Losy podolskich Mazurów

Swoim szczególnym torem toczy się życie mieszkańców wioski Mazury (jak nazywają ją sami), a administracyjnie noszącej nazwę Aleksandrówka, starosieniawskiego rejonu obw. chmielnickiego.

Mieszkańcy tej miejscowości przed ponad 150 laty wykupili ziemię u Dorożyńskich i przenieśli się tu z Maćkowiec, Szarowieczki i innych miejscowości w okolicach Płoskirowa (ob. Chmielnickiego).

Wykarczowali lasy i krzewy i osiedlili się tu. A co interesujące – udało im się zachować swoje tradycje, kulturę, wiarę katolicką i dawny staropolski język mazurski. Przed dwudziestu laty wspólnie wybudowali tu kościół, gdzie obecnie chodzą na nabożeństwa.

– Raz do roku, w okolicach Bożego Narodzenia przyjeżdża do nas z Polski pani Grażyna z fundacji dobroczynnej i przywozi nam prezenty i żywność – mówią Ludwika Podluk, Aniela Żugda i Aniela Kozak. – Gdy mówi do nas, to nie wszystko rozumiemy, bo rozmawiamy po swojemu – po mazursku…

Życie w Aleksandrówce się zmienia. Niegdyś była to bogata i uporządkowana osada, z czystymi ulicami i doglądniętymi podwórkami. – A teraz przy ul. Peremohy (po polsku – Zwycięstwa) pozostało jedynie trzy zamieszkałe chaty, w których mieszkają starsze kobiety. Dzieci wyjechały do miasta, a mężowie poumierali.

– Ciekawi pana jak teraz mieszka się w Aleksandrówce? – pytają starsi mieszkańcy. – Mieszkamy w naszych chatach samotnie. W naszej wsi już nikt niczego nie zrobi, nie doprowadzi do porządku. Proszę spojrzeć jak idzie walka o pieniądze, o strefy wpływu… Ogląda pan telewizję? Ani nam, ani naszym dzieciom nic się nie dostanie, bo rozkradają wokół i starają się nabić sobie grubo portfele. Dali tysiąc emerytury, a ceny jak skaczą? Jednak daj Boże, żeby nie było wojny. Wszyscy chcemy pokoju, doczekaliśmy się już prawnuków i chcemy widzieć ich szczęśliwymi, zdrowymi i żyjącymi w zgodzie.

Aleksandrówka – to miejscowość znana z pracowitości swoich mieszkańców. Wielu z nich pracowało w kołchozach, które raz się rozpadały, raz znów łączyły, ale ich wioska zawsze była na uboczu: drogi nie ma, gazyfikacją nie była objęta, wszystkie plany zawsze omijały Mazury.

– Odmówiliśmy się od gazyfikacji, bo za projekt trzeba było płacić szalone pieniądze, a ciągnąć gazociąg już nie ma dla kogo. A drzew tak dużo rośnie po tych obejściach, gdzie już nikt nie mieszka. Sklepu we wsi już nie ma dawno, ale dowożą do nas różne towary przedsiębiorcy z sąsiednich Derkaczów i Eliaszówki z sąsiedniego starokonstantynowskiego rejonu.

– A poczty tu też nie macie. Jak dostarczane są gazety?

– Z Pilawy pani listonosz donosi nam listy i gazety. Czekamy na nią, bo jest pożądanym gościem w każdej chacie. Chleb przywozi nam lokalny dzierżawca Sergij Dziubaniuk, który ma tu swoje ziemie.

Z przyjemnością wspominają ostatniego przewodniczącego kołchozu W. Rejdę: „Z nim to pożyliśmy jeszcze. Potem było już coraz gorzej”. – Przez 16 lat pracowałam na farmie – wspomina Ludwika Podluk. – Przyszłam do domu na obiad, a tu pod domem staje kołchozowy „bobik” i przewodniczący mówi: „Jutro jedzie pani do Netyszyna, będzie śpiewała pani stare polskie mazurskie piosenki”. Jak można było mu odmówić? Z festiwalu polskiej piosenki na Podolu przywieźliśmy wyróżnienie.

Z dzisiejszej Aleksandrówki tradycyjnie mieszkańcy wyjeżdżają do swoich dzieci i bliskich do miasta. – Aniela Głaz wyjechała już do Chmielnickiego – wspomina Aniela Żugda. – Zrobiło mi się bardzo smutno bez niej. Zawsze było z nią wesoło. Była oczytana. Z domu było jej Zdybel. Matka umarła, a ona wyjechała do dzieci i zostawiła chatę pustą. Do niej zawsze przychodziło dużo ludzi, szczególnie w okresie przed wyborami. Zawsze przyjeżdżały zagraniczne auta. Była bardzo zajęta. Teraz jej chata stoi pusta. I co pan myśli – w tych chatach, z których ludzie wyjechali do dzieci, zimą wyłamują zamki i przewracają wszystko w środku… Jeżeli w chacie pali się płomyk lampy, to, dzięki Bogu, takich samotnych staruszek „goście” nie ruszają.

Takie są realia współczesnej Aleksandrówki. Pani Aniela mówi, że gdy potrzebna jest pomoc medyczna, to wzywają karetkę. A tak na co dzień to łykają pigułki na ciśnienie i na ból głowy. Jednak strasznie kłaść się spać samej w chacie. Ale co robić? Taki mają mieszkańcy tryb życia, że do początku listopada, do Święta Zmarłych, zbierają wszystkie plony, wyorują wszystko z ziemi, wyjeżdżają do dzieci i czekają na wiosnę, żeby znów powrócić do Mazur.

{gallery}gallery/2016/podolskcy_polacy{/gallery}

– Jeszcze mój pradziadek kupił tu ziemię u Dorożyńskich i przyjechał z Szarowieczki, gdzie i dziś mieszkają Polacy – ciągnie pani Ludwika. Niegdyś była deputowaną i reprezentowała swoich rodaków, a dziś w Szarowieczce mieszka jej dwoje braci, a syn – w Chmielnickim. – Kiedyś było lepiej, bo koło wsi przejeżdżał autobus ze Starej Sieniawy do Starokonstantynowa. Tam jeździliśmy coś sprzedać i kupić. Teraz wychodzisz na trasę i nie wiesz kiedy i skąd nadjedzie jakiś transport. Ale zawsze znajdą się dobrzy ludzie, jadący na targ, i podwiozą do Starej Sieniawy.

Mieszkają jak jedna rodzina Polacy-Mazury. Organizują wspólne modlitwy, pielgrzymki do kościołów w Berdyczowie i Latyczowie. „Robimy zrzutkę i wynajmujemy autobus aby co roku pojechać do Matki Boskiej Latyczowskiej, gdzie przyjeżdżają i pielgrzymują wierni. Droga do Boga, jak wiadomo, otwarta jest dla wszystkich. Śpiewamy stare pieśni katolickie, modlimy się za zdrowie papieża Franciszka, za konsula w Winnicy, o którym dowiedzieliśmy się z telewizji, że miał wypadek – opowiada małżeństwo Rewniuków, Mikołaj i Aniela.

– Od 1972 roku mieszkam w Aleksandrówce – mówi pan Mikołaj, – od czasu, gdy po studiach rozpocząłem tu pracę jako kołchozowy weterynarz. Tak tu zostałem. Wtedy była tu jeszcze farma, kurniki, a teraz ludzie już nie trzymają zwierząt – na cała Aleksandrówkę zostało dwie krowy. I te chcą oddać do rzeźni.

Ludzie, którzy strzegą historii Mazurów, łączą z nimi swój los. Aniela Kozak stale rozmawia z dziećmi przez komórkę i radzi się, jakie leki ma zażywać. Urodziła się w 1931 roku, jej mąż Karol przez 45 lat był kombajnerem. Wielokrotnie był najlepszym w rejonie i jego portret umieszczano na rejonowej i obwodowej Tablicy honorowej. Z mieszkańcami wioski jeździł na spotkania z papieżem Janem Pawłem II. Teraz pan Karol otwiera kościół, dekoruje tradycyjną choinkę, gdy na święta przyjeżdża ksiądz ze Starokonstantynowa.

– Jak widzi pan przyszłość wsi? – pytam jego brata Stacha, mieszkającego przy sąsiedniej ulicy.

– Aż strach powiedzieć, ale nie widzę żadnych perspektyw – wioska wymiera. Na niegdyś długiej ul. Dzierżyńskiego pozostało jedynie kilka domów.

Karol Podluk, rocznik 1931, przed wojną i po 1944 roku poszedł do koni i tak przez całe życie pracował w gospodarstwie i na polu. Po wojsku uczył się w Połonnem na kursach mechanizatorów. Po sześciu latach pracy na kombajnie zachorował i groziło mu usuniecie nerki. Ale nie zgodził się i do dziś tak, dzięki Bogu, żyje z tą nerką, której już miało nie być. Jego szczęśliwym losem była możliwość wybudowania w Aleksandrówce kościoła katolickiego.

– Co może pan opowiedzieć o swojej rodzinie, panie Karolu?

– Już od wielu lat uważnie czytam i prenumeruję wasz „Kołos”. Mam dzieci. Starsza córka już jest na emeryturze, ale pracuje w starokonstantynowskiej szkole jako nauczycielka. Młodszy syn jest chirurgiem w Chmielnickim. Nasza wieś już jest na wymarciu. Czy ktoś mógł to wcześniej przewidzieć, że tak będzie? Na tej ulicy jest 10 pustych chat. A tam, na pagórku, stoi moja.

Znana nie tylko w Mazurach ze swej pracowitości była Ludwika Michalec. Znana była z pracy w kurniku i na farmie, pracowała w polu i jeździła do pracy na Krym. Znana był też ze swych występów z mazurskimi piosenkami na scenach wielu konkursów i festiwali. Owdowiała w 1981 roku, przed czterema laty zmarł jej syn. W Kijowie mieszka dwóch synów, którzy z wnukami przyjeżdżają do mamy do Aleksandrówki.

– Jakie jest moje życie? – mówi Ludwika Peńkar. – Zdrowia już nie mam, a moje dzieci mieszkają daleko – tam gdzie wschodzi słońce i zaczyna się dzień. Gdy było spokojnie na świecie, to syn, jako wojskowy służył na Sachalinie, tam i osiadł. Teraz moje wnuki piszą i dzwonią do Aleksandrówki z tych dalekich stron. Teraz trudno stamtąd dostać się na Ukrainę, a zdarzało się, że nawet i dwa razy do roku przylatywali do mnie. Pobielili chatę, uporządkowali podwórko, narąbali drewna i nakupili lekarstw. Tak i żyję pośród sąsiadów, którzy często mnie odwiedzają…

Takie są losy wioski Mazurów – Aleksandrówki, gdzie mieszkają ludzie od wieków, pielęgnują swe tradycje i obyczaje, niosą wiarę i nie tracą nadziei, ciesząc się za swe dzieci i wnuki.

Autor jest redaktorem rejonowej gazety „Kołos” i członkiem Narodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Ukrainy.

Jan Kozielski
Tekst ukazał się w nr 1 (245) 15-28 stycznia 2016

X