Legendy starego Stanisławowa. Część XIV Profiterolki (fot. Taras Jakowin)

Legendy starego Stanisławowa. Część XIV

Przed wejściem do popularnej kawiarni „Profiterolki” stoi postać burmistrza Ignacego Kamińskiego, a przed nim na stoliku – filiżanka kawy i malutkie ciasteczko – to właśnie profiterolka. Pisarz Wołodymyr Jeszkilew podzielił się interesującą historią, jak ten francuski smakołyk trafił do naszego miasta.

Jak w Stanisławowie zjawiły się profiterolki
…Powiadają, że burmistrz Ignacy Kamiński za kołnierz nie wylewał. Przewodniczący magistratu przykładał się do flaszki o wiele częściej, niż wymagały tego oficjalne ceremonie i życiowe okoliczności. Nie gardził szampanem i buraczanką, śliwowicą i miodami.

Spowiednik burmistrza, brat Korneliusz, martwił się bardzo nałogiem podopiecznego i w dniu wspomnienia św. Wincentego przyjął od niego przyrzeczenie, że ten do Bożego Narodzenia nie tknie niczego mocniejszego niż małe jasne. Należy dodać, że rok wcześniej Kamiński poprzysiągł przed cudownym obrazem w Pogoni, że przez trzy lata nie ruszy kart i piwa.

Wobec takich okoliczności burmistrz z dnia na dzień stał się wzorem trzeźwości i już nic nie stało pomiędzy jego wrażliwą naturą i codziennymi przykrościami, ani nie mąciło mu atmosfery długich prowincjonalnych wieczorów. Wówczas Kamiński obrał sobie za napój mocną czarną kawę. Zwrócił też swą uwagę na smakołyki kuchni francuskiej.

Profiterolki (fot. Taras Jakowin)

Pośród niezliczonej pstrokacizny tej kuchni najbardziej zasmakowały mu profiterolki, które nie bez słuszności uważano za najlepszy dodatek do aromatycznej otomańskiej kawy z przyprawami czy też do algierskiej prażonej arabiki. Francuska encyklopedia kulinarna z roku 1878 podawała 84 przepisy na profiterolki: na słodko (eklery), z mięsem, grzybami, rybą, serem i innym nadzieniem.

Od chwili, gdy brat Korneliusz doprowadził burmistrza Kamińskiego do przysięgi trzeźwości przed obrazem św. Wincentego, często widywano go w kawiarniach, gdzie zamawiał najmocniejszą kawę i właśnie te ciasteczka z lodami oraz gorącą czekoladą. I przyczyniał się w ten sposób do oświecenia i integracji europejskiej naszego miasta.

Kamiński i tajny agent
W połowie lat 80. XX w. przyszły pisarz Wołodymyr Jeszkilew, wówczas student Iwanofrankiwskiego Instytutu Pedagogicznego, spotykał się z dziewczyną Wasyliną Typusiak. Jej pradziadek Bronisław miał lat 90, znał wiele interesujących historii i dobrze pamiętał wydarzenia z lat dawno minionych. W swoich wspomnieniach często wymieniał burmistrza Ignacego Kamińskiego, który rządził miastem w latach 1870–1888. Oto jedna z tych historii.

…Na początku lat 80. XIX stulecia na burmistrza Ignacego Kamińskiego napisano kilka donosów, w których oskarżano go o popieranie polskich powstańców, sympatyzowanie z ideami rewolucji narodowej, sprzyjanie masonerii i nieposzanowanie rządzącej dynastii. Z najbardziej gorszących faktów podkreślano, że przechodząc obok portretu JM cesarza i jego małżonki podchmielony burmistrz „czynił nieprzystojne, jak na urzędnika tej rangi i ambasadora sejmowego, gesty”.

Na te donosy Wiedeń wysłał do Stanisławowa tajnego agenta, którego zadaniem było zbadanie sytuacji na miejscu i określenie, czy donosy oparte są na faktach, czy przeciwnie – są owocem czyjejś zazdrosnej wyobraźni. Agent dowiedział się, że burmistrz grywa w karty, i spróbował w ten sposób nawiązać z nim znajomość. W zajeździe na Tyśmienickiej, gdzie zbierali się stanisławowscy karciarze, tajny agent zaproponował Kamińskiemu partyjkę wista. Na potwierdzenie swych możliwości finansowych wyjął z kieszeni niebieskie asygnacje. Na to burmistrz zauważył, że przyzwoici ludzie grają jedynie na metalowe pieniądze i że szanowny gość mógłby wymienić asygnacje w banku, a jeszcze lepiej tu na miejscu, u Ozyjasza Grosmana.

Agent skwapliwie skorzystał z okazji i już niebawem siedział przy stole z kolumienką nowiutkich srebrnych florenów. Podczas gry Kamińskiemu i agentowi szczodrze dolewano śliwowicy, co sprzyjało otwartej rozmowie na tematy polityczne. Ale jak nie starał się agent podpuścić burmistrza na antyrządowe wypowiedzi, ten niezmiennie sławił najmądrzejszego JM cesarza i błogosławioną przez Boga i Matkę Boską i świętą Teresę monarchinię Habsburgów. A gdy agent ułożył palce w tajemny znak masonów, Kamiński spojrzał na niego jak na wariata i tylko podkręcił wąsa.

Przepić stanisławowskiego burmistrza było zadaniem nie lada (ze zbiorów autora)

Przebieg gry nie utrwalił się w pamięci potomnych, ale legenda głosi, że zawody w pijatyce wiedeński gość przegrał z kretesem. Następnego dnia znalazł się w skromniutkim zajeździe, bez pieniędzy, zegarka, pierścienia, z nieznośnym bólem głowy i w beznadziejnie zepsutym ubraniu.

Tak fatalnie przegrawszy państwowe pieniądze, tajny agent opuścił Stanisławów, Kamiński zaś pozostawał jeszcze burmistrzem przez kolejne siedem lat – ku zadowoleniu mieszkańców i lokalnych karciarzy.

Pierwsza wizyta
Nasze miasto nosi obecnie imię wielkiego ukraińskiego pisarza Iwana Franki. Jest tu plac jego imienia, ulica, teatr, nagroda i biblioteka obwodowa. Historycy i krajoznawcy rzetelnie analizują każdą wizytę wielkiego Kamieniarza do Stanisławowa, odnajdują nowe adresy i koło znajomości. Tu miały miejsce jego spotkania przed dużym audytorium, huczne owacje i wspaniałe wiązanki kwiatów. Ale nie wszystko od razu. Spotkanie z miastem Franko rozpoczął od… więzienia.

Franko był socjalistą. Austriacka policja wiedziała o tym i śledziła go. W 1880 roku w miejscowości Jabłonów postanowiono sprawdzić jego dokumenty. Niestety Iwan Franko mógł jedynie wykazać się biletem kolejowym i to wypisanym na nazwisko Karola Stroczyńskiego. Policję to nie zadowoliło i literat trafił za kraty. Trzy miesiące przesiedział w kołomyjskim więzieniu i tu powstały jego wiersze, a wśród nich „Wiej, wietrze, nad tym więzieniem”.

W czerwcu tegoż roku aresztanta „ciupasem”, czyli etapami, odstawiono do rodzinnych Nahujowic. Z dworca w Stanisławowie współczesnymi ulicami Harkuszy i Hruszewskiego dwóch żandarmów odprowadziło aresztanta do podziemi ratusza, gdzie było więzienie policyjne. Rano miał być pociąg do Stryja. Spędzając tę noc na twardej drewnianej pryczy, Iwan Franko nie mógł sobie nawet wyobrazić, że po latach to miasto zostanie nazwane na jego cześć.

Nogawki cesarza
Żył sobie cesarz austriacki imieniem Franciszek z liczbą 1. Gdy zmarł, wdzięczni mieszkańcy Stanisławowa wystawili mu pomnik. Stał sobie pomnik na obecnym placu Szeptyckiego, który w tamtych czasach nosił imię cesarza Franciszka I. Naprzeciwko pomnika było państwowe gimnazjum. Jak okazało się później – nie wszyscy gimnazjaliści darzyli cesarza miłością.

Pewnego pięknego poranka dozorca wyszedł pozamiatać plac, gdy zauważył, że z pomnikiem coś nie jest w porządku. Z głowy spiżowego cesarza zwisał metrowy kołpak, zrobiony z… nogawki kalesonów. Oblicze, pierś i berło JM Franciszka I wymazane były ohydną żółto-brązową farbą, nadając całości wcale niemonarchicznego wyglądu.

Pomnik Franciszka I stale był obiektem psot gimnazjalistów (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebećkiego)

Dla prowincjonalnego Stanisławowa było to nie lada wydarzenie. Cesarza, rzecz jasna, natychmiast odszorowano, a z faktu wynikło śledztwo policyjne, które nic nie wyjawiło. Dopiero po wielu latach, gdy nie było już pomnika cesarza ani imperium Habsburgów, stało się wiadome, że uczynił to student gimnazjum Ignacy Daszyński – późniejszy marszałek polskiego Sejmu.

Więzienie
Gdy się spojrzy z góry na stanisławowskie centralne więzienie „Dąbrowa”, ma ono kształt rosyjskiej litery „H”. Obecnie stacjonuje tu jednostka wojskowa. Wśród wojskowych krąży kilka wersji powodów takiej formy budynku.

Powiadają, że więzienie wybudowała caryca Katarzyna, i że jej imię zawiera tę literę. Według innych liter więzienia budowano w Moskwie i Petersburgu. Kolejna wersja związana jest ze Stalinem – to ostatnia litera jego pseudonimu. Wielki Józef Wissarionowicz budował więzienia od wschodu do zachodu ZSRR, a ponieważ Zachodnia Ukraina została przyłączona jako ostatnia, wobec tego wypadła jej ostatnia litera. Idąc za tą logiką – na Zakarpaciu, które zostało przyłączone jako ostatnie, więzienie należało by zbudować w kształcie przecinka lub kropki. Chodzą też uparte słuchy, że w tym więzieniu „siedział” sam Grigorij Kotowski – legendarny bohater wojny domowej 1917–1921 roku.

Na oknach budynku przy ul. Czornowoła 119a zachowały się stare więzienne kraty (ze zbiorów autora)

Na drugim piętrze mieści się opuszczony klub, gdzie już od dawna nie ma żadnych zebrań. Wszyscy szefowie jednostki twierdzą, że wieczorami można tu usłyszeć, a nawet zobaczyć ducha. Autorowi tych strof doświadczeni ludzie radzili nie odwiedzać tych pomieszczeń po godzinie szóstej popołudniu.

A tak naprawdę budynek więzienia wystawili Austriacy w 1883 roku według projektu niemieckiego architekta. Ani więc Katarzyna II, ani Stalin nie mieli nic wspólnego z założeniem tego penitencjarnego zakładu. Kotowski faktycznie „siedział”, ale w Odessie, Mołdawii i na Syberii.

A co tyczy się duchów, to nie wszystko jest takie jasne. Wiadomo, że na początku XX wieku więźniowie wzniecili bunt. Administracja ostro rozprawiła się z buntownikami, wielu z nich zabito. Jest więc całkiem możliwe, że po pomieszczeniach starego klubu błąka się ktoś w szarych więziennych sztach.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 1 (317) 18-31 stycznia 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X