Kapliczka-cudeńko, rozstrzelany anioł i czerwone buki

Kapliczka-cudeńko, rozstrzelany anioł i czerwone buki Fot. Dmytro Poluchowycz

Wyglądająca jak jaskrawe cudeńko kapliczka w wiosce Młyniska w rejonie trembowlańskim jest chyba najbardziej sympatyczna ze wszystkich opuszczonych rzymskokatolickich świątyń na Ziemi Tarnopolskiej. Wielu jest praktycznie nieznana, bo przycupnęła w dali od uczęszczanych tras turystycznych i już sam dojazd do niej jest nie byle jaką atrakcją.

Chociaż jeśli się wie dokąd i jak – problemów nie będzie. Tym bardziej, że wycieczkę można połączyć ze zwiedzaniem innych rodzynek Trembowli i okolic, o których Kurier Galicyjski pisał w poprzednich numerach.

Aby dotrzeć na miejsce, należy z trasy Trembowla-Kopyczyńce odbić w kierunku wioski Kobyłowłoki. Znana jest ta miejscowość ze swej gorzelni. Tak na marginesie: w XIX wieku we wsi działało jedno z największych w Galicji Bractw Trzeźwości, które w okresie swego rozkwitu liczyło 1012 członków.

W Kobyłowłokach też warto się zatrzymać. Przy wjeździe wpada w oczy stary cmentarz. Główną jego atrakcją są trzylistne kamienne krzyże z okrągłymi, na wzór płatków kwiatów, ramionami. Datowane są połową XIX wieku. Jest to dość rzadko spotykany rodzaj nagrobków, jednak nie unikatowy. Takie krzyże lud określał jako „kozackie”, chociaż na Podolu i w Galicji spotykane są na grobach rzymskich katolików. Są to najczęściej krzyże ciosane z grubego kamienia – 20-30 cm grubości. Ale tu, w Kobyłowłokach są cienkie.

Wyjaśnić to można tym, że ciosano je przeważnie z wapienia, tutejsze zaś są z trembowelskiego czerwonego piaskowca. Zalega on w dużych ilościach w okolicach Trembowli i stąd ma swoją nazwę. Na okolicznych cmentarzach jest wiele nagrobków z tego kamienia. Autorowi najbardziej przypadła do gustu rzeźba św. Michała Archanioła, wykonana w delikatnym stylu ludowego prymitywizmu.

O polskim okresie historii miejscowości przypomina niewielki kościółek na planie krzyża, mający rzadki tu patronat Matki Boskiej Siewnej. Świątynię w 1882 roku wystawili hrabiowie Dunin-Borkowscy. Po 1945 roku kościół wykorzystywano jako sklep. Dziś Dom Boży świeci pustką. Samemu kościół odszukać trudno – trzeba popytać miejscowych.

Z Kobyłowłok do Młynisk jest trochę ponad kilometr po całkowicie zniszczonej drodze (przynajmniej taką była podczas moich odwiedzin), ale te niedogodności odchodzą na dalszy plan wobec celu, jakim jest nasza kapliczka. Długo szukać jej nie trzeba – stoi na szczycie pagórka, a sygnaturka widoczna jest już przy wjeździe do wsi.

Swoją nazwę Młyniska zawdzięczają młynom, które dawniej stały na potoku Kobyłowłoki, dopływu Seretu, płynącego przez miejscowość. Ta rzeczka, choć niewielka, lecz bardzo burzliwa, ze znaczną różnicą poziomów, była dogodną do stawiania na niej młynów. A było ich tu kilka. Według jednych danych – 3, według innych – 4.

Wydarzeniem w historii miejscowości stała się epidemia cholery w latach 1846-1847, która wykosiła prawie całą jej ludność. W tym czasie właścicielami Młynisk było małżeństwo Włodzimierza i Pauliny Łosiów. Spustoszona wioska została zasiedlona przez przesiedleńców – „mazurów”, po czym Młyniska stały się jedyną chyba miejscowością w pow. trembowelskim z całkowicie polską ludnością. Niebawem po tym hrabiostwo obrało Młyniska na swoją letnią rezydencję. Wystawili oni pałac w stylu klasycystycznym i rozbili wspaniały, rozległy park. Niestety podczas II wojny światowej pałac został doszczętnie rozwalony i niebawem rozebrano go na materiał budowlany. Park na szczęście ocalał do dziś. Wprawdzie nieco „zdziczał”, ale mimo wszystko jest wspaniały. Jego główną ozdobą są olbrzymie czerwone buki. Na odmianę od zwykłych, te drzewa, jak wskazuje nazwa, mają liście koloru czerwonego.

Ostatnio tego rodzaju drzewa stały się bardzo popularnym elementem dekoracyjnym parków i ogrodów, ale tak wiekowe drzewa są prawdziwym zabytkiem przyrody. Prawdopodobnie takich drzew na Ukrainie nie ma nawet dziesięciu. Niegdyś w parku rósł jeszcze wspaniały liriodendron, czyli „drzewo tulipanowe” (tulipanowiec amerykański). Niestety pod koniec lat 90. podczas srogiej zimy zmarzł i usechł.

W 1877 roku hrabina Paulina Łosiowa wybudowała koło pałacu drewnianą kapliczkę. Murowaną w stylu pseudogotyckim wystawiono dopiero w latach 1911-1912. Niestety nie wiadomo kto był autorem projektu. Jest informacja, że mógł to być ktoś z profesorów Politechniki Lwowskiej. Murowaną kapliczkę ufundowali ówcześni właściciele Młynisk Elżbieta z Łosiów i jej małżonek Jerzy Seweryn Dunin-Borkowski. Funkcjonowała ona do 1945 roku.

Rodzynkiem kapliczki są wykwintne okucia drzwi – przy czym wszystkich. Takie dekoracje spotykane są często, ale tu mistrzowie nie szczędzili ani sił, ani czasu. Oprócz tego ocalała znaczna część wspaniałych witraży. Z wystroju wewnętrznego ocalał rzeźbiony drewniany przedsionek, jako pseudochór. „Pseudo” – bowiem żadnych śladów schodów na górę nie ma, a i balustrada „chóru” też jest jednolita. Wątpliwe, aby poważna osoba organisty wchodziła na górę po drabinie. Ocalał również daszek nad prawdopodobnie amboną lub nakrycie jakiegoś elementu sztuki sakralnej.

Fot. Dmytro Poluchowycz
{gallery}gallery/2020/poluchowycz_kapliczka{/gallery}

Jako nieme świadectwo „wojującego ateizmu” stoi nad wejściem figura anioła. Widoczne są na niej ślady, że wykorzystywana była przez tych niegodziwców jako cel – wiele na niej śladów od kul, odstrzelone jest jedno skrzydło i połowa twarzy. Gdyby były to ślady działań bojowych, to na ścianach kaplicy również powinny być ślady strzałów – a takich tu brak. Zupełnie! Czyli, że ktoś specjalnie celował do figury.

Do kaplicy można wejść przez boczne drzwi. Wprawdzie drewniane schody dawno już zmurszały i do drzwi trzeba wdrapywać się na wysokość pół metra. Po przeciwnej stronie kaplicy też są drzwi, ale już nie tak wysoko położone. Za nimi są kręcone chody, prowadzące na poddasze. Wewnątrz kaplica jest pusta, jedynie rozsypane resztki pszenicy świadczą, że kiedyś przechowywano tu zboże. Ogólny stan kaplicy jest awaryjny. Na zdjęciach widoczne jest, że dach w każdej chwili może runąć. Wiele na nim rosnących drzew.

Niestety, przyszłość tej bardzo sympatycznej i pięknej kaplicy maluje się ponuro.

Dmytro Poluchowycz
Tekst ukazał się w nr 9-10 (349-350), 29 maja – 15 czerwca 2020

X