„Cholerny” słup, szczęka i DDT zamiast kadzidła

-a A+

Wioska Liczkowce, leżąca nad Zbruczem, znana jest przede wszystkim z odnalezionego tu w 1848 roku posągu Światowida o czterech twarzach. Niestety inne lokalne zabytki nie są znane szerokim rzeszom. Jakkolwiek wydaje się to dziwne, ale każdy z nich zasługuje na określenie „unikalny”. I nie ma w tym żadnej przesady.

Wszystkie zabytki skoncentrowane są na niewielkiej powierzchni koło ruin wspaniałego kościoła, wystawionego na początku XVIII wieku. Świątynia stoi na wyniosłym wzgórzu z dwóch stron otoczonym głębokimi jarami rzek Gniła i Tajna.

Naszą opowieść zaczniemy od pomnika wystawionego przez dziedzica wioski Konstantego Zaborowskiego „Cieniom zmarłych dusz”, na wspomnienie 200 mieszkańców wioski, zmarłych w czasie epidemii cholery w latach 1830-1831. W czasie światowej pandemii jest to temat niezwykle aktualny. Na olbrzymiej kolumnie do niedawna stała rzeźba alegorii Smutku. Niestety dziś po niej pozostały jedynie nogi. Resztę odłamków figury można znaleźć pod kolumną, ale głowy, po rozsypaniu się figury, nie udało się znaleźć. Kolumna stoi nad samą krawędzią przepastnego jaru – może tam stoczyła się głowa…

W moim artykule „Kamienni świadkowie dawnych epidemii” można przeczytać o „dżumnych” słupach, które stawiano w całej Europie. „Cholerny” słup w Liczkowcach jest ich „krewnym”. Różnica jedynie w tym, że na szczycie „dżumnego” stawiano figurę Marki Boskiej, tu zaś mamy alegoryczną figurę – młodzieńca, odzianego w stój szlachecki z XVIII wieku. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że przedstawia ona Rzeczpospolitą rozdartą pomiędzy zaborców.

Konstanty Zaborowski, ten sam, który swego czasu wyciągnął ze Zbrucza posąg Światowida i na zamówienie którego wystawiono „cholerny” słup, był gorącym patriotą Polski i nie pałał sympatią ani do Wiednia, ani do Petersburga. Świadczy o tym jeszcze jeden oryginalny zabytek, który zachował się obok. Ale o tym poniżej, teraz zaś niewielkie, ale ciekawe „cholerne” uzupełnienie.

Naprzeciwko Liczkowiec, po drugiej stronie Zbrucza leży wioska Goleniszczowe. Ta wioska dzięki wspomnianej wyżej epidemii cholery z lat 1830-1831 dała literaturze słynnego gogolewskiego „Wija”. W czasie epidemii cholery rząd wysłał na Podole lekarza Wołodymyra Dala. Oprócz pełnienia swoich bezpośrednich obowiązków medyk-lingwista w wolnych chwilach zbierał różne legendy i opowieści. To właśnie w Goleniszczowem spisał legendę o „Śpiącym Buniaku”. W tym opowiadaniu pominiemy dramaturgię przekazu o pięknej księżnej i chciwym, złym czarodzieju Buniaku, ale zatrzymamy się na postaci tego ostatniego.

Jak głosi legenda, Buniak jednym spojrzeniem mógł zniszczyć całe armie i zrujnować miasta. Aby uratować ludzi od jego złych czarów Bóg dał mu olbrzymie powieki z ciężkimi rzęsami. Dlatego Buniak zawsze chodził z zamkniętymi oczyma – jak gdyby spał. Stąd wzięło się jego przezwisko „Śpiący”. Oczy pomagali mu otworzyć słudzy. Na jego rozkaz, srebrnymi widłami (aby nie trafić pod jego spojrzenie) podnosili mu powieki i podpierali je złotymi podpórkami…

Tu wróćmy do Dala. Po powrocie z Podola opowiedział tę historię swemu przyjacielowi Mikołajowi Gogolowi, który w swej powieści stworzył postać strasznego Wija, o tymże tytule.

A teraz ciąg dalszy o zabytkach Liczkowiec.

W odległości blisko 50 m od słupa „cholernego” wznosi się kolejny niezwykły zabytek, który wyraźnie różni się od innych podolskich. Czterograniasty postument, zdobiony trofeami – kompozycjami z antycznych zbroi, wieńczy obelisk udekorowany starożytnym greckim hełmem. Pomnik wystawiono na życzenie Konstantego Zaborowskiego, jednocześnie z obeliskiem „Cieniom zmarłych dusz”, na cześć krewnego, kapitana Wojsk Polskich Michała Zaborowskiego, który w wieku 28 lat zginął pod Możajskiem podczas kompanii moskiewskiej Napoleona w roku 1812. Z tym obeliskiem powiązana jest kolejna miejscowa legenda. Powiadają, że kiedyś syn miejscowego wojewody trafił do niewoli tatarskiej. Wrogowie katowali młodzieńca, zmuszając go, by namówił ojca do poddania się i obiecując puścić wszystkich wolno. Ten udał, że się zgadza, ale stojąc pod murami zamku zawołał, aby nie wierzyć Tatarom i się nie poddawać. W tym momencie dowódca tatarski ciął jeńca szablą i odciął mu dolną szczękę. Widząc to, wojewoda trafił dowódcę strzałą prosto w oko. Tatarzy przelękli się i odstąpili od oblężenia. Odważnego wojewodzica pochowano w miejscu jego śmierci, a na wzniesionym obelisku przedstawiono zniekształconą tatarską szablą głowę bohatera. Podobno z tym wydarzeniem powiązana jest nazwa miejscowości Liczkowce: odważny młodzieniec do końca spoglądał z nienawiścią w oblicza (lica) swoich oprawców.

Ruiny zamku – stan na początku XX w. (fot. z archiwum autora)

Dziś po wspomnianym zamku praktycznie nie ma już nic – został mocno zniszczony podczas wojny z Turkami, a gdy Imperium Osmańskie opuściło Podole, nie miał go już kto odbudować i został rozebrany na budulec. Ale jak wspomina wydany pod koniec XIX wieku piętnastotomowy „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, w niektórych ocalałych pomieszczeniach zamkowych mieszkali jeszcze lokatorzy. Niestety, w tym, co dotrwało do naszych dni, nawet najlepsi specjaliści od fortyfikacji z trudem rozpoznają coś z „zamkowego”.

Ruiny zamku i kapliczka (grobowiec?) (fot. D. Małakow, 1988)

Pomiędzy kolumną a obeliskiem rzuca się w oczy rzymskokatolicka kapliczka, wybudowana w kształcie groty. Jest dość nietradycyjna i nietypowa. Są to właśnie pozostałości po zamku. W czasach Austro-Węgier były tu jeszcze klasyczne ruiny, a kapliczkę-grotę wystawiono już w okresie międzywojennym. Prawdopodobnie wystawiono tu komuś grobowiec (dookoła był spory cmentarz). Wówczas, jak widać to na starych zdjęciach, pozostawiono romantyczną aurę zamkowych ruin. W naszych czasach miejscowi mieszkańcy uznali, że takie ruiny są oznaką złego gospodarowania i przerobili grobowiec na kapliczkę i rzetelnie ją pobielili.

O zamku w Liczkowcach wiadomo niewiele. Wzniósł go prawdopodobnie Jan Kalinowski około 1562 roku na miejscu dawniejszych umocnień z czasów wczesnoruskich. Większą część kamieni z murów zamkowych użyto przy budowie kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP (1708 r.), ufundowanego przez małżeństwo Kaweckich (Andrzeja Franciszka i Alojzy Katarzyny z Drużbackich). Prawdopodobnie powstał on na miejscu swego poprzednika – świątyni rzymskokatolickiej w Liczkowcach wspominanej już w 1625 roku.

Na wszelki wypadek świątynię wzniesiono jako obronną – z grubymi murami, niewielkimi okienkami-strzelnicami pod samym dachem i stanowiskami dla armat. Od początku swego istnienia kościołem opiekowali się jezuici. Jest to oczywiste, ponieważ fasada kościoła ozdobiona jest olbrzymim herbem tego zakonu. Widoczny jest tam też napis, świadczący o rekonstrukcji kościoła w 1728 roku.

W krypcie kościoła w 1818 roku złożono kolejnego uczestnika kampanii moskiewskiej Napoleona – kolejnego dziedzica Liczkowiec Jana Szeptyckiego, generała adiutanta WP.

Cmentarz przy kościele, 1908 (fot. z archiwum autora)

Dalszy los świątyni jest typowy: sowieci ją zamknęli i urządzili magazyn nawozów sztucznych. W zakrystii trzymano środki chemiczne. Mury tak nimi przesiąkły, że duszący zapach DDT odczuwalny jest tam do dziś. A jest tak silny, że nawet po kilku minutach przebywania tam zaczyna boleć głowa.

Do początku lat 90. świątynia jeszcze stała. Kilka lat później zapadł się dach, a potem i sklepienie. Pomimo swych lat zabytek figuruje na liście zabytków lokalnych, a przecież śmiało może pretendować do listy zabytków o znaczeniu krajowym. Dziś kościół jest w stanie awaryjnym, spękane mury również nie wróżą mu dobrze.

Z pagórka, gdzie stoi kościół i reszta zabytków, dobrze widoczny jest kryty czerwoną dachówką stromy dach. Tam, za wysokim płotem pośród starego parku ukrywa się bardzo ładny pałacyk, wystawiony w stylu romantycznego gotyku. Kunsztowne kształty balkonów, balustrad i okien dopełniają całości. Willę na początku XX wieku wystawił tu niejaki pan Temelman. Do niedawna mieściła się tu przychodnia lekarska. Obecnie pałacyk jest własnością prywatną i trafić do jego wnętrza jest trudno.

Gdy zakończy się kwarantanna, proszę Państwa koniecznie zawitać do Liczkowiec – nie pożałują.

Dmytro Poluchowycz
Tekst ukazał się w nr 7-8 (347-348), 27 kwietnia – 14 maja 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.