Legendy starego Stanisławowa. Część XVI

Legendy starego Stanisławowa. Część XVI Rabina Meszulema Horowitza bano się jak ognia (ze zbiorów autora)

Klątwa rabina

W XIX wieku stanowisko stanisławowskiego rabina mocno trzymała w swych rękach dynastia Horowitzów. Byli to ortodoksi i ściśle dbali o swój wpływ na członków społeczności, nie dopuszczając żadnych nowych wpływów. W tym czasie w Stanisławowie toczyła się zacięta walka pomiędzy ortodoksyjnymi Żydami, ściśle przestrzegającymi swe tradycje, a nurtem postępowym, starającym się prowadzić bardziej świecki tryb życia.

W latach 1884–1888 naczelnym rabinem Stanisławowa był Meszulem Horowitz. Bano się go jak ognia, ponieważ posiadał „dar” (jeżeli to można tak nazwać) klątwy. Pewnego razu dowiedział się, że kantor (śpiewak w synagodze) Abraham Feinzinger modlił się z chórem u postępowców. Rabin wezwał go do siebie, ale ten nie przyszedł. Wówczas Horowitz przeklął kantora. Następnego dnia Feinzinger stracił głos. Świadkowie twierdzą, że szczekał jak pies i niebawem zwariował.

Żydzi mieli zakazany udział we wspólnych z chrześcijanami uroczystościach. Ale w 1887 roku Żydzi byli obecni na uroczystym pogrzebie polskiego patrioty Agatona Gillera. Wszystkich czekała klątwa rabina. W krótkim czasie większość z nich zmarła w młodym wieku. A ci, co pozostali przy życiu, zbudowali w ciągu 12 lat synagogę postępową i już nie podlegali władzy ortodoksyjnego rabina.

Żydowski monopol
Obecnie słyszy się wiele narzekań na korupcję, na oligarchów monopolizujących władze w państwie. Jednak podobne zjawiska nie są niczym nowym. Cierpiały na nie nawet takie państwa jak Austro-Węgry. Oto konkretny przykład z konkretnego miasta.

Nie jest tajemnicą, że połowę ludności Stanisławowa stanowili Żydzi. Społecznością żydowską kierowała rada religijna, czyli kahał. W połowie XIX wieku władzę w kahale przejęły klany Horowitzów i Halpernów, będących w bliskim pokrewieństwie. Historyk Leon Sztrajt pisze, że po wyborach 29 listopada 1887 roku do rady religijnej trafiło wielu przedstawicieli tych rodzin. A więc, spośród 18 członków kahału zasiadało w nim trzech braci Halpernów (Hersz, Joel i Lipa), pięciu Horowitzów (Lipa, jego syn Jakub, brat Pinkas, i dwóch krewnych – Abraham i Jakub-Ozajasz), a ponadto teść ostatniego Abraham Szlosser. Stanowili połowę wszystkich miejsc w kahale, więc miła rodzinka uważała kahał prawie za własną spółkę. W mieście zaś mieszkało prawie 14 tys. Żydów.

Jakim sposobem ta niewielka grupka ludzi przejęła całą społeczność? Według ówczesnego statutu prawo wyborcze mieli mężczyźni, którzy płacili tzw. podatek domestykalny. Płacili go jedynie ci, których obłożyła tym podatkiem ustalona przez radę religijną specjalna komisja. Z 2 tys. Żydów, spłacających różne podatki państwu, komisja opodatkowała domestykiem jedynie 700 osób i wprowadziła ich nazwiska do list wyborczych. Rzecz jasna, że wszyscy oni byli gorącymi zwolennikami Horowitzów-Halpernów.

Ale w końcu cierpliwość społeczności się urwała i do namiestnictwa we Lwowie nadeszła skarga. W 1898 roku urzędnicy cesarscy zatwierdzili nowy statut, zmieniający nieco proces wyborczy i zabraniający zasiadania w kahale więcej niż jednemu reprezentantowi rodu. Sprawiedliwości więc stało się zadość i było o co walczyć.

Kolorowe Bystrzyce
Stanisławów opływają dwie Bystrzyce – Sołotwińska i Nadwórniańska. Swe nazwy przyjęły od miasteczek, przy których wypływają. Jednak w XIX wieku obie miały inne nazwy: Sołotwińska była Złotą, a Nadwórniańska – Czarną. Dlaczego?

Dokładnie to zjawisko tłumaczy historyk Alojzy Szarłowski w swej monografii z 1887 roku: „Z powodu wartkiego nurtu, którym biegną obie siostry-rzeki ku sobie, a potem wspólnie płyną do Dniestru, obie otrzymały nazwę Bystrzyc. Zachodnia – Sołotwińska – niesie ze sobą mętne, żółtawe wody nieco powoli, stąd jej nazwa Gniła lub Złota. Wschodnia – Nadwórniańska – płynie z prędkością górskiego potoku i stąd jej nazwa Czarna lub Srebrna”. Obie nazwy pochodzą od koloru wody.

Rzeka Bystrzyca koło Jamnicy (pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Szarłowskiemu wtóruje Sadok Barącz, podający dokładną charakterystykę obydwu rzek: „Halicka Bystrzyca – mętno-żółtawa, spokojna, nikomu nie robi szkody, chyba, że ktoś nierozsądny rzuci coś w jej koryto, dlatego przezwano ją Gniłą lub Złotą. Za to Tyśmiennicka (czyli Nadwórniańska) – swawolnica: biegnie polami, to szmat brzegu urwie, to drzewo z korzeniami porwie, to część płotu zarwie. Za to czysta jest jak kryształ, mani do siebie; jednemu daje zdrowie, a innemu zabiera życie, jak swawolna kokietka”.

Jednak, to właśnie „spokojna i łagodna” Złota Bystrzyca w 1969 roku wyszła z brzegów i zatopiła ul. Nadbrzeżną.

Klasztor bazylianek
Pod koniec XIX wieku mieszkał w Stanisławowie inżynier kolejowy Aleksander Osostowicz. Ożenił się z Kornelią Krajkowską, która wniosła mu w posagu budynek i ziemię przy ul. Zabłotowskiej (ob. Bazylianek). Niebawem małżonka zmarła, pozostawiając półtoraroczną córeczkę. Ojciec nie żałował wydatków na wykształcenie i wychowanie małej Marii. W wieku 16 lat oddał ją na wychowanie do klasztoru benedyktynek w Przemyślu, gdzie miała wykształcić się na nauczycielkę.

Jednak w 1888 roku dziewczę niespodziewanie, w 18 wiośnie życia, zmarło. Smutek ojca nie miał granic. Pociechy szukał w wierze. Kiedyś, podczas nabożeństwa w kościele, wpadł na pomysł przekazania połowy swego majątku na klasztor bazylianek, żeby otworzyły tam szkołę. Ślubował przed cudownym obrazem dokonać takiej fundacji. Ale wkrótce inne życiowe okoliczności wyparły myśli o klasztorze.

Projekt klasztoru bazylianek w Stanisławowie (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

W 1882 roku inżynier po raz drugi ożenił się i jedno po drugim zaczęły przychodzić na świat dzieci. Wydawać by się mogło, że życie uregulowało, ale niespodzianie znów wszystko się rozpadło: dzieci zaczęły jedno po drugim umierać, a na domiar – inżyniera zwolniono z pracy. Nowa żona (po raz kolejny brzemienna) przypomniała mężowi o jego niespełnionej obietnicy. Szczerze się rozrzewnił i przekazał kapitule greckokatolickiej Stanisławowa budynek i teren, pod warunkiem, że zostanie otwarta tam instytucja dla dziewcząt pod nazwą „Instytut Marii”.

W 1900 roku do Stanisławowa przyjeżdżają siostry bazylianki, które podjęły się prowadzenia Instytutu. W 1913 roku wybudowano tu murowany klasztor.

Pod trzema cyckami
Filateliści ze Stanisławowa dobrze znają sklep przy ul. Niezależności 8, gdzie zawsze można było kupić znaczki pocztowe i koperty. Wcześniej na tym miejscu stała piętrowa kamienica – budowla niczym się nie wyróżniająca, ale za to mająca interesującą, a nawet pikantną historię.

Hotel „Pod trzema koronami” zachował wiele pikantnych tajemnic (ze zbiorów autora)

Pod koniec XIX wieku w tym budynku mieścił się hotel pod pretensjonalną nazwą „Pod trzema koronami”. Był to tani żydowski zajazd, który trudno nazwać było „eleganckim”. Ale wśród mieszkańców Stanisławowa był niezwykle popularny. Rzecz w tym, że tam zawsze można było wynająć sobie dziewczynę (a nawet dwie) lekkich obyczajów. Policja orientowała się, że w hotelu działa nielegalny burdel i patrzyła na to przez palce.

Dowcipni zaś mieszkańcy stolicy Przykarpacia nadali hotelowi nazwę, która na zawsze do niego przylgnęła – „Pod trzema cyckami”.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 3 (319) 15-27 lutego 2019

X