Mistrz koła garncarskiego…

Mistrz koła garncarskiego…

Kołomyja – miasto na dawnych Kresach – to prawdziwa legenda, miasto mityczne. Ten mit wciąż przywołuje wszystkich, których korzenie nadal tam tkwią. Przywołuje, ponieważ ich przodkowie musieli stamtąd po wojnie wyjechać. A więc wracają do źródeł swojej pamięci. Miasto to wydało wiele wybitnych postaci polskiej historii i kultury oraz sztuki ludowej tych ziem.

Perełka Huculszczyzny i Pokucia Kołomyja zawsze była ośrodkiem produkcji słynnej ceramiki. Garncarstwo od wieków rozwijało się tu, przez pokolenia przekazywano sekrety od mistrza do mistrza. W znanej kołomyjskiej szkole garncarskiej zdobywali fach Michał Biłoskurski, Antoni Patkowski, Iwan Maryjczuk, Antoni Towpasz.

Szczyt rozwoju zakład osiągnął za czasów dyrektorstwa wybitnego pedagoga, malarza i garncarza Waleriana Krycińskiego. Jego wyroby garncarskie zdobyły w tym okresie znaczny rozgłos jako „ceramika kołomyjska”.

Ziemia kołomyjska zna wielu utalentowanych rzemieślników, prawdziwych artystów, których twórczość pozostawiła ślad w historii miasta, w rozwoju kultury ludowej kraju. Stwierdziła to w rozmowie również kierownik wydziału ceramiki Narodowego Muzeum Sztuki Ludowej Huculszczyzny i Pokucia im. Kobryńskiego Romanna Baran. Jednym z takich artystów był uczeń kołomyjskiej szkoły garncarskiej Karol Sanojca, którego 110. rocznica urodzin jest dobrą okazją, by na nowo przyjrzeć się tej postaci i znaczeniu jej twórczości dla historii polskości na tych ziemiach, by ocalić ją od zapomnienia.

Karol urodził się 23 listopada 1911 r. w wielodzietnej rodzinie polskiego garncarza Franciszka Sanojcy. To właśnie jemu, najmłodszemu z braci, wypadł los kontynuować dzieło ojca i zostawić o sobie dobrą pamięć, jasny ślad, bo życie jego było, niestety, bardzo krótkie.

Biografia Karola była zwyczajna, jak na tamte czasy. Ukończył 7-letnią szkołę i 4 klasy szkoły rzemieślniczej. Potem kontynuował naukę garncarskiego fachu u mistrza Antoniego Towpasza, który był nauczycielem w garncarskiej szkole i mieszkał przy ulicy Młyńskiej 15.

Karol był zdolnym uczniem, pragnął dobrze opanować wszystkie techniki, odczuć możliwości gliny. W wieku 18 lat został czeladnikiem, a mając 24 lata otrzymał wolną koncesje, jaka dawała mu prawo pracować samodzielnie i podpisywać swe wyroby. Wtedy też w jego życiu nastąpiła jeszcze jedna zmiana. Poznał piękną kołomyjankę z ulicy Mickiewicza Julię Żurakowską, która od razu wpadła mu w oko i serce. Pobrali się, żona została pierwszym pomocnikiem w pracy, a po czasie matką dwóch córeczek – Antoniny i Dionizji.

Czy ich życie byłoby szczęśliwym? Chyba tak, ale nadeszły ciężkie czasy, chmury wojny zawisły nad światem. „Złoty wrzesień” 1939 roku zmienił wszystko, zmusił do pracy w innych, trudnych warunkach, żeby przeżyć i utrzymać rodzinę. Wymagania klientów i nowe czasy zmuszały, by doskonalić technikę pracy w warsztacie. Karol i inni znani kołomyjscy garncarze założyli w 1940 roku spółdzielnię, która mieściła się przy ulicy Mickiewicza.

Twórczość Karola Sanojcy była specyficzna, niepodobna do innych. Jego szkołę rozpoznawali mieszkańcy terenu i miłośnicy ceramiki, klienci na rynku. Po mistrzowsku toczył on na kole garncarskim różne ceramiczne formy i dekorował ornamentami, charakterystycznymi dla ziemi pokuckiej. Wśród jego dzieł są dekoracyjne talerze, misy, garnki, wazony, świeczniki. Swoje wyroby sprzedawał również w domu, gdy przychodzili kupcy, by wybrać coś przed targiem.

Karol dekorował swoje wyroby żółtymi, zielonymi i ciemnobrązowymi barwami na białym tle techniką rylcowania. W Kołomyjskim Narodowym Muzeum Huculszczyzny i Pokucia zachowały się w zbiorach 22 dzieła jego autorstwa, które zebrali pracownicy muzeum. Historia będzie im wdzięczna. Jak pokazały badania, ulubionym tematem Karola był motyw krzyża: najczęściej trójramienny, krzyż z dolnym ramieniem w kształcie trójkąta, krzyż w krzyżu, krzyż skomponowany z ptaków. W zależności od formy wyrobu, Karol Sanojca dekorował je w wyraźne ornamenty, na przemian z czystymi fragmentami, wykorzystując motywy ząbków, półłuków i linii, środek talerza lub misy był pokryty drobnym ornamentem, a główny barwny wzór wyznaczał na brzegi, jednocześnie zamykając całą kompozycje. Wazony zapełniane były drobnym i większym ornamentem. Wielkie przestrzenie pomiędzy ornamentem sprawiały wrażenie lekkości wyrobu. Podobnie jak wybitny huculski ceramik Bachmatiuk, wykorzystywał kwiaty, rozety wyrastające z wazonów. Ząbki, czworokąty, podkówki, stylizowane kwiaty wielopłatkowe, dzwoneczki malował jakoby z natury.

Ciekawym dziełem wirtuoza ceramiki jest tematyczny talerz z sylwetką chłopczyka w czapce w centrum kompozycji, siedzącym na wróbelku i batożkiem przynaglającym go do szybkiego lotu. Na innym talerzu – kura otoczona kwiatami, na jeszcze innym – rybka pływająca w wodzie. Przedstawienie ryby na glinianych wyrobach jest symbolem ofiary i związku pomiędzy niebem i ziemią, przedstawia też płodność. Kościół wczesnochrześcijański, jak twierdzą historycy sztuki, nazywał Chrystusa „Wielką Rybą”. Na swym półmisku z 1930 roku Sanojca wykorzystał rybę jako element podstawowy, który uzupełnił innymi detalami. Kwiaty, pływające w wodzie, wyglądają niczym rzęsa. Autor nadal oddaje tu przewagę kilkuwarstwowej kompozycji z dominacją elementów geometrycznych (romby, trójkąty, pismo klinowe) z nieznacznym wkomponowaniem motywów roślinnych (drobne gałązki, motywy wianków). Wysoki poziom wypełnienia powierzchni wpływał na dekoracyjność wyrobu, cała kompozycja jest odbierana na podobieństwo barwnego kilimu z zielonymi plamami – akcentami.

Twórcza spuścizna jego dzieł, która przetrwała do naszych czasów, jest niewielka. Większość rozeszła się po ludziach. Swoje utwory mistrz przeważnie podpisywał domowym adresem – Mickiewicza 239.

Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, Karol przez trzy lata nie zbliżał się do garncarskiego koła. Nie miał natchnienia, by tworzyć. W 1944 roku po wkroczeniu wojsk sowieckich do Kołomyi został zmobilizowany do Armii Czerwonej, potem wstąpił do Wojska Polskiego, gdyż artysta zawsze czuł się Polakiem. Sierżanta Karola Sanojcę dosięgła niemiecka kula 21 kwietnia 1945 roku po sforsowaniu Odry, już na drugim brzegu. Został początkowo pochowany we Wrizen w ogrodzie, a później jego szczątki wraz z ciałami 5000 polskich żołnierzy, bohaterów walki o Odrę w operacji berlińskiej, przeniesiono do miejscowości Siekierki niedaleko leśnego masywu Stare Łysogórki, na wojskowy cmentarz. W kwietniowym forsowaniu Odry Polacy, którzy faktycznie zostali posłani na śmierć w walkach z Armią Czerwoną, heroicznie walczyli, żeby ziemie odrzańskie wróciły do macierzy.

W „Księdze poległych na polu chwały 1943–1945”, wydanej w Warszawie w 1974 roku przez Wojskowy Instytut Historyczny, na stronie 581 znajduje się wzmianka: „Karol Sanojca, sierżant, 23 listopada 1911 – 21 kwietnia 1945”, m. Kołomyja, ul. Mickiewicza 239. Cmentarz wojskowy w Siekierkach, pole 3, rząd 14, mogiła 575/532”.

Utalentowany garncarz, który poległ za Ojczyznę w wieku 34 lat w walce z hitlerowcami o naszą wolność, o swoją kołomyjską ziemię, osierocił dwie córki i młodą małżonkę.

Jakim był człowiekiem? Jakim garncarzem? Często te pytania ja, jako wnuk, zadawałem swojej prababci Julii, a też mamie, które o nim pamiętają. Dowiedziałem się, że kochał swoje miasto, swój kraj, w każdą niedziele chodził ze swoimi dziewczynkami do kościoła. Spokojny, przyjazny, z wrodzoną inteligencją, miał autorytet wśród ludzi, swych klientów. Gdy czasem nie przybył na targ, ludzie pytali o niego, czemu nie przyjechał.

Po wojnie babcia Julia sama musiała pracować za kołem, bo umiała. Miała ciężkie życie, ale córki wykształciła. Garncarstwo stało się dziełem jej życia, dopóki przez chorobę nie straciła wzroku. Całe życie tęskniła za mężem – był dobry, nigdy nie słyszała od niego złego słowa.

Przyjemnie było się dowiedzieć, że 2 października br. na uroczystościach związanych z jubileuszem Stowarzyszenia Pokucian z Kołomyi i Kresów we Wrocławiu dzięki najstarszemu kołomyjaninowi we Wrocławiu, synowi brata Karola, 92 letniemu panu Józefowi Sanojcie i jego siostrzenicy Annie Gmurek przywołany był do apelu i sierżant Karol Sanojca. Wspomniano jego wśród innych Pokucian. Pamięć o nim tam żyje.

Pamiętam swój pierwszy i jedyny w tym czasie artykuł o moim dziadku w 1969 roku na szpaltach kołomyjskiej rejonowej gazety „Czerwonyj prapor”. A potem była wzmianka o Karolu w książce „Historia miast i wsi iwanofrankiwskiej obłasti” oraz duży artykuł w obwodowej gazecie „Prykarpatska prawda” iwanofrankiwskiego dziennikarza Iwana Bogdanowa. Na uczczenie 100-lecia mistrza odbyła się akademia w muzeum Huculszczyzny i Pokucia. Mistrz nie został zapomniany. Jest to sprawiedliwe, bo gdyby Karol Sanojca żył, kto wie jakim artystą by został i czego by osiągnął tu czy w Polsce. Dwaj jego bracia wyjechali z rodzinami z Kołomyi na zawsze do Polski. Również babcia Julia miała już w ręku list ewakuacyjny, ale nie mogąc zostawić swojej chorej niewidomej matki postanowiła żyć w swoim domu i borykać się z trudnościami tu na miejscu.

110 rocznica urodzin utalentowanego kołomyjskiego garncarza Karola Sanojcy to dobra okazja żeby wspomnieć o nim jeszcze raz. Zachowało się kilka jego zdjęć: młody, energiczny, z lekkim uśmiechem i błyskiem w oczach.

Już dawno nie ma pieca garncarskiego i w domu mieszkają inni ludzie, ale w muzeum zawsze cieszą oko jego dzieła, które dotarły do nas. Jego rzemiosło w glinie stało się sztuką. Zawiera ono cząstkę duszy artysty, żołnierza, Człowieka z wielkiej litery. Cześć jego pamięci. Ona nie wygasa.

Roman Worona

Tekst ukazał się w nr 23 (387), 14 – 27 grudnia 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X