Jadzia – czyli lektura ku pokrzepieniu

-a A+

Sól ziemi wołyńskiej

Literatura i kinematografia polska co pewien czas mierzą się z tematem wołyńskiej apokalipsy 1943 roku. Po ponad siedemdziesięciu latach od pogromu ukazało się na polskim rynku czytelniczym pierwsze wydanie niewielkiego utworu prozatorskiego opowiadającego o losach Polaków, którzy przeżyli tragiczne wydarzenia na Wołyniu i po wojnie zamieszkali w PRL. Niebywałe, że ta niewielka lektura, wydana w dość niskim nakładzie, może być polecana, jak sugerują niektórzy czytelnicy, nawet najmłodszemu pokoleniu.

Autorem minipowieści pt. Jadzia (Starogard Gdański 2015) jest Michał Aleksander Majewski. Książka stanowi fabularyzowany dokument o jego Mamie, oparty na wspomnieniach córki Mieczysława i Krystyny Zielińskich mieszkających w Hucie Stepańskiej na Wołyniu. Dodajmy, że książka jest sygnowana przez Starogardzkie Towarzystwo Przyjaciół Sztuki. To formalne nawiązanie do miejsca na ziemi żuławskiej zasiedlanej po wojnie przez Polaków pochodzących z terenów wołyńskich, a więc także przez dziadków autora, powieściowych rodziców Jadzi.

Pomysł jest prosty: o losach dziecka Wołynia opowiada dorosły narrator, który świat wojny i powojennej tułaczki przekazuje tak, jak widzi go dziecko. Męska narracja łączy się z obserwacjami małej dziewczynki (za pomocą mowy pozornie zależnej).

Świat uczuć i emocji jest potraktowany prosto, rzeczowo, powściągliwie. Co mogła zobaczyć, odczuć mała dziewczynka? Co działo się w ciągu następnych kilku lat z dzieckiem wyrwanym śmierci na ogarniętych pożogą Kresach?

Książka, będąca zapisem reminiscencji wołyńsko-żuławskich, pokazuje, jaką drogę przebyła od 1943 roku uciekinierka z Huty Stepańskiej – która wędruje wraz z innymi mieszkańcami Ukrainy do Niemiec. W czasie wojny Jadzia przemieszcza się z rodzicami pod granicę z Holandią (Emmerich). Dociera do Lubeki i wreszcie – po dramatycznej decyzji ojca o powrocie do innej już Polski – w marcu 1946 roku dopływa z całą rodziną statkiem „Ragne” do Gdyni. Szukając dla siebie miejsca na ziemi, jej rodzice jadą w kierunku Tczewa, Lisewa, Nowego Stawu.

W beletrystycznej formule mieści się wiele wydarzeń, miejsc, postaci. Na drodze do nowego życia przed kresowiakami staje już tylko Państwowy Urząd Repatriacyjny oraz cudzy dom, opustoszały, poniemiecki, ze śladami bytności mieszkańców. Bohaterom opowieści nie daje spokoju pamięć – ów charakterystyczny ślad kresowego dziedzictwa, który powtarza się w wielu biografiach. Tęsknota za pozostawionym na Ukrainie życiem, domem.

Wszystko stawało się nie z tej ziemi, a dla Jadzi zupełnie nieznane i groźne...
Tytułową Jadzię poznajemy jako dziewięcioletnią, ciekawą świata uczennicę. Dziewczynka ma rodzeństwo, młodszego brata Cześka i malutką siostrę Wandzię. Po ukończeniu pierwszej klasy przed dziewczynką zamyka się pierwszy ważny etap życia – a przecież to zwykle wtedy rozpoczyna się dla dzieci niezapomniana przygoda szkolna. Po paru latach rozstajemy się już z dorastającą panną. Tyle czasu powieściowego splecionego z wojenną przestrzenią przeznaczył swej bohaterce Michał A. Majewski.

Potem przyszli ludzie mówiący innym językiem i kazali jej chodzić do innej szkoły, ale ona nie chciała i przestała się uczyć. Ta szkoła nie była obowiązkowa. Obowiązkowe było tylko przedszkole dla małego Cześka, którego codziennie rano musiała odprowadzać. Przedszkole mieściło się na plebanii i Czesiek grzecznie tam zostawał, wśród innych małych dzieci. Ale potem, kiedy Jadzia wracała ulicą do domu, prawie każdego dnia powtarzała się ta sama historia: Czesiek był już w domu. Przybiegał przed nią, przez pola i ogrody, na skróty, i mówił, że nie chce tam być, bo tam przychodzą tacy źli panowie i wyśmiewają się z dzieci mówiąc, że Pana Boga nie ma.

Jadzia wraz z rodzicami i dziesiątkami innych ludzi z okolic musi zamieszkać w budynku dawnej szkoły w rodzinnej Hucie Stepańskiej. Wokół wsi czaiło się coś bardzo złego i wszyscy musieli być w kupie, pilnować się nawzajem, i nie wolno było się nigdzie oddalać. Takie były rozkazy. Jadzia nie wiedziała, kto je wydał, ale Tatuś i Mamusia kategorycznie nakazali, że trzeba ich przestrzegać. Nawet w nocy było ciekawie, chociaż czuło się jakiś strach. Jadzia też się przestraszyła, kiedy wieczorem wyjrzała w ciemność przez okno i zobaczyła wielki blask w oddali, coś takiego, jakby gdzieś paliło się ogromne ognisko. Blask pełen jakiejś tajemnicy, złowrogiej, właściwie rozświetlający całe niebo, jakby w zamiarze pokazania tego miejsca, z którego zło w końcu podejdzie tak blisko, że stanie się niebezpieczne. Ktoś z dorosłych szepnął: Podpalają wioski... – kto tak mówi? Czy to Jadzia, czy ktoś dużo od niej starszy?

Wśród rodzin, które znalazły schronienie w budynku szkoły, pod wpływem niepokojących doniesień, już w obliczu nadciągających hord napastników, zapada decyzja o ewakuacji. Któregoś dnia o świcie wszyscy organizują pośpieszny transport. Ruszają jedna za drugą załadowane rodzinami furmanki. W ostatniej chwili Jadzia, wyrywając się rodzicom, wybiega z konwoju, aby zabrać swój pierwszokomunijny święty obrazek, który wisi na ścianie pokoju.

I wtedy stało się coś strasznego...
Narracja Majewskiego przeprowadza przez wołyńską traumę powściągliwie, lecz bezlitośnie, z oschłością. Ostro raniące naturalistyczne odpryski musi poczuć i zobaczyć dojrzewająca nastolatka.

Początek końca
Tak zaczyna się exodus Jadzi, jej bliskich oraz innych rodzin. W tym punkcie powieściowej historii rozpoczyna się trzęsienie ziemi, zatem wszystko powinno się teraz skończyć. W przeciągłym, dla wielu przedśmiertnie posłyszanym wrzasku: Rizaty Lachiw!!!, po którym jak za ciężką kurtyną zapada się życie wioski, pogrzebana zostanie przeszłość bohaterki.

Od tej pory osobowość dziewczynki będzie kształtowana przez nowe życie, niepewną egzystencję z dnia na dzień. Nikczemną rzeczywistość wojny podobnie jak inne dzieci Jadzia oswaja swoją niewinną ciekawością. Ta cecha okaże się jej atutem w poszukiwaniu miejsca na ziemi i prawdy o ludziach, o świecie. To, czego dziewczynka doświadczy, nie zmieni jej tożsamości, pamięci o tym, kim jest, skąd pochodzi.

Ileż w tej małej powieści wzruszeń, bólu – uwięzionych, okiełznanych! Literacka Jadzia to nie tylko imię dziecka, to także dom, pamięć. Tytuł utworu staje się metaforą mentalnego przejścia, traconego dzieciństwa. Życie bohaterki stanowi symbol przekraczania – tożsamości oraz duchowych granic świata rozpiętego między ufnością i rozgoryczeniem, nadzieją i rozpaczą – symbol odnajdywania wewnętrznej równowagi w świecie względnych wartości. Jadzia to innymi słowy literacka próba ukazania antropologii bezdomności, opierająca się na symbolice dziecięcej kresowej biografii.

Powieść ukazuje osobowość w drodze. Kresowe dziecko będzie podążać śladami pamięci rodziców, zatrzyma się wokół wartości i miejsc traconych.

Szkoła życia – świadectwo dojrzałości
Bohaterka, sama poza etycznymi ocenami, stanie się sumieniem dorosłych. Podczas wojennej wędrówki pozna ludzi różnych narodowości (dobrych Niemców, Żydów, Amerykanów). Nie musimy jej pytać o moralne wybory. To maluch podporządkowany reżimowi historycznych absurdów, wyroków, jeszcze posłuszny rodzicom. Usiłuje przeżyć w granicach ledwie dozwolonej beztroski, mocno ograniczonej samowoli. Majewski ukazuje mentalną przestrzeń, w której spotyka się iście dziecięcy życiowy spryt i wrażliwość. Jadzia przyjmuje życie bez pretensji, nie potrzebuje ideowego koturnu, nie musi wpisywać się w żadną z ról, jakie dyktują zmieniające się warunki polityczne. Zdumiewa to, jak wiele hartu ma dziecko. To pozwala mu być sobą.

Przemierzamy geopolityczne kresy z dziewczynką i jej bliskimi (Sarny, Równe). Dorosłość jest punktem obserwacji tego, jak w czasie wojennych „przygód” i tułaczych peregrynacji – pieszo i pociągami po Wołyniu, wagonami towarowymi, bydlęcymi, do obozu pracy do Niemiec, w końcu statkiem do Gdyni (razem z poetą K.I. Gałczyńskim!) – w dojrzewającym, śmiałym umyśle rezolutnego dziecka kształtuje się życiowa wiedza.

Narrator Jadzi zna przyszłe tęsknoty bohaterki. Dowodzi tego w ostatnim rozdziale relacji, w lirycznej, osobistej antycypacji losu kresowiaków w PRL-u. W tkliwych sygnałach (bolące nóżki, przytulony do szyby pociągu nosek) co pewien czas pochyla się nad dziewczynką, która w pamiętnym roku traci naturalny związek z rodzinną ziemią.

Jadzia prowadzi go swoją drogą. Jakby pisała w kajecie wypracowanie życia.

Ukraina i Żuławy – dzieciństwo na antypodach nadziei
– To znaczy, że już tu na zawsze zostaniemy? To będzie nasz dom już na zawsze? – Mamusia jeszcze raz się uśmiechnęła, nic jednak nie mówiąc. Przytuliła tylko córkę, tak jak często, jak zwykle, ale coś jeszcze w tym być musiało, bo przez moment Jadzi zdało się, że stoją w zupełnie innym pokoju, w innym domu, na drugim końcu świata, w Hucie Stepańskiej. […] Ciężka łza Jadzi tak mocno uderzyła o deskę podłogi, że aż na chwilę ucichło skrobanie myszy, pracującej gdzieś w zakamarkach strychu. „Czy tam też teraz siedzi jakaś Jadzia i płacze? – nadal rozmyślała o ich wołyńskim domu. – Czy ktoś znalazł naszą puszkę ze srebrnymi monetami? A może wszystkie nasze meble już są stamtąd wyniesione...?”.

Majewski, pisarz czułej tęsknoty i zarazem witalności, jest po stronie bolesnej nadziei. Przeciwieństwa odczuć i doznań mienią się w biografii tytułowej Jadzi różnymi barwami (córka dzieli niepokój matki, identyfikując się z jej kobiecą zapobiegliwością i zdecydowaniem, współodczuwa dramat wykorzenienia, który przeżywa ojciec). Młodość znajduje swoje miejsce na nomen omen depresyjnej ziemi Żuław, w naiwnej jeszcze powadze i afirmacji nastolatki, we wschodzącej Polsce, która jako państwo z nadania formalnie odcina się od źródeł kresowych.

Tatuś płakał, kiedy wchodził do kuchni. Nie chciał nikomu tego pokazać, pochylając głowę, ale nie udało mu się, bo Jadzia i tak zauważyła. „Tatuś tęskni...” – pomyślała. […] Zrozumiała, że Tatusia z tego miejsca już nigdy donikąd żadna siła nie ruszy. Ale też zrozumiała, że taka pewność, której sama przecież bardzo potrzebowała i na którą czekała, musi zostać czymś okupiona.

Zwyczajne dziecko odbywa wraz z rodzicami-repatriantami odyseję wołyńską i zarazem własną, osobną pielgrzymkę. Rzeczywistość wojny i pierwsze powojenne lata odzierają bohaterów ze złudzeń. Historia zniszczy to, co dla nich drogie. Ale życie wskazuje nowe ścieżki ludziom, którzy mają odwagę zmierzyć się z tym, co ich czeka. Ostatecznie jest to opowieść serca i sumienia. Bez tropienia zbrodniarzy, obsesyjnego przywoływania wołyńskiej traumy, bez jawnego oskarżania czy tłumienia emocji, bez żenującej egzaltacji.

Dynamika młodzieńczych przeżyć rozpiętych między stratą i nowością, między ziemią utraconą i „odzyskaną” (jak głosi tytuł ostatniego rozdziału – „przyznaną”), staje się tu walorem literackim. W taki sposób powstał utwór o życiu po stracie. Zaskakujący prostotą.

Bo przecież trzeba wiedzieć, skąd i po co biorą się takie dziwne wędrówki ludów. Przecież to niemożliwe, żeby to był tylko ślepy los. Musi wiedzieć i się dowie, dlaczego wszystkich obowiązkowo, jak leci, zapisano do ZMP i dlaczego Marian poszedł do więzienia za to, że święcił dzień trzeci maja. I dlaczego Marian zmarł zaraz po tym więzieniu, i dlaczego Tatuś i Mamusia w dowodach osobistych mają napisane, że urodzili się w ZSRR, kiedy przecież to była Polska.

Autor umiał wydrzeć cynicznej polityce prywatną wiarę w wartość rodzinnego domu – w to, że możliwe jest ocalenie fundamentów. Realny dom – archetyp bezpieczeństwa – zastąpi inna wartość. Wierność sobie.

Będzie też wciąż tęsknić. Będzie tęsknić za tym, co dawno utracone, za chwilami tamtego najpiękniejszego dzieciństwa. Może nie tak jak Tatuś, bo Tatuś się załamał i za bardzo tęskni. Tęsknota musi być siłą. Siłą, która pozwoli Jadzi przebrnąć przez wszystkie szkoły i potem może nawet przez duży kawał życia, ale w końcu pomoże osiągnąć cel. Jadzia już wie, że na pewno stanie tam znowu, chociaż na kilka sekund. Tam gdzie tak pięknie pachniało wykrochmalone pranie ponad pięknymi kwiatami, które wcale nie były konkurencją dla uśmiechu Mamusi. Wie, że pochyli się i zagarnie garść tamtejszej, jakże innej ziemi, i przywiezie ją na Żuławy, specjalnie dla Mamusi i Tatusia.

Subtelna narracja dociera do nieukojonej w życiu repatriantów tęsknoty, lęków. Dowodzi, że w bilansie zbrodniczych dziejów najwyższe koszty ponosimy w obszarze emocjonalnych przywiązań do tego, co słabe, kruche, nietrwałe. Długi uczuć zaciągane są na pokolenia. Jak kredyt pamięci. Czy Jadzia odpowie, w jakiej walucie go spłaci? Zadośćuczynienia, wybaczania? Autor powieści nie odpowiada.

Michał A. Majewski, Jadzia, Starogard Gdański 2015

Aneta M. Krawczyk
Tekst ukazał się w nr 3 (319) 15-27 lutego 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.