Na ruinach imperium

Na ruinach imperium

Wystawa obrazów czerniowieckiego artysty Olega Lubkiwskiego budzi wiele różnych odczuć i porównań, trudno jest opisać emocje, które towarzyszą zwiedzającym. Jest to wystawa wielowymiarowa, wystawa z podtekstem i każdy może odczytać ją po swojemu, wczytując swój własny tekst, bowiem autor robi jedynie delikatne aluzje do pewnych historycznych odniesień.

Możliwe, że spojrzenie autora tekstu będzie się różniło od intencji artysty. Obrazy Lubkiwskiego tworzą w sali wystawowej szczególną atmosferę. Wprowadzają zwiedzających w świat autora, ale są też wędrówką do innej epoki historycznej. Można odnieść wrażenie, że na sali działa wehikuł czasu i widzowie odbywają podróż do początków wieku XX, mijając po drodze dwie wojny światowe i różne formacje państwowo-polityczne. Ta podróż jest konieczna, jeśli się chce dotrzeć do Wielkiego Księstwa Bukowiny pod panowaniem monarchii austrowęgierskiej – monarchii wielu narodów i religii.

Wystawa poświęcona jest stolicy Księstwa – Czerniowcom, a tytuł jej brzmi „Miasto, które kiedyś nazywało się Czernowitz”. Wystawa poświecona jest miastu, jego zabytkom i architekturze. Ale uparcie towarzyszy mi jeszcze jedna myśl – żyjemy na ruinach wielkiego imperium, na ruinach wspaniałej kultury. Znaczenie istnienia tego okresu trudno przecenić. Pozostałości tamtej kultury i sztuki dotarły do nas starannie wymazywane i umyślnie niszczone przez władze komunistyczne. Ale współczesna, niezależna Ukraina też nie chce, a może nie umie wykorzystać tamtego dziedzictwa; nie chce lub nie umie budować współczesnego społeczeństwa na europejskich tradycjach tamtej epoki.

Oglądamy wystawione w salach Lwowskiej Galerii Sztuki obrazy Lubkiwskiego. Z fotograficzną precyzją malarz przedstawia w różnych technikach widoki Czerniowiec: fragmenty zdobnictwa wspaniałych budowli, elewacje secesyjnych kamienic, dawne żydowskie bożnice. Ażurowe, kute, metalowe bramy, kraty w oknach, kafelki na klatkach schodowych z Wiednia czy Lwowa z napisami niemieckimi i polskimi. Oglądamy budynek dawnej synagogi, zamknięty, z uszkodzonym dachem i odpadającym tynkiem. Na innym widzimy stare, zniszczone, rozbite żydowskie nagrobki – macewy, fragmenty popękanej, potłuczonej mozaiki. Spod nowej farby na tynku widnieją stare niemieckie napisy, reklamy; jeszcze w całkiem dobrym stanie szyldy z czasów sowieckich, przypominające o konieczności wywożenia śmieci. Wokół – rozbity chodnik, brud i stosy śmieci. Na ścianach zabytkowych budowli czasy współczesne pozostawiają podpis w stylu „Ola+Ania” i graffiti wyrysowane ręką młodzieży.

Oleg Lubkiwski jest twórcą wszechstronnym. Nie tylko maluje, pisze eseje, opowieści, rozprawki literackie. Są nie mniej interesujące niż obrazy. Często skomponowane są z cyklem obrazów, uzupełniają ich treść. Obrazy Lubkiwskiego przyciągają tłumy, niezależnie od miejsca. Wystawiał na Ukrainie, w Kanadzie, Austrii, Belgii, Szwajcarii, Niemczech, Francji, Rosji, Rumunii i Polsce. Ma kilka popularnych cykli: „Krajobrazy romantyczne” (1998), „Jesień ubiegłego stulecia” (2001) i najnowszy – „Miasto, które kiedyś nazywało się Czernowitz”. Utwory literackie Lubkiwskiego zwróciły uwagę czytelników daleko poza granicami Ukrainy i zostały przetłumaczone na kilka języków, m.in. w Austrii. Odznaczono je specjalną nagrodą Fundacji Habsburgów.

W katalogu do lwowskiej wystawy autor napisał: „Urodziłem się w mieście, które kiedyś nazywało się Czernowitz”. Miasto było kiedyś stolicą Wielkiego Księstwa Bukowiny, częścią imperium austrowęgierskiego. Miało wówczas jeszcze jedną nazwę – mały Wiedeń. To romantyczne określenie uzyskało dzięki pewnym okolicznościom historycznym, które umożliwiły szybki rozwój miasta i jego zabudowę według projektów wiedeńskiej szkoły architektonicznej. Ta lokalizacja miasta na długo określiła miejsce Czerniowiec w europejskiej przestrzeni geopolitycznej i kulturowej. Lokalna bohema podarowała światu wiele wybitnych nazwisk, zaś czerniowiecki fenomen kulturowy do dziś porusza wyobraźnię naukowców… To, co pozostało w spadku, przypomina opuszczone dekoracje do kosztownego przedstawienia, aktorzy którego odeszli dawno temu… Tam, gdzie w mieście przecinają się wymiary czasowe, tworzy się eklektyczny wizerunek, który jest paradoksalnym przedłużeniem życia miasta, które kiedyś nazywało się Czernowitz”.

Natalia Filewicz, kurator i organizator wystawy (Fot. Jurij Smirnow)W rozmowie z Kurierem, kurator i organizator wystawy, Natalia Filewicz podkreśliła, że jej znajomość z artystą i jego twórczością zaczęła się na festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu. – Od razu skojarzyłam sobie podobieństwo obu miast – Lwowa i Czerniowiec – mówi pani Natalia. – Autor jest zakochany w swoim mieście. Na swój sposób protestuje przeciwko przebudowie i niszczeniu zabytków architektury. Chce odtworzyć świat, którego już nie ma, który odszedł w przeszłość.

 

Oleg Lubkiwski jest bardzo utalentowanym artystą i pisarzem. W najbliższym czasie w Czerniowcach odbędzie się prezentacja jego najnowszej książki. Ta wystawa wzrusza i dlatego bardzo chciałam, żeby zobaczyła ją publiczność we Lwowie. Odpowiada też moim własnym nostalgicznym wyobrażeniom o przedwojennym Lwowie. Artysta, jakby potęguje i powiększa niektóre elementy, detale i dodaje do nich coś swojego. Nie jest to fotografia, ale bardzo oryginalny i autorski pogląd na historię.

Lwowska wystawa została zrealizowana dzięki wsparciu Konsulatu Generalnego RP we Lwowie pod patronatem konsula generalnego Jarosława Drozda.

Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 10 (182) 31 maja – 13 czerwca 2013

X