. Kościół stoi na wzgórzu. By wejść do środka przedzieramy się przez krzaki. Mury dobrze jeszcze zachowane, ale nie ma dachu. Ze sklepienia i ścian odpadają freski. Jeszcze pół roku temu można je było zobaczyć, dziś leżą w postaci wapiennego pyłu na posadzce kościoła. – Gdyby były środki – roboty tu mniej przecież niż w Bołszowcach – marzy pani Wiesława. – Pani Wiesiu, a może byśmy tak utworzyli Stowarzyszenie Odbudowy Kościoła w Kąkolnikach – pada propozycja ze strony oblegających panią Wiesławę studentów. – Oj chyba już nie dam rady. – Niemniej w drodze powrotnej koncepcja przybiera całkiem realny kształt. Może jednak…

Dzwonnica kościoła w Kąkolonikach (fot. Mirosław Furmanek)

Dwa tygodnie później znów spotykamy się z panią Wiesławą na halickiej plebanii. Tym razem pani Wiesława toczy twarde negocjacje z przedstawicielami firmy, zadaniem której ma być wykonanie instalacji wodnej i ogrzewania w bołszowieckim sanktuarium. Idzie zacięty targ. Panią Wiesławę wspomaga ojciec Grzegorz Cymbała, jaki na tą okoliczność przyjechał ze Lwowa. Przypomina mi się zdanie z kultowej polskiej komedii „Sami swoi” – „sąd sądem a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. I tym razem nie mam żadnych wątpliwości. Przy takich negocjatorach muszą wygrać Bołszowce.

Marcin Romer
Tekst ukazał się w nr 9-10 (51-52) 24 grudnia 2007

X