Nieudolność czy zbrodnia

Nieudolność czy zbrodnia

„Siekiera, motyka, bimbru szklanka,/ W nocy nalot, w dzień łapanka / Siekiera, motyka, piłka, gaz / Uciekajmy póki czas…”

Są to słowa najpopularniejszej chyba w czasie okupacji, warszawskiej piosenki ulicznej, którą wtedy można było usłyszeć dosłownie wszędzie. Piosenka w dziarski i cwaniacki sposób przedstawiała bolączki parszywego życia Polaków pod niemiecką okupacją, ale tę piosenkę się lubiło, bo bijąca z niej kpina była jednocześnie ogromną dawką optymizmu i dawała nadzieję na szybkie wyzwolenie z pod niemieckiego ucisku.

Piosenkę napisała pani Anna Jachnina, pracownica tajnej oczywiście, Komisji Propagandy Okręgu Warszawskiego ZWZ. Piosenka przyjęła się natychmiast, bo była prosta i łatwo wpadała w ucho. Piosenka powstała w roku 1942. To bardzo ważne. Proszę jeszcze raz zwrócić uwagę na słowa: „W nocy nalot, w dzień łapanka”. Jaki to może być nalot, na litość Boską, skoro Niemcy zdobyli Warszawę już 28 września 1939 roku? Ano właśnie! Piosenka nie może kłamać, bo jej przekaz był natychmiast, na bieżąco weryfikowany przez mieszkańców Warszawy. Więc, co to za nalot??

Pierwszy radziecki nalot na miasta polskie
Doszliśmy, proszę Państwa, do chyba najbardziej w czasach PRL-u ukrywanej prawdy, czyli do informacji o tym, że praktycznie przez całą okupację, Warszawa była bombardowana przez lotnictwo RADZIECKIE!! Żeby tylko Warszawa! Później będą jeszcze bombardowane: Białystok, Lublin, Sokołów Podlaski, Grodzisk Mazowiecki… Zabitych Polaków będzie się liczyło na setki, a rannych na tysiące. A jak ogromne były zniszczenia!

Sokołów Podlaski zginął prawie bez śladu, centrum Białegostoku wyparowało, w Lublinie całe dzielnice zrównano z ziemią. Myślicie Państwo, że łatwo było się o tym dowiedzieć? Otóż nie, bo o takich radzieckich działaniach, za czasów PRL-u nikt nie miał odwagi napisać, a po powstaniu, ludność Warszawy, ta jej część, która powstanie przeżyła, została przez Niemców wypędzona i rozwieziona po całej Europie. Dosłownie nie było nikogo, kogo można było o to zapytać. Potem, powoli, warszawiacy zaczęli wracać. Naprawdę nieliczni. Po masakrze, jaką przeżyli w czasie powstania, w ich pamięci poważnie zatarł się obraz radzieckich bombardowań. Teraz dopiero zaczynają się prace nad odtworzenie owych wydarzeń.

Miłośnicy wszystkiego co ruskie, których nigdy w Polsce nie brakowało, usiłowali i usiłują bagatelizować te naloty. Możecie więc Państwo usłyszeć, że: „A tam! Też mi nalot! Ruscy rzucili parę bomb na krzyż”. Inni będą udowadniać jakie to Niemcy ponosili straty w tych nalotach i jak bardzo były one potrzebne do naszego wspólnego zwycięstwa.

Nieocenioną pomocą w ustaleniu prawdy jest Biuletyn Informacyjny, tygodnik wydawany w warunkach konspiracji przez tak zwany BIP, czyli Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Biuletyn był więc oficjalnym pismem Polski podziemnej. Informacje o radzieckich nalotach można w nim znajdować w dziale „Kraj”, w rubryce „Warszawa”.

Pierwszy radziecki nalot na miasta polskie miał miejsce 23 czerwca 1941 roku. Niewątpliwie była to radziecka riposta na niemiecki atak 22 czerwca na Związek Radziecki. Bombardowano wtedy Kraków, Lublin, Katowice i Gdańsk (jeśli go uznać za miasto polskie), no i oczywiście bombardowano też Warszawę. Nie dotarłem do informacji jak przebiegały naloty na inne miasta, ale zachowały się informacje o ataku na Warszawę.

Bombowiec IŁ-4 (Fot. pl.wikipedia.org)

Nalot rozpoczął się, jak podałem, 23 czerwca 1941 roku, o godzinie 19:17 i nastąpił z wysokości 8000 metrów. Atak wykonały samoloty Ił-4 z 212 samodzielnego pułku bombowego dalekiego zasięgu. Słabiutka niemiecka osłona przeciwlotnicza na mostach, lotnisku Okęcie i torze wyścigowym Służewiec, wyraźnie nie radziła sobie z rosyjskimi samolotami i można powiedzieć, że nic nie przeszkadzało Rosjanom w bombardowaniu. Początkowo wyglądało to na próbę rozbicia warszawskich mostów, ale bomby nie trafiały w mosty, wybuchając w nurcie Wisły. Bardzo celnie natomiast trafiono na Pradze w tramwaj pełen pasażerów, mijający właśnie kościół świętego Floriana. W trafionym rosyjską bombą tramwaju zabitych zostało 34 warszawiaków. Parę bomb spadło na ruiny (po wrześniu 1939) Teatru Wielkiego, na ulice Krakowskie Przedmieście i Focha. Bombardowano też lotnisko Okęcie i stanowiska dział przeciwlotniczych na torze wyścigowym Służewiec. Jak gdyby przy okazji zbombardowano też fabrykę amunicji „Pocisk” w Rembertowie pod Warszawą.

Biuletyn Informacyjny określił nalot jako silny, ale spartaczony. Straty poniesione przez Niemców, to 50 zabitych, z tego 40 poległo od bombardowania stanowisk niemieckiej artylerii p-lot na Służewcu.

Najśmieszniejsze nastąpiło później, kiedy to Niemcy ogłosili strącenie 48 rosyjskich samolotów, a Rosjanie, zniszczenie w Warszawie jakichś niewyobrażalnie wielkich zbiorników z zapasami benzyny. To oczywiście z obu stron była lipa, czyli tak zwany z warszawska, pic na wodę.

Bombowiec Jer-2 (Fot. pl.wikipedia.org)

Lotnictwo radzieckie „karało” ludność polską
Następne dwa radzieckie naloty odbyły się w dniach 24 i 25 czerwca. Bombardowano raczej cele wokół Warszawy, a w samym mieście okolice ulicy Towarowej i most kolejowy. Nie potrafiłem się dowiedzieć niczego więcej za wyjątkiem oceny, że ich celność była niewielka.

Po tych nalotach uspokoiło się i 10 lipca 1941 roku, Niemcy zdjęli działa przeciwlotnicze stojące na warszawskich mostach. Była to decyzja nieco przedwczesna, bo nagle 13 listopada 1941 roku znowu nad Warszawą rozryczały się syreny alarmowe. Tym razem ciężkie bomby spadły na ulicę Towarową, Srebrną i Miedzianą. Zabitych zostaje 54 warszawiaków, a rannych jest około 100. Nie ma żadnej wzmianki o stratach niemieckich, więc widocznie w tym nalocie polegli tylko Polacy. Nalotu dokonały samoloty z 421 pułku lotnictwa bombowego. Mówiono nawet, że był to tylko jeden bombowiec typu Jer-2!

Niemcy z powrotem ściągnęli do Warszawy działa przeciwlotnicze, ale na razie nic się nie działo.

Jak odebrali Polacy te radzieckie bombardowania? – Oczywiście byli wściekli, ale może nie na samo bombardowanie, a na rosyjskich pilotów, którzy zdawało się, nie umieli trafiać do celu. Dlatego ich bomby zamiast na obiekty niemieckie, spadały na warszawskie dzielnice mieszkaniowe, gdzie zabijały cywilów. Trzeba powiedzieć, że wtedy jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, że dla radzieckich lotników jest właściwie kompletnie obojętne, gdzie i na kogo spadną rzucane przez nich bomby. Przyszłość pokaże, że radzieckie lotnictwo bombowe ani myślało traktować Polaków inaczej niż Niemców, a bywało, że stosując starą rosyjską doktrynę, nakazującą wojsku wykonywać czynności policyjne w stosunku do niepokornych, celowo „karało” polską ludność nalotami właśnie na polskie dzielnice mieszkaniowe. Taki punkt widzenia niektórych przedstawicieli polskiej prasy podziemnej, zdawał się potwierdzać coraz bardziej.

Bo czym innym może być nocny nalot z 20 na 21 sierpnia, jak nie „karą” za wyprowadzenie ze Związku Radzieckiego armii generała Andersa? To był nalot na całą Polskę! Wiele miast zostało zbombardowanych, ale ja mam relacje tylko z Warszawy. Warszawę bombardowała 45 Dywizja ADD (flota bombowa dalekiego zasięgu), a z niej elementy: 746 pułku lotniczego na samolotach P-8, 747 pułku na samolotach Jer-2 i 421 pułku na samolotach Jer-2.

Samoloty nadleciały nocą. Początkowo rzuciły na miasto oświetlające flary na spadochronach, które opadały wolno, dając oślepiająco jaskrawe światło. Nad Warszawą zrobiło się widno jak w dzień. A potem spadły bomby. Burzące i zapalające. Na willowy Żoliborz, na Marszałkowską, na Mokotów, na Wolę, na Grochów. Rozbito zajezdnię tramwajową. Wśród ludności polskiej wybuchła panika. Panika jakoś nie dosięgła mieszkających w Warszawie Niemców, bo widać było, że Niemcy tym razem najwyraźniej nie są na celowniku bombowców. Dzisiaj rzucano bomby na Polaków. Bomby nie spadają na obiekty wojskowe i tylko kilka z nich, jakby niechcący, uderzyło w dzielnicę niemiecką. Nalot trwa bez przerwy już kilka godzin. Ginie na miejscu 200 osób, rannych jest około 800. Wybucha 40 pożarów. Więcej, niż w niejedno niemieckie bombardowanie z września 1939 roku. 130 budynków mieszkalnych idzie w drzazgi. Gdy bombardowanie wreszcie się skończyło, Niemcy obliczyli swoje straty na 60 zabitych i 300 rannych.

Bombowiec Ant 42 zwany też P-8 (Fot. pl.wikipedia.org)

Nienawiść i pogarda do Rosjan
30 sierpnia 1942 roku, ostatni żołnierz polski opuszcza ZSRR w drodze do Iranu, więc na „zdradziecką” Warszawę spada następna „kara”.

W nocy z 1 na 2 września 1942 dochodzi do następnego, jeszcze silniejszego nalotu. Kilkadziesiąt bombowców nalatuje falami, rzucając ciężkie bomby burzące i zapalające. Tym razem pod bombami są SZPITALE!! Szpital Przemienienia Pańskiego i szpital Dzieciątka Jezus . Ale, żeby tylko… Samoloty bombardują też nieszczęsne, konające pod niemieckim butem getto! Następną porcję bomb odbierają warszawskie tramwaje! Rosjanie bombardują co im tylko wpadnie w oczy. Potężną serię bomb rzucają nawet na cmentarz powązkowski. Pali się Wola i Powiśle. Od wybuchów bomb walą się kamienice na ulicy Smolnej. Zdemolowane zostają Dworzec Wileński i dworzec pocztowy na Żelaznej.

3 gwardyjski pułk bombowy dalekiego zasięgu, który potem został rozpoznany, rozbił nam jeszcze bardzo zagrażającą Związkowi Radzieckiemu halę targową na „Koszykach” i równie strategiczny bazar Kercelak. Spaliło się tam ponad tysiąc budek i straganów i moje określenie „strategiczny” nie do końca jest kpiną. Wartość zniszczonego na bazarze towaru obliczano na 200 – 300 milionów złotych, a Warszawa przez najbliższe kilka dni nie miała co jeść. Dodatkowo, na Woli spłonęły zakłady zbożowe Michlera. Znowu, następne 100 domów kompletnie rozwalonych i około (dane niepotwierdzone i zliczane chyba ze stratami w getcie) 400 osób zabitych. Nie znalazłem wykazu rannych. Wydaje się, że bombardowanie nie przyniosło Niemcom żadnych strat.

Po tym nalocie panika wśród mieszkańców Warszawy sięgnęła szczytu. Bardzo też zaniepokoili się warszawscy Niemcy. Kto mógł wynosił się z Warszawy. Niemcy odsyłali do Niemiec swoje żony i dzieci. Polacy starali się znaleźć dla siebie miejsce w osiedlach podwarszawskich. Na dworcach rozhisteryzowane tłumy szturmowały nieliczne pociągi opuszczające Warszawę. Nie wszyscy, oczywiście, mogli sobie pozwolić na wyjazd. Większość nie miała dokąd się udać i zostawała w Warszawie. Na podwórkach warszawskich kamienic zaczęto wznosić kapliczki Matki Boskiej. Wydawało się, że nieszczęsnym warszawiakom pozostała już tylko taka obrona przed ruskimi bombami.

Rosjanie zapewne myśleli, że naloty Polaków przestraszą, że po lekcji, jaką otrzymali, będą pokorni i spolegliwi. Rosjanie trochę się pomylili. Wzbudzili w Polakach, ale nienawiść i pogardę.

Te uczucia pogłębiły się 13 września 1942 roku, kiedy to nadleciał tylko jeden radziecki bombowiec i na oczach wszystkich rzucił tylko jedną serię bomb na warszawską średnicową linię kolejową, z góry widoczną jako cieniutka niteczka. CAŁA SERIA RZUCONYCH BOMB WYBUCHŁA W CELU!

Nieatakowany przez nikogo samolot odleciał, pozostawiając wszystkich w osłupieniu. To był pokaz! Przekaz dla Polaków, który zdawał się mówić:  – Trafiamy tam, gdzie chcemy. Skoro spalił się twój dom, to nie przez naszą pomyłkę czy nieudolność.

Dla Polaków to był szok. Wciąż łudzili się, że Rosjanie mają dobre intencje, a tylko nie umieją trafiać dokładnie w cel…
Kogoś, kto uważa, że niewątpliwą przesadą jest dopatrywanie się w radzieckich nalotach pouczeń i kar dla niewdzięcznych Polaków, może przekona następny przykład.

Zaczęło się od znalezienia grobów polskich oficerów pod Katyniem. Rosjanie twierdzili, że zbrodni dokonali Niemcy. Niemcy twierdzili, że zbrodni dokonali Rosjanie. Rząd polski w Londynie zwrócił się więc do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z prośbą o wydanie opinii na temat owych katyńskich grobów. Ta prośba tak „oburzyła” kierownictwo radzieckie, że w nocy z 25 na 26 kwietnia 1943 roku polski ambasador w Moskwie został wezwany do ministra Wiaczesława Mołotowa, który wręczył mu dokument o zerwaniu stosunków dyplomatycznych między Związkiem Radzieckim, a polskim rządem w Londynie. 5 maja 1943 roku polski ambasador Tadeusz Romer opuszcza Moskwę…

Amerykański bombowiec B-25 przekazany Związkowi Radzieckiemu (Fot. pl.wikipedia.org)

Tupet Rosjan
A w nocy z 12 na 13 maja 1943, na Warszawę wychodzi nalot gigant! Zaczął się o godzinie 23:15 i trwał bez przerwy przez dwie godziny! Pierwsze, jak zwykle, oświetliły miasto potężne flary na spadochronach. Potem zaczęły spadać bomby. Nawet 500 kilogramowe! Ale nie spadają na Niemców!! Spadają na ulicę Marszałkowską, Plac Zbawiciela, Grójecką. Znowu na Okęcie i Towarową. Znowu bombardowana jest Wola i Praga. Zajezdnia tramwajowa, filtry. Pali się hala na Koszykach. Zrozpaczeni warszawiacy usiłują chronić się w piwnicach, ale nie zawsze jest to dobry wybór. Na przepełnioną mieszkańcami piwnicę wali się trafiona bombą kamienica. Stropy piwnicy wytrzymują nacisk setek ton gruzu, ale z piwnicy nie można wyjść! I wtedy od następnego wybuchu pęka rura wodna! Woda zalewa piwnicę aż do stropu. Mieszkańcy powoli topią się w swojej własnej piwnicy!

Jak na ironię, Rosjanie zrzucają też ulotki: „Bracia Polacy! Już czwarty rok krwawi wasza Ojczyzna w jarzmie hitlerowskiej okupacji…”. No cóż? – Podziwiać tupet!

Nalotu dokonały 108 pułk bombowy dalekiego zasięgu i 421 pułk latający na amerykańskich bombowcach B-25. W nalocie traci życie 300 Polaków. Rannych naliczono grubo ponad 1000. Ponad 1000 rodzin traci dach nad głową. Miasto po nalocie przypomina swym wyglądem Warszawę z września 1939. Niemcy w tym nalocie nie ponieśli żadnych ofiar! Biuletyn Informacyjny opisujący nalot zapytuje: „Nieudolność, czy Zbrodnia?”. Jakoś nikt nie miał odwagi powiedzieć warszawiakom, że bomby były adresowane tylko do nich. Chociaż widać to było przecież już gołym okiem. I tak będzie zawsze. Wciąż zostawiać się będzie, choćby tylko cień nadziei, że to jednak tylko pomyłki rosyjskich pilotów. Niech mi ktoś powie, jak nazwać takie zachowanie?

Ten nalot nie zakończył rosyjskich bombardowań. Były jeszcze następne naloty, a największy z nich na Pragę 27 lipca 1944. Potem nalot  na Dworzec Zachodni i znowu na Pragę. A potem wybuchło powstanie.

Pisząc o nalocie na Warszawę z nocy 12/13 maja 1943, dobrze by było wspomnieć o nalocie na Lublin, który to nalot miał miejsce w noc poprzedzającą nalot warszawski, czyli w noc  z 11 na 12 maja.

Chęć złamania w Polakach ducha oporu
O ile Warszawę można uznać za miasto o dużym znaczeniu militarnym, to naprawdę nie można było tego powiedzieć o Lublinie. Poza tym, obserwując skutki owego bombardowania nie można się doszukać nawet najmniejszej próby zaatakowania niemieckich obiektów wojskowych. Cały wysiłek nalotu szedł natomiast w kierunku zabicia jak największej liczby cywilów i zniszczenia jak największej ilości domów. Lublin bombardowało 150 samolotów, więc nalot był potężny. Zabitych zostało około 200 Polaków. Rannych nikt chyba nawet nie liczył. Zaczęło się o godzinie dziesiątej wieczorem. Na początek, samoloty rzuciły dużą ilość flar na spadochronach, które mocno oświetliły całe miasto. Potem na miasto poleciały bomby. Łatwo dało się zaobserwować taktykę Rosjan.

Na początek rzucano bomby burzące, a następnie, na uciekających cywilów rzucano bomby odłamkowe. Pierwsze bomby spadły na osiedla Dziesiąta i Kośminek. Zaraz potem na ulice Misjonarską, Podwale i Ruską. Ludzie uciekając z walących się domów gromadzili się na niezabudowanym placu pomiędzy ulicami Zemborzycką i Bychawską. Na zbity tłum Polaków poleciały bomby odłamkowe. Podobnie zmasakrowano ludzi gromadzących się na łące nad rzeczką Czerniejówką. Na ulicy Podwale kawałki ludzkich ciał dosłownie latały w powietrzu. Samoloty rzucały bomby z lotu nurkowego, czyli były to zapewne dwumotorowe samoloty Pe-2, „peszki” z lotnictwa taktycznego. Lublin w tym czasie leżał tylko 150 kilometrów od linii frontu. Po pierwszej fali nalotu nadciągnęły następne samoloty i wszystko zaczęło się od nowa…

Pewną część zabitych wywieziono jeszcze w nocy na cmentarz przy ulicy Unickiej. Trupy leżały tam pokotem w kaplicy i wokół kaplicy poprzykrywane gazetami. Rano ludzie chodzili pomiędzy zabitymi i nie zważając na roje much, podnosili gazety, zaglądając w twarze zmarłych; szukając miedzy nimi swoich bliskich. Podobne masy zabitych leżały przed Bramą Trynitarską i na ulicach Starego Miasta.

Żywi, starali się uciec z Lublina, w czym przeszkadzali im Niemcy obawiając się, że zabraknie im rąk do pracy!

W tym nalocie, jak już powiedziałem, nie zniszczono żadnych niemieckich obiektów wojskowych. Nawet nie zniszczono urządzeń kolejowych. Nalot wiąże się w Lublinie z chęcią złamania w Polakach ducha oporu przed wkroczeniem Armii Czerwonej i jej nowymi porządkami. O silnych nastrojach niepodległościowych i antyradzieckich moskiewska centrala dowiadywała się z raportów swoich wywiadowców penetrujących Lubelszczyznę.

Rok 1944 przyniósł nam bombardowanie Białegostoku. Pierwsze radzieckie loty zwiadowcze nad miastem i najbliższą jego okolicą nastąpiły bodaj 18 lipca 1944 roku. W nocy z 18 na19 lipca 1944 roku doszło do pierwszego nalotu na Białystok. Niemcy odnotowali bombardowania szturmowe miasta przez samoloty ŁaGG i Pe-2.

Bombowiec nurkujący Pe-2 popularnie znany „peszką” (Fot. pl.wikipedia.org)

22 lipca nastąpił poważny, nocny nalot na Białystok z udziałem 50 samolotów. Na miasto rzucono 250 bomb burzących! Linie kolejowe i dworzec nie zostały uszkodzone.

23 lipca następny nocny nalot. Znowu z udziałem 50 samolotów. Spadło 150 bomb burzących i wiele bomb odłamkowych. Jeszcze nie zdążono dogasić wczorajszych pożarów, a już zaczęły się nowe.

Wszystkie te bomby poszły na głowy mieszkańcom Białegostoku, bo Niemcy raportowali, że żadne ich urządzenia wojskowe nie były bombardowane.

I jeszcze jeden nocny nalot na Białystok z 24 na 25 lipca 1944. Z Białegostoku niewiele już zostało. 80% miasta leżało w gruzach!

Nie wiadomo, czemu akurat do Białegostoku przyczepiło się radzieckie lotnictwo. Może dlatego, że 22 lipca 1941 Niemcy włączyli Białystok do Rzeszy, ani pytając mieszkańców o zdanie. Przed atakiem Niemców na ZSRR Białystok należał do Związku Radzieckiego jako zdobycz na „pańskiej” Polsce po roku 1939. To nawet pasuje do chorej radzieckiej mentalności by obciążyć miasto odpowiedzialnością za przyłączenie do Rzeszy. Za „nikczemną zdradę” Związku Radzieckiego.

Przedstawiam Państwu tylko domysły, ale po „wyzwoleniu” Białegostoku nie trzeba już było się domyślać. Białystok, jako miasto niemieckie został przez Rosjan do reszty spalony i ograbiony, a jego ludność poddana nieludzkiemu traktowaniu przez zdziczałych sołdatów.

W tym samym czasie, bo w nocy z 26 na 27 lipca 1944 niewielkie miasto powiatowe Sokołów Podlaski zostało przez radzieckie lotnictwo po prostu zrównane z ziemią. – Czemu…? Kto może wiedzieć, czemu?

Rok 1945 znany jest z bombardowania niewielkiego podwarszawskiego miasta, Grodzisk Mazowiecki. Zaczęło się jeszcze w roku 1944. Pierwsze bomby spadły na Grodzisk w przededniu Wigilii. Nalot trwał krótko, bo tylko kilkanaście minut. Bomby spadały chaotycznie, w miejscach zupełnie przypadkowych, ale ofiar było nadspodziewanie wiele. Miasto bowiem było przepełnione do granic możliwości głównie przez uciekinierów z transportów, którymi Niemcy wywozili po powstaniu ludność Warszawy.

Oprócz nich, w Grodzisku przebywali jeszcze przesiedleńcy z Poznańskiego i dzieci z Zamojszczyzny, wykupione od Niemców przez mieszkańców Grodziska. O ilości warszawiaków, którzy znaleźli się nie tylko w Grodzisku, ale i w jego najbliższej okolicy, świadczy liczba 103 000 uchodźców zarejestrowanych w komitetach opiekuńczych i dodatkowo 50 000 uchodźców niezarejestrowanych. Już zupełnie po cichu mówiono, że wśród tej masy ludzkiej znajduje się ewakuowane z Warszawy dowództwo AK i delegatura rządu londyńskiego na kraj. Tak więc Grodzisk bardzo nadawał się na to, żeby go „ukarać’.

Samoloty nadleciały 16 stycznia 1945 roku. W biały dzień. W Grodzisku akurat odbywał się targ. Na rynku i okolicznych placach kłębił się tłum przekupniów i kupujących. Ilu ich było? – Może 2000, może 3000.

Na ten tłum sypnęły się rosyjskie bomby. Siekły po nim serie z karabinów maszynowych. Bombardowano centrum miasta. Wszystko to z najniższego pułapu i przy dobrej widoczności. Rosyjscy lotnicy bardzo dobrze widzieli co robią i kogo atakują. Tam nie było ani jednego Niemca! Nikt nie próbował nawet przeszkadzać lotnikom w bombardowaniu. Gdy samoloty wreszcie odleciały, ci co przeżyli, mogli zorientować się w skutkach nalotu. Wszędzie pokotem leżały zwały trupów i rannych, którzy przez wiele godzin daremnie wzywali pomocy. Masakra! Na miejscu zabito co najmniej 300 osób. W szpitalach zmarło podobno dalszych 200. Niektórych ofiar nie można było rozpoznać. Oficjalnie, Grodzisk wcale nie został ukarany, a bombardowanie było konieczne dla zniszczenia niemieckiego oporu przed przełamaniem frontu…

Ironią losu jest to, że wielu naszych historyków zdaje się wierzyć w takie opowieści.

Wielozadaniowy bombowiec szturmowy Ła GG (Fot. pl.wikipedia.org)

„Kukuruźnik” ostrzeliwujący dzieci
Na koniec chciałbym się podzielić z Państwem czymś naprawdę obrzydliwym, co chyba na pewno nie jest dziełem żołnierza wykonywującego rozkaz, a raczej działaniem zboczeńca, korzystającego z wojennej zawieruchy dla realizowania swojej kryminalnej skłonności. Jak wiadomo Armia Czerwona dość często wykorzystywała na froncie szkolne w zasadzie, dwupłatowe samoloty, zwane pospolicie „kukuruźnikami”.

Lekki, drewniany, obciągnięty płótnem i latający bardzo nisko samolot, był praktycznie niewidoczny na niemieckich radarach. Można było w nim przygasić silnik i przechodzić do lotu szybowego by za chwilę włączyć gaz i silnik, nakręcany rozpędzonym śmigłem, od nowa zaczynał ciągnąć. Wykorzystywano to do lokalnych bombardowań nocnych. „Kukuruźnik” nadlatywał na stanowiska niemieckie w ciemnościach nocy, a więc niewidoczny, z przygaszonym silnikiem, a więc niesłyszalny i obrzucał Niemców lekkimi bombami, czasem moździerzowymi minami lub bombami kasetowymi, bywało, że granatami obronnymi. „Kukuruźnik” posiadał dwa miejsca jedno za drugim. W pierwszym siedział pilot, a w drugim obserwator, do którego dyspozycji był karabin maszynowy zamocowany na podstawie obrotowej, umożliwiającej strzelanie praktycznie na wszystkie, dowolne strony.

Otóż gdzieś od końca sierpnia do początku października 1944, w miejscowościach podwarszawskich, spośród wielu radzieckich „kukuruźników”, pojawiał się i ten, którego „specjalnością” było atakowanie małych dzieci! Znam trzy wiarygodne relacje o takich wydarzeniach. Pan Mieczysław Metler opisuje incydent, który się mu przydarzył, gdy wracał w grupie dzieci ze szkoły do domu. Pokazał się wtedy na niebie rosyjski „kukuruźnik”, do którego, zachwycone spotkaniem dzieci zaczęły energicznie wymachiwać rękami. Na to z „kukuruźnika” sypnęła się na nich seria z karabinu maszynowego. Dzieci na sekundę osłupiały, ale natychmiast rozbiegły się z krzykiem na wszystkie strony. Samolot oddalił się. Podobny przypadek został opisany przez pana Jarosława Marka Rymkiewicza. Tu z kolei taki sam (trzeba chyba napisać – ten sam!) „kukuruźnik” ostrzelał ojca z małym chłopcem idących po pustym torze kolejki.

Wreszcie relacja z mojego własnego domu, kiedy to rosyjski „kukuruźnik” obrzucił moją siostrę, małą wtedy dziewczynkę, całym naręczem min moździerzowych. Proszę się nie dziwić. Rosjanie i Niemcy stosowali nieznacznie tylko przerabiane miny moździerzowe jako małe bomby, rzucane przez samoloty w specjalnej kasecie. Dzięki Bogu wybuchła tylko jedna z nich, a siostra nie została ranna odłamkami miny, a cegłą odrzuconą wybuchem. Czemu tutaj „kukuruźnik” nie strzelał? – Chyba dlatego, że zobaczył siostrę dosłownie w ostatniej chwili. Samolot leciał nisko, wyleciał sponad domu, za którym stała. Lotnik już nie miał czasu na karabin maszynowy, ale mógł jeszcze coś rzucić. No więc rzucił!

Nikomu nie uda się twierdzenie, że te ataki były dokonane niechcący, albo przez pomyłkę, albo przypadkowo. Proszę Państwa. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Pierwszy radziecki nalot na miasta polskie miał miejsce 23 czerwca 1941 roku. Niewątpliwie była to radziecka riposta na niemiecki atak 22 czerwca na Związek Radziecki. Bombardowano wtedy Kraków, Lublin, Katowice i Gdańsk (jeśli go uznać za miasto polskie), no i oczywiście bombardowano też Warszawę.

Bo czym innym może być nocny nalot z 20 na 21 sierpnia 1941 roku, jak nie „karą” za wyprowadzenie ze Związku Radzieckiego armii generała Andersa? To był nalot na całą Polskę!

Nad Warszawą zrobiło się widno jak w dzień. A potem spadły bomby. Burzące i zapalające. Na willowy Żoliborz, na Marszałkowską, na Mokotów, na Wolę, na Grochów. Rozbito zajezdnię tramwajową. Wśród ludności polskiej wybuchła panika. Panika jakoś nie dosięgła mieszkających w Warszawie Niemców, bo widać było, że Niemcy tym razem najwyraźniej nie są na celowniku bombowców.

Jak na ironię, Rosjanie zrzucają ulotki: „Bracia Polacy! Już czwarty rok krwawi wasza Ojczyzna w jarzmie hitlerowskiej okupacji…”. No cóż? – Podziwiać tupet!

W nocy z 12 na 13 maja 1943 na Warszawę wychodzi nalot gigant! Ale bomby nie spadają na Niemców!! Spadają na ulicę Marszałkowską, Plac Zbawiciela, Grójecką. Znowu na Okęcie i Towarową. Znowu bombardowana jest Wola i Praga. Zajezdnia tramwajowa, filtry. Pali się hala na Koszykach.

Od końca sierpnia do początku października 1944, w miejscowościach podwarszawskich, spośród wielu radzieckich „kukuruźników”, pojawiał się i ten, którego „specjalnością” było atakowanie małych dzieci!

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 1 (173) 18–28 stycznia 2013

 

X