Jesień 2015 – Donbas

Jesień 2015 – Donbas

Strzały na wschodzie Ukrainy padają coraz rzadziej, ale nie znaczy to, że cywilom mieszkającym tam nie jest potrzebna pomoc. Do wsi wokół linii demarkacyjnej jeździ z pomocą humanitarną fundacja Vostok SOS.

Kijowska fundacja Vostok SOS na terenie Donbasu siedzibę ma w Siewierodoniecku. Z tym miastem nie ma bezpośredniego połączenia kolejowego, należy dojechać do sąsiedniego Lisiczańska. Miasto to przez jeden miesiąc, na wiosnę 2014 roku było kontrolowane przez tzw. Ługańską Republikę Ludową.

Z Kijowa przyjeżdża tu pociąg raz na dobę. Nieszczęśliwie składa się tak, że pociąg ten z Kijowa odjeżdża 20 minut przed przyjazdem pociągu ze Lwowa. Wybrałem zatem drogę przez Charków. Po przybyciu do Lisiczańska, od razu poczułem atmosferę wojny. Żołnierze stoją na peronie z karabinami. Pasażerowie przywykli z pewnością do tego widoku i przechodzą obok nie zwracając na żołnierzy szczególnej uwagi. Ludzie tłumią się obok marszrutki do Siewierodoniecka. Kierowca uspokaja wszystkich, zapewnia, że jeszcze przyjedzie i nie zostawi nikogo na dworcu. Taksówkarze nagabują – 100 hrywien. Decyduję się z trójką innych pasażerów – to zaledwie po 25 hrywien od osoby. Rozmowa od razu zmierza ku aktualnym wydarzeniom. Czy określenie „opołczeńcy” jest odpowiednim? Współpasażer przekonuje, że to nie są żadni „opołczeńcy”, a po prostu terroryści.

Centrum Siewierodoniecka nie ma struktury miasta, do jakich przywykłem. Pytam przechodniów o centrum. Nie zawsze potrafią odpowiedzieć, gdzie i czy w ogóle jest tu jakieś centrum. Mam na sobie plecak, więc wszyscy odsyłają mnie do hotelu. Na przystanku pytam, czy jadę w dobrą stronę, ktoś odpowiada: „Ja też nie jestem stąd. Jakie tu są ceny! Jak w Kijowie!”. Prawdopodobnie trafiłem na wychodźcę z Donbasu, który uciekł do Kijowa, a potem jednak wrócił bliżej swego domu…

Poszukiwanie restauracji też nie jest łatwe. Po doświadczeniach lwowskich, wydaje się to czymś dziecinnie łatwym – restauracje, bary są na każdym rogu. A jednak, nie w Siewierodoniecku. Pytam, szukam, w końcu znajduję restaurację koło Placu Zwycięstwa. W środku wystój zadziwiający. Można ten styl nazwać „sowieckim retro” – na ścianie Stalin, Beria i Stachanow, obok Włodzimierz Wysocki. Sentyment za dawnymi czasami? Zastanawiam się, czy Wysockiemu odpowiadałoby takie sąsiedztwo?

Vostok SOS
W Siewierodoniecku poznaję ludzi z Vostok SOS. W małym mieszkanku jedzą posiłek przed wyjazdem z darami. Ania z Polski, Żenia, Milan, Maksym i Radu. Żenia, Milan i Maksym są z Donbasu. Od razu widać, że grupa jest zgrana. Znają się od dawna. Żenia i Maksym są z Ługańska. Milan przyjechał z okolic Krasnego Limanu, czyli z terenu kontrolowanego przez Ukrainę. Tam właśnie zaczęło się całe nieszczęście ponad rok temu. Nie wiem jeszcze, że historia Milana jest bezpośrednio związana z tym wydarzeniami. Ania zajmuje się Ukrainą od zawsze. Jest współzałożycielką portalu Eastbook. Na stałe mieszka w Kijowie. Radu jest z Kiszyniowa, chociaż dużo czasu spędza w Londynie, w pracę Vostoku SOS włączył się niedawno.

Fundacja odwiedza miejscowości w strefie działań antyterrorystycznych. Na miejscu rozdają paczki z produktami pierwszej potrzeby: żywność, środki czystości. Na liście miejsc odwiedzanych są te, które leżą przy samej linii demarkacyjnej. Intensywne działania zbrojne nie odbywają się już od kilku miesięcy, ale to są miejsca, gdzie nikt nie czuje się bezpiecznie.

Maksym przerzuca paczki z pomocą humanitarną (fot. Anna Woźniak)

Jedziemy ponad godzinę przez strefę ATO. Nazwa Donbas nabrała takiego ciężaru, że zdaję sobie sprawę, że wpłynął on na moje wyobrażenie o tym regionie. Spodziewałem się zanieczyszczonego industrialnego krajobrazu, który byłby męczarnią dla zmysłu wzroku. Tymczasem moje oczy cieszy widok Donbasu rolniczego. Słońce czyni wyprawę jeszcze powabniejszą. W Warszawie i we Lwowie jest już jesienna pogoda a tu lato broni się zawzięcie i nie ma zamiaru ustąpić. W strefie klimatu kontynentalnego jest ciągle ciepło. Nie są to już, co prawda, wakacyjne upały, ale dostojne słońce zapewnia nam miłą temperaturę. Dopóki nie znajdujemy się w cieniu, możemy chodzić w samych koszulkach. Donbas ukazuje swoje walory. Krajobraz jest łagodny, harmonijny. Kopalnie ze swoimi wieżami pojawiają się na horyzoncie. Czasem przejeżdżamy koło którejś z nich. Niesamowite wrażenie robią znajdujące się w oddali hałdy. Niekiedy przypominają piramidy. „Jedziemy przez donbaski Egipt” – komentuje Żenia. Idyllę przerywają umocnione punkty kontrolne. „Jesteśmy wolontariuszami. Wieziemy dary do…”. „Proszę otworzyć samochód”. Procedura zazwyczaj jest taka sama, otwierają tylne drzwi, zaglądają do środka i puszczają dalej.

Punkty kontrolne są tu czymś tak naturalnym jak dzień i noc. Twarze żołnierzy nie zdradzają napięcia. Od jakiegoś czasu czują się w miarę bezpiecznie, ale ich oczy są wypalone i zmęczone. Trudno długo utrzymać ich spojrzenie, uciekam ze spojrzeniem na bok. Czasami utną krótką pogawędkę, zażartują i przepuszczają. Przy kolejnym postoju mówię „znowu!”. „Kiedyś było więcej!” – odpowiadają koledzy z Vostoku SOS. Spokój jest pozorny. Dzień przed moim przybyciem do Siewierodoniecka byli eskortowani przez wóz pancerny BTM. Ania opowiada, że emocji było bardzo dużo: byli we wsiach Łoboczewo i Łopaskino należących do Triochizbienki. Wsie usytuowane są nad rzeką, na granicy linii demarkacyjnej. Ze światem łączą je dwie drogi. W okresie, gdy pada deszcz, jedna jest nieprzejezdna. Zdarzało się, że na punktach kontrolnych Ukraińcy nie przepuszczali i wieś była zupełnie odcięta od świata. Za rzeką jest tzw. Ługańska Republika Ludowa. Najbliższa szkoła znajduje się po drugiej stronie rzeki. Każdego ranka zatem rodzice przewożą swoje dzieci na drugą stronę rzeki do ŁRL. Człowiek przewożący dzieci nie pobiera za nie opłaty, ale dorosły musi zapłacić za miejsce w łódce 150 hrywien.

Mironowskie
Przejeżdżamy przez kolejne punkty kontrolne. Przebieg rozmów zwykle bywa przyjazny, czasem zabawny. Dominuje język rosyjski, sporadycznie ktoś zwraca się po ukraińsku. Na kolejnym umocnionym posterunku, nazywanym tu czysto słowiańskim określeniem „blok-post”, żołnierz żąda pozwolenia, wydanego przez wojsko. Wywołuje to naszą konsternację, gdyż 10 minut wcześniej byliśmy sprawdzani przez lotną brygadę. Trwa długa dyskusja. Ania mówi, że w obwodzie donieckim trudniej jest niż w ługańskim. Dlaczego? Chyba nikt nie zna odpowiedzi. Pytam, czy każdy obwód ma inne zasady. „Każdy obwód, każdy rejon, każdy blok post, każdy dowódca i każdy żołnierz kieruje się innymi zasadami!” W końcu pozwalają nam odjechać.

Mironowskie. Kolejka po pomoc humanitarną (fot. Anna Woźniak)

Wieś typu miejskiego, która znajduje się niedaleko trasy Charków – Donieck. Do niedawna wchodziła w skład rejonu Debalcewo, obecnie należy do rejonu Artiomowsk. Przyjeżdżamy do Mironowskiego. Czekała już na nas długa kolejka. Głównie kobiety. Zazwyczaj na miejscu ktoś wybiera osoby potrzebujące pomocy. W kolejce stoją kobiety ze służby zdrowia. Nie dostały pensji od kilku miesięcy. Bankomat nie działa… nie ma to zresztą większego znaczenia bo i tak mało kto ma jeszcze jakieś środki na koncie. Tego dnia obchodzony jest tutaj Dzień Nauczyciela. Niewiele krząta się wokół nas. Większość jest w szkole na akademii. Po rozdaniu paczek, zostajemy zaproszeni na poczęstunek. Słuchamy opowieści – tędy ukraińscy żołnierze uciekali z kotła w Debalcewie. Musiało tu być wiele ofiar. Pochowano ich zbyt płytko – czuć fetor. Dopiero teraz uzmysławiam sobie w pełni, że jestem na terenie do niedana ogarniętym nie nazwaną, ale prawdziwą wojną.

Starobielsk
Przyjechałem do grupy Vostok SOS w momencie chwilowego wyczerpania – opowiadali, że poprzedni dzień był trudny. Potrzebowali czasu na regenerację. Cała grupa pojechała do Starobielska, gdzie mieszka Maksym z żoną. Starobielsk, którego nazwa brzmi złowrogo dla Polaka, okazał się małym, niewyróżniającym się miasteczkiem. Po krótkim spacerze mamy wrażenie, że znamy już miasto tak, jak rodzinne. Moją uwagę przykuwa rzeźba stojąca na balkonie… czyżby to był…

– To Nestor Machno! – krzyczy kobieta, podchodzi do nas. – On tu był i schował gdzieś skarb. Szukają go, i nie znaleźli do dziś.

Kobieta chwali nasz ukraiński – „Wy dobre po ukrainskij gawaritie” – rozmawia z nami lokalną gwarą w proporcjach, gdzie jedno ukraińskie słowo na cztery rosyjskie. Nie jest chyba entuzjastką władzy ukraińskiej. Ma straszną pretensję o to, że wojsko wjechało wozami pancernymi i zniszczyło drogę. Jej zdaniem, to specjalna demonstracja siły. Nie mogli pojechać inną drogą, nie przez miasto? Rozmowa zapowiada się na bardzo długą. Kobieta z chęcią z nami rozmawia, ale nagle przyzywa ją inna. Ewidentnie posiada nad nią zwierzchność i pewne jest również to, że jest niezadowolona, że z nami rozmawia. Rozmówczyni przeprasza, żegna się z nami i odchodzi, a my pozostajemy porzuceni kilka metrów pod Nestorem Machną, który prawdopodobnie miałby jeszcze więcej do opowiedzenia i nie tylko o swoim skarbie, ale z pewnością już nie przemówi.

Kolejne spotkanie było równie zaskakujące. Podchodzi do nas śniady młody mężczyzna, wita się ze wszystkimi serdecznie. Muszą znać go dobrze. Pyta czy ktoś jeszcze nie widział wagonu i zaprasza mnie do tegoż miejsca. Pomysł wydaje mi się równie absurdalny, jak zwiedzanie kiosku z gazetami. Jestem w Starobielsku – miejscu więzienia polskich oficerów. Zanim zawieziono ich do miejsca kaźni, wiem, że byli tu więzieni, że tu gdzieś są pochowani ci, którzy umarli zanim zdążyło zamordować ich NKWD. A mam oglądać wagon kolejowy?

Udaję się jednak z nowym znajomym, który okazuje się duchownym Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego, a wagon… cerkwią. Wchodzimy do środka. W ciągu kilku sekund zmienia się mój stosunek do sytuacji, ulatuje gdzieś poczucie absurdu, a zastępuje je zachwyt dostojnością wagonu wewnątrz – jestem w chrześcijańskiej świątyni. Śniady młody mężczyzna momentalnie staje się kimś niezwykłym w moich oczach. Jest kapelanem żołnierzy ze znajdującej się nieopodal linii demarkacyjnej, która do niedawna była przecież linią frontu, a on jawi się niemal misjonarzem pośród pogan. Ksiądz patriarchatu kijowskiego w strefie ATO!

Wieczorem spotykamy się wszyscy. Ostatnim punktem programu ma być kolacja. Jedziemy naszym busem dokądś na pizzę. Przypominam reszcie, że chciałem jeszcze pójść na cmentarz. Maksym spojrzał na mnie poważniej niż zwykle, zwykle był mną mało zainteresowany. „Idziemy na piechotę”. Wyskoczyliśmy z busika i umówiliśmy się, że znajdziemy resztę towarzystwa w restauracji. Maksym narzucił bardzo szybie tempo. Mam wrażenie, że dla niego ten spacer też jest ważny, chociaż nie potrafię wyobrazić sobie dlaczego. Opowiadał o różnych rzeczach, o braku kultury wyższej w takich miejscach jak Starobielsk, o nadużywaniu alkoholu. Mówi, że miejsce pochówku polskich oficerów jest zadbane i wyróżnia się z całego cmentarza. W końcu jesteśmy na cmentarzu. Rośnie wiele drzew, groby są rozsiane przypadkowo, nie ma alejek jako takich, ale dzięki temu robi wrażenie bliższego naturze. Maksym pokazuje groby: „Nie ma tu żadnego planowania. Ludzie chowają, gdzie uznają, że to dobre miejsce”. Zaprowadził mnie na miejsce. Tu przeniesiono szczątki 48 polskich oficerów, którzy umknęli enkawudzistom i zmarli w obozie w Starobielsku.

Kwatera jest schludna, zadbana, ogrodzona, wyróżnia się z reszty cmentarza. Maksym zostawia mnie na chwilę samego, a potem chce jeszcze gdzieś zaprowadzić: „Widzisz, na tym samym cmentarzu, gdzie są polscy oficerowie, pochowano też naszych chłopców, którzy zginęli w kołchozie „Pobieda”. Opowiada o ostrzale, gdzie ich zmasakrowano. Maksym był w grupie, która zajmowała się pochówkiem zabitych żołnierzy ukraińskich. Mówił, jak wielki ciężar czuł przez trzy dni do pogrzebu. Organizował im pogrzeb, a potem zajmował się udekorowaniem grobów. W tym czasie nie mógł spać. Usnął dopiero po pogrzebie. Po pogrzebie poczuł ulgę. Zdałem sobie sprawę, jak los splótł nasze szlaki. Ja – Polak na cmentarzu, gdzie są pochowani polscy oficerowie, on – Ukrainiec, pochował na tym samym cmentarzu Ukraińców zmasakrowanych przez rosyjskie pociski. Opowieść o tym miejscu nie będzie jednak dokończona, jeśli nie dodam – a dowiedziałem się o tym później – że leżą tam również „opołczeńcy”. Walczyli przeciwko sobie i spoczęli w tej samej ziemi. Niektóre pochówki ukraińskie znikają jednak z cmentarza: gdy rodzinę z odległych zakątków Ukrainy stać na to, sprowadzają szczątki do siebie do domów. Większość zabitych w kołchozie „Pobieda” spoczywa jednak ciągle w Starobielsku.

Wypytuję jeszcze Maksyma, co robił w czasie Majdanu. Razem z Żenią tworzyli swój, ługański Majdan. Inny niż w Kijowie. Zbierali się wieczorem i manifestowali sprzeciw. Potem rozchodzili się do domów. Zbierali się też przeciwnicy Majdanu, ale w Ługańsku nie było „tituszek”. Tak rozpoczęła się jego tułaczka. Pobyt w Starobielsku i wyjazd z Ługańska jest konsekwencją zaangażowania w Majdan.

Wracam z Maksymem na kolację. Jak sądzę, obydwaj z poczuciem dobrze spędzonego dnia. Ja – bo nie wyobrażałem sobie, że będę tu i nie odwiedzę cmentarza, on – bo mógł opowiedzieć mi swoją historię tego miejsca. Po kolacji wracamy do Siewierodoniecka. Jutro wyruszmy do kolejnego miejsca z darami.

Ciąg dalszy w kolejnym numerze KG

Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 23–24 (243–244) 18 grudnia 2015 – 14 stycznia 2016

X