Koń Trojański

Trudno oprzeć się wrażeniu, że katastrofy dwóch rosyjskich samolotów, nolens volens, spadły Rosjanom z nieba, a dodatkowym prezentem od losu stał się zamach terrorystyczny w Paryżu.

Brzmi to okrutnie i cynicznie, ale gdy realizuje się wielką politykę po twarzach jej reżyserów zwykle płyną krokodyle łzy, a nawet na tragediach próbuje się zbić polityczny kapitał.

Po śmierci rosyjskich turystów i załogi samolotu Airbus A321 w Egipcie Putin założył maskę zmartwionego ojca narodu i oficjalnie wprowadził kraj do walki z dżihadystami. Zamach nie mógł pozostać bez odpowiedzi i Rosjanie zintensyfikowali aktywność wojskową w Syrii, aby „przestępcy zrozumieli, że zemsta jest nieunikniona”. Dwa tygodnie później zamachy, których dokonano w Paryżu, otworzyły Putinowi drzwi do próby zmiany pozycji Rosji na arenie międzynarodowej. Kraj, borykający się z sankcjami gospodarczymi i prezydent, krytykowany za aneksję Krymu i agresywną politykę wobec sąsiednich państw, otrzymali szansę powrotu do gry, a przynajmniej wykreowania Moskwy na pożądanego sojusznika w walce z ISIS.

To, że nie będzie to zadanie łatwe, pokazały już wcześniej przeprowadzone u wybrzeży Szkocji testy tarczy antyrakietowej, która, w opinii Kremla, jest demonstracją antyrosyjskiej postawy Zachodu. Rosjanie zareagowali w sposób typowy dla siebie, a jednocześnie zdumiewająco wyważony. Delikatne przypomnienie o najnowocześniejszej broni, jaką dysponuje rosyjska armia, w tym inteligentnej łodzi podwodnej uzbrojonej w bombę wodorową, zestawiono z ostentacyjnym lekceważeniem zabawki natowskich generałów, która nijak Rosji nie może zaszkodzić, co najwyżej pogorszy już i tak zepsute relacje. Do tego przypomniano, że NATO oszukało świat twierdząc, że tarcza miała być odpowiedzią na zagrożenie jądrowe ze strony Iranu, którego nie tylko nie ma, ale i nigdy nie było, zatem utrzymywanie jej jest co najmniej dwuznaczne i podejrzane, a co za tym idzie, rosyjska krytyka projektu nie oznacza artykulacji obaw przed Zachodem, a chęć ochrony świata przed bezczelnymi kłamstwami.

Mimo to Rosja, świadoma swojej dziejowej misji, zdecydowała się łaskawie przejść nad tym faktem do porządku dziennego i w imię wyższych celów zjednoczyć siły z północnoatlantyckim paktem. W tym celu przystąpiła do epatowania mitem, dzięki któremu miała stać się nieodzownym elementem w walce z muzułmańskimi terrorystami. Przypominano dobitnie rolę, jaką radziecka armia odegrała podczas drugiej wojny światowej w koalicji antyhitlerowskiej, zapominając, po której stronie stała przez pierwsze miesiące konfliktu i pomijając fakt, że była sojusznikiem wymuszonym, co nie zawsze znaczy szanowanym. Chciała udowodnić, że analogicznie dzisiejszy świat nie może się obejść bez rosyjskich żołnierzy i rosyjskiego imperium.

To, że imperium to opiera się jedną nogą na surowcach, a drugą na propagandzie, prawdopodobnie umknęło Putinowi. Jeśli jednak jest to ruch obliczony nie tyle na przekonanie Zachodu, co własnych obywateli, może to nie mieć większego znaczenia. Dla przeciętnego Rosjanina niezwykle ważne jest to, że z każdym dniem rośnie jego duma z niepokonanej armii, a ubóstwo jest wliczone w koszty bycia potęgą. W mediach obrazki z kolejnych ataków w Syrii prowadzonych w ramach akcji „Odwet” zestawiane są z informacjami, że zachodni koalicjanci nie odnieśli jak dotąd żadnych sukcesów w walce z Państwem Islamskim. Wniosek nasuwa się zatem sam – spektakularne efekty przynoszą tylko rosyjskie bombardowania, a Moskwa kolejny raz w historii realizuje misję ochrony chrześcijańskiego świata. Tym samym poddani cara utwierdzają się w przekonaniu, w jakim wspaniałym kraju żyją.

W rozmowach z Zachodem mogło to jednak być zbyt mało, ale tu nastąpił tragiczny zwrot akcji – w niejasnych okolicznościach Turcja zestrzeliła rosyjski bombowiec SU-24, w wyniku czego jeden z dwóch pilotów zginął na miejscu.

Przez chwilę wydawało się, że sytuacja, która nie miała miejsca w stosunkach pomiędzy państwem NATO a Moskwą od kilku dziesięcioleci, włożyła Putinowi w dłonie karty przetargowe w rozmowach jeśli nie z Paktem, to przynajmniej z Turcją. Można było oczekiwać, że Ankara, chcąc załagodzić sytuację, poczyni ustępstwa na rzecz Rosji, tymczasem w do niedawna dobrych relacjach zapanowała niemal syberyjska zima. Szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow odwołał zaplanowaną na 25 listopada wizytę w Ankarze, Rosji przestał smakować turecki drób i obwieściła sankcje handlowe, zaapelowano o wstrzymanie wyjazdów turystycznych do tureckich kurortów, a Europa zaczęła się zastanawiać, jaki będzie dalszy los planowanego przez Rosję i Turcję gazociągu Turecki Potok.

Tu przeważały opinie, że zaniechanie jego budowy może okazać się co najmniej problemem dla gospodarki rosyjskiej, tureckiej, ale też zniweczy nadzieje na powstrzymanie budowy Nord Stream 2, na co liczyła chociażby Polska. Tymczasem może należałoby się zastanowić, czy Rosję stać na wycofanie się z projektu, który otwierał jej alternatywą drogę przesyłania gazu, ważną w sytuacji wojny z Ukrainą i potencjalnego uzależnienia od stale dobrych relacji z Niemcami.

Być może Turcja jest tego w pełni świadoma, być może nigdy nie dowiemy się, jaką rzeczywistą cenę Ankara zapłaci za pochopne użycie rakiety. Nie można jednak wykluczyć, że zapłaci ją całe NATO godząc się na współpracę z Rosją.

Moskwa, poprzez ofiarę pilota, stała się w swojej ocenie sojusznikiem o tyle pożądanym w walce z terrorystami, że dziś prowadzi ją ofiarnie, nie oglądając się na świat, nawet za cenę przelanej przez Turcję krwi. Kreuje obraz samotnego wilka kąsającego dżihadystów, ale też kokietuje dostępem do wiedzy będącej poza zasięgiem Zachodu. Mimochodem wspomina się, że rosyjskie służby specjalne tak naprawdę wiedziały o planach zamachów w Paryżu. Informacja ta jest o tyle ryzykowna, że może kazać Zachodowi zastanowić się, czy ktoś, kto nie przekazuje takich wiadomości służbom francuskim, będzie wiarygodnym sojusznikiem w jakiejkolwiek walce. Rozważyć (jeżeli nie był to blef), czy pozwalając na dokonanie aktów terroru Rosjanie nie chcieli zaognić sytuacji, rozniecić ognia, w którym mieliby oczyścić swoje dobre imię?

Jak się wydaje, Putin postrzega świat zero-jedynkowo. Uważa, że jeśli Francja, Niemcy i USA zauważą i docenią jego rolę antyterrorysty, będzie to równoznaczne z odpuszczeniem ukraińskich grzechów, a jeszcze pewniej – z akceptacją status quo. To dla niego szansa na powrót do światowej gry nie tylko na prawach partnera, ale strażnika światowego ładu i jeśli nie pomyli się w swoich szacunkach, będziemy mogli pożegnać się z niezależną Ukrainą.

Jednak wciąż istnieje szansa, że zachodni politycy nie dadzą się uwieść czarno-białej wizji świata i zdecydują się współpracować z Rosją, lecz na swoich warunkach, a tymi powinno być wyznaczenie Moskwie ceny za aneksję Krymu i wojnę na Wschodniej Ukrainie. Najprawdopodobniej będzie to początek licytacji, w której na jednej szali położy się wsparcie dla autonomicznej i prozachodniej Ukrainy, a na drugiej przypomnienie o kosztach, jakie już ponieśli Rosjanie – walkach w Syrii i zestrzelonym SU-24, w zamian za który niczego nie zażądano od Turcji…

Tylko czy na taką licytację Zachód jest gotowy? Dziś można w to wątpić, ale trzeba zakładać, że są jeszcze politycy świadomi tego, że powrót Putina do grona polityków oficjalnie decydujących o losach świata, czy choćby przyjęcie Rosji w poczet państw grupy G8, będzie końcem realnych możliwości wywierania na nią jakiegokolwiek nacisku w przyszłości. Świat odsłoni swoje miękkie podbrzusze, jeśli pozwoli, by Rosja wykluczona z G8 po aneksji Krymu i rozpętaniu konfliktu na Ukrainie, została zrehabilitowana mimo, że nie zmieniła niczego w ukraińskiej sytuacji.

Trzeba jednak zauważyć, że choć oddanie Ukrainy w zamian za szybką i skuteczną pomoc w rozprawie z terrorystami może nie być najwyższą ceną, jaka zostanie zapłacona Putinowi. Wiele wskazuje na to, że Kreml, jako sojusznik, może stać się koniem trojańskim w obozie państw walczących z ISIS. W interesie Putina będzie przeciągać wojnę z terrorystami tak długo, aż świat zapomni o Krymie i uzna pseudorepubliki wschodnioukraińskie, tym samym oddając te zimie we władanie Kremla. Wtedy do kosztów trzeba będzie jeszcze doliczyć wiele ofiar walk na froncie i kolejnych zamachów. Nawet, jeśli dla kremlowskich decydentów nie będą mieć one znaczenia, będą je miały dla całej reszty świata. Trudno uwierzyć, że ktokolwiek jest na to gotowy.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 22 (242) 30 listopada – 17 grudnia 2015

X