Maria tka

Maria tka

Maria Oleksyn z miejscowości Bortniki w woj. iwanofrankiwskim słynie jako ceniona tkaczka odradzająca zapomniane lokalne wzory. 84 letnia rzemieślniczka o polskim pochodzeniu (panieńskie nazwisko Białkowska) chętnie przekazuje swoją wiedzę wszystkim zainteresowanym.

Pani Maria nie ma czasu na rozmyślania o chorobach i rozważania o starości: dużo pracuje, dba o wielką rodzinę, przekazuje etnografom setki starych pieśni i obrzędów. Choć wydaje się to dziwne w epoce Internetu wciąż są jeszcze chętni do uczestniczenia w prawdziwych wiejskich wieczornicach. Nie są to przedstawienia teatralne na scenie wiejskiego klubu czy domu kultury, ale spotkania w wiejskiej chacie.

Maria była oczekiwanym dzieckiem swych rodziców. Trójka starszego rodzeństwa zmarła. Ojciec Marii, Ławro, był cenionym w okolicy sadownikiem, a matka, Melania – tkała, haftowała, szyła odzież. Swoje umiejętności Melania przekazała córce. Polska rodzina wśród miejscowej ludności nie wyróżniała się niczym szczególnym. Maria od dziecka miała po kilka sukienek i par obuwia. W owych czasach na wsi, gdzie mieszkali było to nie lada luksusem.

– W 1941 ojciec poszedł na wojnę i już nie wrócił. Zostałam z mamą – wspomina kobieta. – Były to ciężkie czasy, ale nasze umiejętności pomogły nam przeżyć. W 21 roku życia Maria wyszła za mąż za prostego chłopaka, woźnicę. Urodziło im się dwoje dzieci. Obecnie Maria Oleksyn ma sześcioro wnucząt i dziesięcioro prawnuków. Nauczyła tkać wszystkie kobiety w rodzinie.

Artystka ma swoją rodzinną relikwię – stare dębowe krosno tkackie. Ile ma lat i skąd wzięło się nie wie nikt, ale krosno służy do dziś. Jest szerokie na 90 cm, a wysokie na 170 cm. – Praca na takim warsztacie wymaga siły i cierpliwości – mówi pani Maria. – Najpierw należy się pomodlić, bo cóż znaczymy bez boskiego wsparcia? Następnie należy założyć osnowę – lnianą lub wełnianą. Nici powinne być tylko naturalne.

Proces „nawijania” może trwać dzień lub dwa, wydłuża się, gdy nitka ma supełki. Przy nawijaniu nitki najlepiej jest mieć kogoś do pomocy, bo nieznaczny błąd może zepsuć całą robotę i cały wyrób. Nitka będzie się zsuwać i nie da się nic utkać. Osnowę trzeba nawijać gęsto, jeśli się chce wykonać dobre płótno.

Na starym krośnie Maria Oleksyn utkała mnóstwo rzeczy: chodniki, płótna, zapaski, a nawet obrazy. – Płótno we wzory można tkać cały tydzień – dodaje wnuczka artystki Łesia Żuryn. – A nad bardziej złożonym wzorem można trudzić się nawet miesiąc.

– W dawnych czasach ten, kto miał krosno, żył jak cesarz. Tkactwo było bardzo dochodowym rzemiosłem, żaden tkacz nie był biedakiem. Przecież odzież i płótno potrzebne są każdemu – dodaje pani Maria. – Krosno przekazywano z pokolenia na pokolenie, jak relikwię. Dla dziewczyny płótno było podstawą wiana.

W czasach sowieckich tkając różne rzeczy Maria dorabiała do skromnej pensji, bo zarobki w kołchozie były marne. Taką pracę kwalifikowano jako wykroczenie, bo stanowiła dodatkowy zarobek i … spekulację. Za to można było nawet trafić na milicję. Nie pozwalano jej tkać, choć chciała po prostu wyżywić rodzinę. Maria twierdziła więc, że tka jej stara matka-emerytka, która dożyła 101 lat. Pani Maria musiała pracować w kołchozie, po całej Ukrainie woziła na sprzedaż zebrany len. W pracach domowych pani Maria wyróżnia się też jako dobra gospodyni, często przygotowuje dla rodziny różne smakołyki. – Najlepiej udają się jej kołacze – mówi wnuczka Łesia.

W długie zimowe wieczory do jej gościnnego domu schodzą się kobiety, aby nauczyć się tkać, odrysować stare wzory na hafty, nauczyć się haftu koralikami, a część gości przychodzi ze swoją robótką po prostu do towarzystwa. Kobiety i dziewczyny opowiadają, plotkują i śpiewają. Są to prawdziwe wieczornice. Przypominają Marii młodość, bo w domu jej matki też zbierały się dziewczyny. Maria Oleksyn mówi, że w tak wielkiej rodzinie utkała sobie długie i szczęśliwe życie.

Sabina Różycka
Tekst ukazał się w nr 1 (197) 17-30 stycznia 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X