Kustosz straconego skarbu

Kustosz straconego skarbu

Byłem niedawno w Borysławiu. Ponieważ zupełnie nie znam tego miasteczka, pytałem przechodniów, czy są w pobliżu miejsca, gdzie na szybko można zjeść posiłek. Przez kilka różnych osób zostałem skierowany do domku z szyldem „Płoszcza Panśka” czyli „Plac Pański”.

Nie zdążyłem jeszcze otworzyć drzwi, kiedy stojący w nich szwajcar ostrzegł mnie:„To jest restauracja!”

„Przecież umiem czytać” – powstrzymałem swoje emocje i z uśmiechem przypomniałem sobie zabawny fragment z Andrzeja Chciuka, który przywołał w I tomie „Kresowej Atlantydy” Stanisław Sławomir Nicieja: „jeszcze w roku 1929 w roztopach na głównej ulicy Borysławia, nazwanej chyba na ironię Pańską w błocie utopił się koń z wozem. Borysław zarastał budami, knajpami oraz na metr wysokimi drewnianymi chodnikami. Mając dziewięć lat spadłem wraz z ojcem z takiego wysokiego chodnika w błoto ulicy: wychodziliśmy ze słynnej knajpy mamy Kubajowej, specjalistki od smażonych cielęcych nóżek z chrzanem. Jeszcze wtedy było błoto, choć sława Borysławia była powszechna. Utytłaliśmy się w błocie jak nieboskie stworzenia, że ojciec z miejsca poszedł ze mną do sklepu i kupił sobie i mnie nowe ubrania. Te, w których wyjechaliśmy z domu w Drohobyczu, zostawiliśmy po prostu w sklepie, tak było zabłocone. Ojciec tylko ze starego ubrania wyjął portfel, cebulę z łańcuszkiem, czyli zegarek i szpilkę do krawata”.

Młoda kelnerka z „Placu Pańskiego” nie znała tej opowieści. Prawie każdy stolik był zarezerwowany, chociaż nie widać było żadnego klienta. „Zakłady pracy pozamykano, turystów nie ma, przetrwać można wyłącznie dzięki z rzadka odbywającym się imprezom” – narzekała dziewczyna. Była obojętna wobec starych widokówek na ścianach. – Może ktoś ze starszych osób coś panu powie, gdzie był ten czy inny budynek. A tak w naszym Borysławiu nie ma nic ciekawego, – wyjaśniła.

Innego zdania jest mój znajomy kamerzysta z Drohobycza, który utrwala znikający urok starych kamieniczek i podwórek tego miasta i położonego po sąsiedzku Borysławia. Nie tylko on, ale i miejscowi badacze pamiątek z innych miasteczek galicyjskich często narzekają na brak źródeł archiwalnych. Trudno jest spotkać kogoś z rodowitych mieszkańców tych miejscowości, szczególnie takich, którzy będą mogli przypomnieć sobie dawne czasy i mniej więcej obiektywnie opowiedzieć o życiu przedwojennym.

Świadomość spóźnienia ciągle prześladuje też profesora Stanisława Nicieję.  – Mimo, że Kresami zajmuję się już ponad trzydzieści lat, pracowałem nad książką z poczuciem, że jestem spóźniony, że muszę się spieszyć, – nie ukrywa autor.  – Odeszły już bowiem bezpowrotnie dwa pokolenia świadków epoki, a w kolejnym, które weszło już w smugę cienia, każdy miesiąc czyni spustoszenia.

X