Jak ślepy z głuchym

Jak ślepy z głuchym

Obserwując sytuację na Ukrainie i stosunek do niej polityków z wielu państw świata, a co za tym idzie mediów relacjonujących kolejne wydarzenia, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami rozmowy ślepego z głuchym – jedni niczego nie widzą, inni nie słuchają.

Można też zwątpić, czy podziwiane w sensacyjnych filmach służby wywiadowcze w ogóle działają, czy zwraca ktoś jeszcze uwagę na analizy polityczne i prognozy, choćby pozornie najbardziej niedorzeczne. Ostatnie miesiące przypomniały nam boleśnie, że w polityce, zwłaszcza rosyjskiej, nic nie jest zbyt nierealne, aby nie mogło się wydarzyć.

Nie dziwią kolejne wystąpienia Władimira Putina i płomienne przemowy świadczące o tym, że erystyka i demagogia od czasów Związku Radzieckiego poczyniły znaczne postępy. Nie dziwi też, że dyplomatycznie należy udawać, że się w nie wierzy. Nie mniej popełnianie na podstawie tej wiary błędów jest już niepokojące, a wciąż wydaje się, że największym sojusznikiem Putina jest Europa, a tuż za nią Ukraina.

Rosjanie od wielu lat obecni są w Zachodniej Europie nie tylko jako obwieszeni złotem nowobogaccy turyści, ale przede wszystkim jako biznesmeni wykupujący tamtejsze firmy i drużyny piłkarskie. Powszechnie przy tym wiadomo, że pod skrzydłami Putina bogactwo pomnaża się tylko z błogosławieństwem cara, a ci, którzy chcieliby złamać tę zasadę, są przykładnie karani. A skoro w życiu niczego nie dostaje się za darmo, to skąd przypuszczenie, że za przyzwolenie na bogactwo nie płaci się ceny? Jakiej? Czy Putinowi potrzebne są pieniądze? Trudno tak sądzić. To, co jest od nich cenniejsze, to informacja, a założenie, że rosyjscy oligarchowie wyjeżdżając ze swego państwa zrywają związki z Kremlem, byłoby co najmniej naiwnością.

Niewiarygodnym zatem wydaje się, że mając świadomość tego, że Zachód robi interesy z ludźmi, którzy są tak blisko Kremla, nie wykorzystano tego faktu. Trudno też uwierzyć, że przez lata nie zauważono, że Rosja szykuje się do odbudowy mitycznego imperium. Być może jednak dano się omamić właśnie oligarchom lokującym swoje pieniądze w szwajcarskich bankach i kupującym dzieciom mieszkania w ekskluzywnych dzielnicach Londynu. Możliwe, że patrząc przez ich pryzmat ktoś założył, że Rosja się demokratyzuje.

Tymczasem Rosjanom udało się skutecznie oszukać świat. Utrzymując kontrolowaną opozycję, pozbywając się w białych rękawiczkach niewygodnych adwersarzy i kupując za miliardy dolarów poważanie na Zachodzie, stworzyli zasłonę, za którą przygotowali projekt, którego realizacji nikt nie zechciał powstrzymać. Projekt, postrzegany przez wielu jako teoria spiskowa i traktowany w kategoriach niedorzeczności. Projekt, na który złożyły się zamrożone konflikty, co prawda opisywane przez analityków, ale postrzegane jako coś nienaruszalnego, nastroje separatystyczne, finansowane z kremlowskiej szkatuły organizacje i partie polityczne destabilizujące miejscowe rządy, politycy przywożeni w walizkach i tworzone w Rosji przepisy prawne, które mogły dziwić swą irracjonalnością, a które w stosownych warunkach można z pożytkiem wykorzystać.

Urzeczywistniając swe zamysły w dalekiej od Europy Gruzji, co prawda współpracującej z Unią Europejską czy NATO, ale niemal nieznanej i nie leżącej bezpośrednio w orbicie zainteresowań Paryża czy Madrytu, Rosja stworzyła precedens i przetestowała, jak daleko może się posunąć. Kiedy okazało się, że po upływie kilku lat nikt nie upomina się o byty tak abstrakcyjne z zachodniej perspektywy jak Abchazja czy Osetia Południowa, można było przystąpić do kolejnego etapu działań.

Zachód sam wystawił Rosji Ukrainę. Przystępując do negocjacji w sprawie umowy stowarzyszeniowej zapomniał o specyfice postradzieckich powiązań i więcej oczekiwał, niż proponował. Nawet, jeśli propozycje były składane za kulisami negocjacji, to było to posunięcie złe, gdyż tylko otwarte informowanie społeczeństwa ukraińskiego o korzyściach płynących z integracji europejskiej przy jednoczesnym zabezpieczeniu Kijowa przez Moskwą mogło odnieść skutki. Zabrakło obu tych elementów, a Putin przewidując dwa kroki do przodu wydarzenia nad Dnieprem, mógł pozwolić sobie na delikatne popychanie ich w pożądaną przez niego stronę tak, aby ostatecznie uzasadnić sięgnięcie po Krym, półwysep, którego nikt nie bronił.

Kpiąc w żywe oczy ze świata, pseudoreferendum i anonimowym wojskiem, dokonał aneksji przypieczętowanej w iście carskim stylu. Ukraińcy przez jednych zostali odsądzeni od czci i wiary za bierność, inni gratulowali im opanowania w obliczu rosyjskich prowokacji, jeszcze inni szepcą, że Krym został sprzedany przez polityków, którzy kolejny raz pozornie chcą zmian, lecz nie potrafią zmienić najważniejszego – układów i mentalności.

Mówi się czasem, że „świat zastygł w oczekiwaniu” na to, co ma się wydarzyć. Źle to wówczas świadczy o tak pasywnym świecie. Tym razem zaniepokojeni politycy uważnie obserwują co dalej wymyśli Władimir Władimirowicz i zdają się nie słyszeć, że on wyraźnie im mówi o swoich planach, wspominając o tym, że już Włodzimierz Wielki położył podwaliny pod jeden naród zamieszkujący ziemie dzisiejszej Rosji, Ukrainy i Białorusi. Putin realizuje wielką historyczną misję pod postacią kontynuatora tradycji sprzed tysiąca lat (z całym zapleczem wówczas stosowanych środków politycznych), a Zachód jakby tego nie widzi. Spogląda w stronę Naddniestrza, gdzie miejmy nadzieję dostrzega, jak podzielona jest maleńka Mołdawia i jak rozbija ją Rosja, chociażby importując wina z Gagauzji, a uznając za niegodne rosyjskich stołów wina mołdawskie. Patrzy z niepokojem na Pribałtykę, gdzie na Litwie tak łatwo podżegać antypolskie nastroje, a w Estonii wystąpić w obronie etnicznych Rosjan. Zdaje się jednak przegapiać Białoruś, kraj bezpośrednio graniczący z Ukrainą. Spisano go już na straty i utożsamia się go z Rosją?

A może należałoby zwrócić uwagę na to, czy Łukaszence spieszno będzie oddać swą władzę w ręce Kremla? Czegokolwiek byśmy nie mówili o białoruskim prezydencie, w jego interesie nie jest służalczość – polityka, którą prowadzi, do chłodna kalkulacja oparta na przekonaniu, że skansen w postsowieckim stylu z autorytarnym władcą można utrzymać w sercu Europy tylko przy wsparciu Moskwy. Co jednak, jeśli Moskwa zechce sięgnąć po to, co Łukaszenka uważa za swoje?

Może nie należałoby też tak łatwo oddawać wschodniej i południowej Ukrainy. Analizy i artykuły prasowe zdają się utwierdzać nas w przekonaniu, że oderwanie Charkowa, Doniecka i Odessy to tylko kwestia czasu i że obwody te staną się ceną za pokój na świecie. Trochę to jak samospełniająca się przepowiednia, zaklęcie wypowiadane przez Putina. Może jednak nie warto się łudzić, że Władimir Władimirowicz zadławi się Ukrainą i że gdy weźmie jej ziemie, odpuści Mołdawię i wyśle żołnierzy do domów. W miejsce bezpodstawnej nadziei lepiej przypomnieć sobie słowa, które można było nie tak dawno temu usłyszeć w Odessie, której mieszkańcy z dumą mówili, że „naszą stolicą nie jest Moskwa, naszą stolicą nie jest Kijów – dla nas stolicą jest Odessa”. A skoro tak, to trzeba postawić sobie pytanie, czy aby na pewno Rosjanie potrzebni są Odesytom, czy może odwrotnie? I czy naprawdę nie można ich przekonać, aby mocno tupnęli nogą i nie ugięli się tak, jak mieszkańcy Krymu?

Tymczasem tkwimy w okowach putinowskiej propagandy i tańczmy tak, jak nam z Kremla grają. Daliśmy się przekonać, że ludzie z Majdanu dzierżący dziś władzę nad Dnieprem to przypadkowa zbieranina amatorów pogrążających kraj w chaosie. Sądzimy, że nie są oni zdolni do zakulisowych gier czy realizacji skutecznej polityki i zapominamy, że ani Andrij Parubij, ani Stepan Kubiw, ani Pawło Szeremet nie są ludźmi „z ulicy”. Mają za sobą wieloletnią praktykę w polityce czy w ekonomii i trudno spodziewać się, że będą podejmować decyzje nieprzemyślane czy intuicyjne. Ukraińskie wybory prezydenckie wcale nie są w tym wszystkim najważniejszym wydarzeniem, choć staną się miernikiem pewnych nastrojów społeczeństwa i rozgrywek u sterów władzy. Jednak gdyby się nie odbyły, to w świetle obowiązującej konstytucji kraj, w którym nie zostanie osadzony na stołku człowiek będący reprezentacyjną figurą, nie zawali się. Zamieszki, demonstracje i akty przemocy podszytej nacjonalizmem to nie dzieło polityków chcących wolnej, niezależnej Ukrainy i o ich przyczyny może należałoby pytać tych, którzy przed nimi ostrzegają zza rosyjskiej granicy. We Lwowie nadal można kupić rosyjskojęzyczne książki. Gdyby komuś na Kremlu nie zachciało się odbudowy ZSRR, kraj funkcjonowałby tak, jak wiosną 2013 roku, tylko bliżej Zachodu. Świadomość tych faktów wydaje się dziś nieodzowna, aby móc kreować mądrą politykę i na Ukrainie, i wobec Ukrainy. Taką, która pozwoli zapobiec stoczeniu się Kijowa na drogę, z której mozolnie próbuje dziś zejść. I taką, która odpowiednio szybko pomoże uchronić przed bankructwem kraj, którego wzięcie w sytuacji ekonomicznej zapaści będzie dla Rosji fraszką.

Czas też przestać się oszukiwać, że Putin pragnął zachować wpływy na Ukrainie. One i tak by pozostały niezależnie od roszczeń Brukseli – hipotetycznych skądinąd, bo zapewne nie stawiałaby twardo żądań odseparowania się Kijowa od Moskwy, nie chcąc psuć relacji z tą drugą. Ukraina stowarzyszona z Unią Europejską nadal mówiłaby po rosyjsku, nadal kupowałaby rosyjski gaz i eksportowała tam swoje produkty. Czas najwyższy zrozumieć, że przeoczyliśmy moment, gdy Kreml rozpoczął przygotowywany od lat proces zbierania ziem ruskich, poparty propagandową wojną z Zachodem. I może dopiero, gdy to pojmiemy, uda nam się podjąć racjonalne działania mogące zahamować azjatycki marsz na Europę.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 202 za 31 marca – 14 kwietnia 2014

X