Ze Lwowa do Egiptu i Sudanu (cz. I)

Ze Lwowa do Egiptu i Sudanu (cz. I)

Brama główna Uniwersytetu Warszawskiego (Fot. web.bg.uw.edu.pl)Jak więc się stało, że trafiłaś na archeologię?
Kiedyś bardzo chciałam studiować archeologię – bardzo, bardzo. Zatem od nastoletniego okresu zaczytywałam się w różnych książkach na temat siedmiu cudów świata czy wykopalisk, które były prowadzone jeszcze w XIX wieku. Myślę, że duży wpływ na ukształtowanie się tych zainteresowań miały lekcje historii starożytnej, prowadzone przez pana Ryszarda Vincenca, mojego klasowego kierownika i nauczyciela historii.

 

Jednak kiedy nadszedł czas wybierania kierunku studiów, okazało się, że we Lwowie nie ma archeologii. Teraz już podobno jest, ale wtedy nie było w ogóle żadnej: ani śródziemnomorskiej, ani europejskiej, pradziejowej czy jakiejkolwiek innej… A ja raczej nie myślałam o tym, żeby studiować gdzieś poza Lwowem – skoro tam mamy Uniwersytet, to byłam pewna, że tam „wyląduję”. Więc tak sobie tę archeologię odpuściłam, zapomniałam, że w ogóle mnie to kiedykolwiek pasjonowało. Poszłam na polonistykę.

Po drugim roku, kiedy się okazało, że można zacząć studiować równolegle inny kierunek, to stwierdziłam, że może spróbuję? Najpierw starałam się dostać na Historię Sztuki, bo to akurat był okres mojej fascynacji historią sztuki, w dodatku miałam koleżanki z tego kierunku… Jak się okazało – wcale nie było tak łatwo się tam dostać. Była rozmowa kwalifikacyjna, trzeba było naprawdę dobrze się orientować w tematach związanych ze sztuką.

 

Choć przygotowywałam się parę miesięcy do tego egzaminu i choć wydawało mi się, że nie poszło mi jakoś strasznie źle – nie przyjęli mnie. Z opowieści pamiętam, że strasznie rozpaczałam z tego powodu. Stwierdziłam, że w takim razie spróbuję dostać się na jakiś inny kierunek. Na archeologię przyjmowali tylko z wysoką średnią, a ja akurat miałam wtedy taką na polonistyce. Poszłam, złożyłam tam papiery i… zostałam przyjęta.

Okazało się, że muszę zaliczyć program dwóch lat w ciągu jednego roku: pierwszy i drugi. A wtedy obowiązywał taki system, że wybierało się na drugim roku specjalizację. Wybrałam wszystkie zajęcia ze starożytnego Egiptu, bo to Egiptem się zawsze interesowałam. Wtedy odżyło wszystko z tego nastoletniego okresu, kiedy zaczytywałam się w książkach o piramidach, bo tutaj nagle zaczęły się zajęcia na ten temat, podawano takie szczegółowe różne wiadomości, które ja już znałam, bo już o tym kiedyś czytałam…

 

To było bardzo ciekawe i bardzo łatwo mi to szło (w porównaniu z polonistyką, na której wcale nie było mi łatwo). Okazało się, że jest to coś, co mnie fascynuje i bardzo fajnie się tam odnalazłam, mimo że dwa lata w jednym musiałam zrobić i zdać straszną ilość egzaminów… To były bardzo przyjemne studia jeszcze z tego powodu, że po każdym roku były wyjazdy na wykopaliska w ramach praktyk.

Jak wyglądają takie wyjazdy?
Najpierw się jeździ – a przynajmniej wtedy jeździło – po Polsce, a Uniwersytet Warszawski ma akurat do przebadania Mazury – więc tam są prowadzone wykopaliska, w których siłą roboczą są studenci. Za każdym razem mieszkało się w jakiejś głuchej wiosce, spało się na podłodze w jakiejś szkole, takie survivalove [survival – jak przeżyć – przyp. redakcji] trochę warunki…

 

Takie wyjazdy mocno zbliżają, bo przez miesiąc jest się w tym samym towarzystwie, takie malutkie społeczeństwo się tworzy ze wszystkimi jego niuansami. Poza tym – chyba też zawsze dobrze trafiałam, bo te wykopaliska były bardzo ciekawe pod względem tego, co kopałam. Chodzi o to, że czasami można było trafić na wykopalisko, które ciebie akurat nie do końca interesowało, np. na stanowisko krzemieniarskie. Wówczas praca wyglądała w ten sposób, że odkrywało się duży obszar, który się potem wyrównywało, czyściło i dokumentowało na zasadzie, że ten krzemień został znaleziony w tym miejscu, pobierało się jego niwelacje, to znaczy na jakiej był on głębokości nad poziomem morza, ile metrów dzieliło go od krawędzi wykopów (od północy, od południa). To było dość… nudne, tak bym powiedziała, choć znam takich, którzy się tym fascynują.

 

Ja z kolei zawsze trafiałam na cmentarzyska, co dla mnie było bardzo ciekawe. Każdy z nas dostawał – nawet ten, kto pierwszy raz był na takich wykopaliskach – swój grób do odkopania. To akurat były popielnicowe groby, co znaczy, że zwłoki palono na stosie, a później zsypywano do urny i zakopywano w ziemi, a na powierzchni pozostawiano oznaczenia w postaci jakiegoś większego lub mniejszego kamienia. Była to akurat kultura z epoki brązu i brązowe ozdoby, które były na danym nieboszczyku, czasami nawet nie były spalone, nie były stopione, tylko były sobie w tej urnie w środku, na przykład jakieś bransolety i inne, naprawdę ładne rzeczy.

Ale wyjeżdżałaś również poza Polskę?
Później, chyba na piątym roku, pojawiła się możliwość wyjazdów do Egiptu. Można było złożyć podanie o stypendium i jeśli się je dostało, to można było wyjechać na pięć miesięcy do Kairu. Trzeba było przedstawić projekt, czyli co się chce robić: czy kończyć magisterkę, czy zbierać materiały do innego tematu… Bo w Warszawie – fakt, jest biblioteka w Polskiej Akademii Nauk, dziś dosyć dobrze wyposażona, a wtedy chyba jeszcze tak nie była…

 

Wówczas w takim podaniu o stypendium pisało się, że chce się szukać materiałów, ma się jakiś ciekawy temat i jest on wart tego, żeby takiej osobie przyznać stypendium. Zazwyczaj było tak, że za pierwszym razem się nie dostawało; jeżeli ponawiało się tę prośbę, to znaczyło, że jest się wytrwałym i wtedy dostawało się za drugim, trzecim razem. Ja dostałam za drugim.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X