Niemy krzyk z dołów śmierci i hańby

Niemy krzyk z dołów śmierci i hańby

Zgromadzeni 13 lipca br. na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II uczestnicy panelu „Doły śmierci i hańby” przywołali temat, będący świadectwem sprzeniewierzenia się współczesnych odwiecznym zasadom normalności, które kształtowały ład społeczny w cywilizcji chrześcijańskiej, europejskiej.

Należy do nich szacunek do zmarłych wyrażany w upamiętnieniu miejsc pochówku, modlitwie i zadumie. Na cmentarzach wyciszały się dawne sprzeczki i waśnie. Wobec majestatu śmierci milkły swary i kłótnie, godzili się ze sobą dawni wrogowie, jednali się ci, którzy walczyli ze sobą. De mortibus aut bene aut nihil – głosiła dawna rzymska maksyma.

Przestrzeń pogranicza polsko-ukraińskiego zawsze wpisywała się w tę tradycje i doświadczenia. Wiemy doskonale, że nie tylko wspólna harmonia i bogactwo kultur kształtowały ją w ciągu dziejów. Nie brakło też krwawych zajść i wojen. O tym świadczą krzyże, pomniki, miejsca pamięci. W wiecznym spoczynku łączyli się ze sobą zwalczający się nawzajem żołnierze, a potomni potrafili uszanować ten wieczny spoczynek. Do pięknych przykładów wierności swym chrześcijańskim korzeniom tradycji należały wzajemne odwiedzania w okresie uroczystości Wszystkich Świętych mogił Strzelców Siczowych na cmentarzu janowskim i kwater Lwowskich Orląt na cmentarzu Obrońców Lwowa w przedwojennym Lwowie. Księża greckokatoliccy święcili wówczas „groby polskie” a kapłani łacińscy modlili się na „grobach ukraińskich”.

Idyllę tę zaburzyły nie tylko lata totalitaryzmów i zniewolenia obu narodów ale i głęboka bruzda, powstała na skutek bezprecedensowego ze względu na skalę i okrucieństwa ludobójstwa, symbolem którego stał się Wołyń. Sejm Polski w 2013 r. uczcił w swej uchwale ofiary „zbrodni, których na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej dopuściły się Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii”. Dalej polski parlament zaznaczył, iż „zorganizowany i masowy wymiar Zbrodni Wołyńskiej nadał jej charakter czystki etnicznej o znamionach ludobójstwa”. Według najbardziej udokumentowanych ustaleń, śmierć męczeńską ponieśli wówczas na Wołyniu 60 tys. ludzi i tyle samo na terenach dawnej Małopolski Wschodniej.

Minęło ćwierć wieku odkąd Polska i Ukraina cieszą się wolnością, budują strategiczne partnerstwo, solidaryzują się w przeciwdziałaniu imperialnym zakusom, ustawicznie zagrażającym bytowi suwerennemu obu narodów. Wspólną platformą porozumienia jest wybór europejski i wartości demokratyczne. Jednak powierzchniowość i deklaratywny charakter wysiłków polityków obnaża fakt istnienia tysięcy(!!!) dołów śmierci, które nie zostały upamiętnione, a nawet ustawiczne bezczeszczenie szczątków ludzkich. Są to dziesiątki tysięcy trupów, o których współcześni stratedzy polityczni, orędownicy wyższych „racji stanu” wolą nie wspominać. Na samym Wołyniu spośród 60 tys. ofiar pochówku doczekali się jedynie ok. 3 tys. A reszta – ponad 50 tys. szczątków ludzkich – w XXI wieku w obszarze partnerstwa strategicznego, festiwali pojednawczych, obozów młodzieżowych, happeningów z udziałem polityków, hierarchów Kościołów, intelektualistów, biznesmenów są bezczeszczone. To tylko na Wołyniu. A podobna sytuacja jest także na terenach dawnych województw lwowskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego. Ofiary ludobójstwa nie tylko nie doczekały się upamiętnienia, ale z racji na złą wolę celowo są hańbione. W wystąpieniu w czasie panelu dra Leona Popka z IPN zostały przedstawione zdjęcia, ilustrujące wykopaliska na miejscach zbrodni. Otóż w samym środku trupiego pola w miejscowości Gaj powiat kowelski powstaje wysypisko śmieci, zawartość którego – plastikowe butelki i inne towarzyszące europeizującemu się pokoleniu przedmioty – świadczą o żywotności pamięci o śladach zbrodni i nieodpartej chęci ukryć jej ślady pod gruzami śmieci. Podobny eksces nie należy do wyjątków. W Ostrówkach, tuż przy obecnej granicy Polski ciągnik regularnie wyjeżdżając wiosną w pole wydobywał na wierzch kości pomordowanych. Taka codzienność trwała aż do powstania memoriału w duchu urzędowego pojednania – bez informacji kto, dlaczego, z czyich rąk zginął na tym miejscu. Powstaje pytanie, jak może istnieć taka sytuacja pod okiem władz konsularnych Rzeczypospolitej, wytrawnej dyplomacji polskiej budującej trwałe fundamenty braterstwa na pohybel putinowskim siepaczom. Przypomnijmy, że profanacji poddawane są szczątki dziesiątków tysięcy ludzi. Czy jest podobny precedens jeszcze gdziekolwiek na świecie?

Wobec ogromu problemu, głosy które wybrzmiały w czasie panelu, były swoistym memento skierowanym przede wszystkim do Polaków. W sytuacji, kiedy na Ukrainie na skutek wiadomych ustaw została zakneblowana wszelka dyskusja na temat ludobójstwa, do Polski należy zadbać o pochówki swych współobywateli, na których wyrok śmierci został przygotowany z powodu winy – bycie Polakiem. Te akcenty wypunktował Jacek Bury z Fundacji Niepodległości regularnie uczestniczący w wyjazdach na Wołyń w celu ratowania polskich grobów.

Może w tej sytuacji będzie dobrym początkiem obudzenia uśpionych w zakłamaniu sumień pomysł zaproponowany na panelu przez ks. bpa Mariana Buczka, przedstawiciela Konferencji Episkopatu Ukrainy, emerytowanego biskupa charkowsko-zaporoskiego. Otóż, hierarcha zaproponował by na stronie polskiej, tuż przy granicy z Wołyniem postawić krzyże, w liczbie kilku tysięcy, upamiętniające miejscowości, gdzie dochodziło do zbrodni, a gdzie władze przeszkadzają właściwie upamiętnić pomordowanych. Pomysł poparł w swym przemówieniu poseł Franciszek Stefaniuk apelując: „Niech znaki krzyży wołają – powiedział. – Niech ktoś się zapyta, co one znaczą”.

Takie upamiętnienie jest potrzebne najpierw dla Polski, dla Polaków. O polskim wymiarze zakłamania i hipokryzji, a także potrzebie zaangażowania środków politycznych, medialnych, akademickich dla wydobycia się z tego stanu upodlenia mówił także prof. Andrzej Gil, zasłużony na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego historyk, wieloletni współpracownik prof. Jerzego Kłoczowskiego. Powiedział on, że narracja narzucana polskiemu społeczeństwu dość często zgodna jest z banderowską propagandą, która jeszcze w 1943 r. (sic!) zaczęła walkę o przestrzeń publiczną, o historię, o film, o sztukę. Zmiana powinna nastąpić po polskiej stronie, druga zaś strona zdaniem profesora, przejdzie do wytoczonych celów.

Do bolesnych doświadczeń braku dobrej woli należą próby koordynowania współpracy z Kościołem greckokatolickim. Wiemy, że nie doszło do skutku wspólne orędzie obu episkopatów katolickich Ukrainy w sprawie 70. rocznicy ludobójstwa. Mówił o tym Adam Kulczycki z Uniwersytetu Rzeszowskiego, doktor teologii i socjologii, specjalista od spraw wyznaniowych na pograniczu etnicznym. Bp Buczek wskazał na przyczynę takiej sytuacji – jest ona „w skrajnym nacjonalizmie, a może nawet szowinizmie” części episkopatu greckokatolickiego. W czasie modłów za ofiary mordów nigdy nie ma biskupów greckokatolickich. Jak można kształtować sumienia innych, zajmując taka postawę? – powiedział bp Buczek.

Spotkanie zakończyło się premierowym wyświetleniem filmu w reżyserii Macieja Wojciechowskiego „Sieroty Wołynia. Córki Zamościa”, będącego wstrząsającym świadectwem okrucieństwa ludobójstwa postrzeganego przez dzieci, dziewczynki, na oczach których zostali zamordowani najbliżsi.

W czasie Mszy św. celebrowanej w kościele akademickim KUL przez ks. bpa Buczka i ks. Marcina Jankiewicza, wieloletniego duszpasterza wschodu Ukrainy, Bożemu miłosierdziu zostały polecone dusze pomordowanych.

Włodzimierz Osadczy
Tekst ukazał się w nr 14-15 (234-235) 14–27 sierpnia 2015

X