Leksykon miast intymnych i nie tylko

Leksykon miast intymnych i nie tylko

„Kiedyś nazwałem się patriotą kosmopolitycznym, bo uważam, że nie ma tu sprzeczności. Kosmopolityzm – to zdolność człowieka przyjmowania „cudzego” za „swoje”. Innymi słowy – to otwartość” – o nowej książce i nie tylko rozmawiamy z Jurijem Andruchowyczem.

Decyzja o napisaniu „Leksykonu miast intymnych” zapadła, jak sam piszesz, w Dusseldorfie. Dlaczego właśnie tam?
Przypadek. To mogło się zdarzyć w każdym innym mieście. Ale będąc w Dusseldorfie, jesienią 2005 roku nagle uświadomiłem sobie, że ilość miast, w których bywałem, z pewnością przekroczyła setkę. W następnych dniach podliczyłem – wypadło gdzieś pomiędzy 107 a 120.

Dlaczego realizacja zamiaru trwała aż pięć lat?
Przyjemnie jest pisać powoli, bez pośpiechu. Przynosi to szczególną twórczą satysfakcję.

Czym jest dla Ciebie „Leksykon”? Jaki to gatunek literacki?
Cała intryga książki przeważnie polega na tym, że nie można jej określić. Chciałem napisać jakąś „uniwersalną” książkę, mieszankę gatunków. 

Ale mój krewny, poeta Jarosław Dowgań, przedwczoraj spotkał mnie we Frankowsku i mówi: „Daj ci boże jeszcze nie jedną taką powieść napisać”. Odkrył moją próbę napisania „Leksykonu” jako takiej, można by powiedzieć, ukrytej powieści.

Tu jest tylko 111 miast. Czy to wszystkie, które w życiu odwiedziłeś?
Nie wszystkie, ma się rozumieć. Już mówiłem, że jesienią 2005 roku naliczyłem około 120. Obecnie to już o wiele więcej. Ale stanąłem na liczbie – 111. Trzeba było stworzyć dla książki jakieś szczególne ramy!

Jakie określenie pisarz Andruchowycz mógłby dać pojęciu miasta, jego fenomenu? Dla Iwana Franki żywioł miasta był w jakimś stopniu wrogi. A dla Ciebie?
Wprost przeciwnie – to żywioł mojego życia. Nie mogę bez miast. Myślę, że miasto jest miejscem, gdzie w najdrastyczniejszy sposób kultura przecieka w cywilizację i na odwrót. Dopuszczam myśl, że miasto jest, przede wszystkim, fenomenem okresu modern, który już mamy za sobą. W okresie postmodernistycznym, niby panującym obecnie, nie ma już miasta, ale „globalna wioska”. Nawet, jeżeli tak jest, to miasto wydaje mi się ciekawszym obiektem badań: czymś, co traci swoje znaczenie, jednak niezauważalnie dla przeważającej większości z nas.

Opowieść o Drohobyczu, skąd pochodzę i gdzie mieszkam, powiązana jest w Twojej książce z postacią Bruno Schulza. Kim dla Ciebie jest i na ile możemy mówić o wejściu pisarza w kontekst kultury ukraińskiej?
Schulz jest dla mnie wyjątkowo ważnym pisarzem. W pełni to sobie uświadamiam dopiero teraz, gdy go tłumaczę. Mam bowiem możliwość czytać go z taką uwagą, na jaką zasługuje. W przyszłym roku ma się ukazać jego wybrana proza w moim tłumaczeniu. Myślę, że już dziś Schulz jest obecny w ukraińskim kontekście kulturowym. Teraz chodzi o to, by tę obecność wzmagać i powiększać, bo Schulz jest nam bardzo potrzebny. Mam nadzieję, że moje tłumaczenie będzie temu pomocne.

Swój nowy utwór nazwałeś „podręcznikiem geopoetyki i kosmopolityki. Jaki sens wkładasz w pojęcie „kosmopolityzm, kosmopolityczny” i dlaczego dla wielu to słowo jest obraźliwym (tak, jak liberalizm, liberał, tolerancja)?
Na twoje „dlaczego?”, wydaje mi się, nie ma dobrej odpowiedzi. Można przypuszczać działanie różnych stereotypów myślenia totalitarnego, recydywów stalinizmu czy neonazizmu. Kiedyś nazwałem się patriotą kosmopolitycznym, bo uważam, że nie ma tu sprzeczności. Kosmopolityzm – to zdolność człowieka przyjmować cudze za swoje. Innymi słowy – to otwartość.

Na czym, dla Ciebie, polega różnica w odbiorze Drohobycza w roku 2007, 2010 i obecnie, gdy nie ma z nami rektora Walerego Skotnego, z którym łączyły Cię ciepłe, przyjacielskie stosunki? O czym, czy o kim w Drohobyczu chciałbyś jeszcze napisać?
Niech spoczywa z Bogiem pan Walery. A różnica? Różnica nie jest w Drohobyczu – różnica jest we mnie. W 2007 roku byłem tu – wstyd powiedzieć – po raz pierwszy. A w 2012 przyjadę tu jak do jednego z najważniejszych dla mnie miast. Czy jeszcze coś o Drohobyczu napiszę – nie wiem. Ale muszę powiedzieć, że tłumacząc Schulza, stale jestem w jakimś innym, magicznym Drohobyczu.

Dlaczego właśnie w Czerniowcach wydałeś „Leksykon”? Czy dlatego, że to miasto jest związane z twoim, świętej pamięci, ojcem?
W żaden sposób nie jest to z nim związane. Tak naprawdę, to zawsze ciekawie mi jest pracować z nowymi ludźmi. Wydawnictwo Meridian z Czerniowiec nie miało doświadczenia w wydawaniu takich książek, ale zrobiło wszystko co mogło. Jestem za to bardzo wdzięczny.

Co zmusiło cię do podjęcia się tłumaczenia prozy Schulza? Jak daleko jeszcze masz do zakończenia pracy? Gdzie zamierzasz wydać książkę? Może w Drohobyczu?
Jeżeli mam być szczery, to do dziś nie wiem, gdzie będzie wydana książka. Gdzieś na pewno wydadzą, w to nie wątpię. Moja sprawa – doprowadzić pracę do końca. Jestem daleko nie pierwszym tłumaczem Schulza na język ukraiński, moi poprzednicy robili to niezwykle starannie. To bardzo utrudnia moje, i tak nie proste, zadanie.

Jakie masz najbliższe plany? Czy nie miałeś chęci napisać coś dla dzieci, przecież masz wspaniałą wnuczkę?
Jest to rzecz znana: dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, ale lepiej. Dlatego na razie nie odważyłem się. Ostatnio absorbowała mnie praca przy zakończeniu naszej wspólnej z polskim zespołem „Karbido” muzycznej trylogii – „Absynt”. Niedawno odbyła się premiera w sali kijowskiego konserwatorium.

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Leonid Golberg
Tekst ukazał się w nr nr 1 (149), 13–30 stycznia 2012

X