Śnieg

Śnieg

Fot. Maria Basza***
Nie zauważyłam momentu, gdy po raz pierwszy wróciłam do Lwowa. Po pierwszej wizycie długo starałam się pokazać, że mogę bez niego całkiem dobrze żyć. Nie chciałam dostrzegać, że okrutnik pozwala mi na tę ucieczkę. Przypominał mi o swoim istnieniu pojawiając się we wspomnieniach i snach, wiążąc mnie poprzez swoje przestrzenie z ludźmi, migając obrazkami dworca. Z pobłażliwością doświadczonego kochanka pozwalał się wyszumieć w ramionach innych wiedząc, że i tak wrócę. Bogatsza w doświadczenia i z przekonaniem, że tam, gdziekolwiek by to „tam” nie było, mogę tylko jeździć.

Moje pierwsze wspomnienia ze Lwowa są obrazkami z miasta sardonicznego. Dumne kozy na skrawku trawnika pośrodku skrzyżowania, gdzieś w jednym z blokowisk. Kobieta z pogardą w oczach odwracająca się do turystów, by w spokoju zająć się grzebaniem w stercie śmieci. Chłopiec siedzący z nutrią. A obok nich stareńki pan z bukiecikiem polnych kwiatów w dłoni. Proszący, by za kilka kopiejek je kupić. Do dziś czuję palący wstyd, że tego nie zrobiłam. Bo niby po co komu takie zielsko… Wtedy tych kilka kwiatów było jeszcze pozbawionych znaczenia, jednakże Lwów cierpliwie uczył mnie, że nawet one mogą być najważniejsze na świecie. Bo to wcale nie przywiędłe badyle. To pieniądze, tylko pod inną postacią.

Głos tego człowieka głęboko wrył mi się w pamięć. Jego żal, smutek całej kruchej osoby. Być może niedługo po tym spotkaniu ktoś okrył go takimi kwiatami. Cokolwiek się nie stało, człowiek ten nieświadomie dał mi wówczas coś bardzo cennego. Umiejętność patrzenia na świat i dostrzegania tworzących go cieni. Tu, we Lwowie, w szczególny sposób potrafią się one na siebie nakładać. Wieloaspektowość postaci, miejsc, zdarzeń, niejednoznaczność i pozorność rzeczywistości sprawiają, że staje się ona wręcz esencjonalna. Podczas gdy zwykle jest to krucha i zwiewna tkanina, tu wydaje się być materią tkaną z wielu warstw, gdzie każda z nich kryje w sobie wątki ściśle ze sobą splecione, lecz zarazem mogące istnieć niezależnie, wystarczające na ubranie jednego przejawu otaczającego świata. Tymczasem, gdy zaczniemy cierpliwie odkrywać warstwę po warstwie, ukrywać się będą kolejne. Lwowska transcendentna odmiana matrioszki.

Mając za sobą pewną liczbę powrotów do Lwowa, nauczyłam się, że miasto to należy smakować powoli. Delikatnie odkrywać i pamiętać, że tu niczego nie da się pojąć jednym spojrzeniem. Ani zniszczonych kamienic, ani śniegu, ani staruszka sprzedającego kwiaty.

Nawiasem mówiąc, wraz z tym człowiekiem coś mi zniknęło. Starszych panów i ich nieudolne bukiety wyparły rozkrzyczane turystyczne pamiątki. Cichy i przepraszający świat zastąpiły głosy pełne pretensji, hucpa i handel własną przeszłością. Może zresztą to wszystko istniało już wcześniej, lecz ja niczego nie dostrzegałam? A może jednak ta rzeczywistość pojawiła się dopiero wraz z falą tych, którzy chcą ją kupić?

***
Tegoroczny śnieg był zdecydowany. Padający szybko, konsekwentnie, nieco spóźniony lecz pewny siebie. Kazał zwolnić kroku ludziom ślizgającym się po lwowskim bruku. Czyjkolwiek wzrok pieścił mury rozpasaną wiosną i krzykliwym latem, on teraz brał je w posiadanie. Z westchnieniem przegnał rozdeptujących ulice przyjezdnych. Wtulił się w zakamarki domów wiedząc, że rankiem zbudzą się w jego ramionach. Wiedząc, że Lwów, wbrew pozorom, nie jest miastem dla turystów. Jest dla tych, którzy potrafią wracać.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 3 (175) 12-25 lutego 2013

X