Major lotnictwa bombowego Mieczysław Ryńkiewicz

-a A+

Mój ojciec. Od razu chciałabym powiedzieć, że był przyzwoitym, uczciwym człowiekiem, bardzo uporządkowanym.

Ani matka, ani ja nigdy nie słyszałyśmy od niego brzydkich słów, nigdy nie podniósł na nas ręki. Jednocześnie był czuły, grał na gitarze, trochę śpiewał, nieźle malował. Obejmując stanowisko kierownika działu zaopatrzenia najpierw kowieńskiej elektrowni wodnej, potem sumskiej elektrociepłowni, niczego nie „zabierał” do domu. W dniu pogrzebu ojca niektóre z jego wścibskich koleżanek po obejrzeniu naszego mieszkania zostały zaskoczone skromnością umeblowania i wyposażenia. Ojciec wciąż powtarzał: „Przecież śpię spokojnie”.

Ojciec nie opowiadał o wojnie. To było trudne, żeby coś wyciągnąć z niego o scenach konfrontacji. „Nie powinnaś tego wiedzieć, wojna to straszna sprawa”. Koniec. O jego służbie dowiedziałam się po jego śmierci z biletu wojennego. I znalazłam notatki o jego krewnych. Pomagała mi także kuzynka Alfreda ze Stachanowa, wysyłała informacje, o ile takie miała, o rodzinie.

Ale o wszystkim po kolei.

Mieczysław Ryńkiewicz urodzony 2 października (według starego kalendarza) 1911 roku w miasteczku Januszpol, gmina Żytomierz, gubernia wołyńska, w odległości 40 km od miasta Berdyczów. Jego ojciec Hipolit (1869–1933) był leśniczym, matka Apolonia Sowińska (1875–1950) – gospodyni domowa, leśniczym był także dziadek Józef Ryńkiewicz (1845–1918).

Mieli czwórkę dzieci – Józef (1901–1933), Julian (1903–1981), Ewelina (1906–1976) oraz najmłodszy syn Mieczysław (1911–1972), mój ojciec.

Kiedy w roku 1944 zaczęła się akcja „Wisła”, członkowie mojej rodziny – Polacy przestraszyli się i zmienili imiona na „wygodniejsze”. W ten sposób Julian został Uljanem Grynkewiczem, Ewelina – Walentyną itd. i wszyscy – Ukraińcami. Ojciec również chciał zmienić Mieczysława na Michaiła, ale był w wojsku i coś mu nie wyszło, tylko mnie do metryki wpisał jako córkę Michaiła. Później mi mówił: „Będziesz miała lżejsze życie”. I zakazał mówić o polskim pochodzeniu, „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”.

W pułku mówili do niego „Misza”, w pracy był dla wszystkich „Michaił Iwanowicz”, dopiero w dniu pogrzebu dowiedzieli się, że jest Mieczysławem. Uważał, że jego imię było dla Rosjan trudne do wymówienia.

Po siedmiu latach w miasteczku Januszpol było ciężko o pracę, więc ojciec wyjechał na Donbas, pracował w kopalni, później został powołany do wojska. Służył w 65 Pułku kawalerii, wymachiwał szablą, jeździł na koniu Bucefalu, dopóki nie nakazano: „Młodzież – do samolotów!”. W roku 1932 wyjechał do Orenburga, gdzie w roku 1933 skończył technikum lotnicze w specjalności szturmana. Zaczęła się służba w różnych pułkach lotniczych: 22 Drużyna awiacyjna, jednostka wojskowa 6441, 40 Szybki pułk lotnictwa bombowego Białoruskiego okręgu wojskowego. Jednostki awiacyjne znajdowały się przeważnie w lasach – smoleńskich, briańskich, białoruskich. W roku 1934 lokalizowały się wokół małego miasteczka Krupki obwodu mińskiego. Młodzi piloci wieczorami chodzili do najbliższych wsi na tańce. We wsi Bolszaja Słoboda tata zobaczył mamę – szczupłą, o wzroście powyżej średniego, białoruską dziewczynę Zoję, o białej cerze i oczach niczym wiosenne niebo.

Wzięli ślub w roku 1935, a w roku 1936 urodziłam się ja. W paszporcie mam napisane – Krupki, obwód miński. Miasteczko leży na szlaku smoleńskim, w roku 1812 obok niego uciekało wojsko Napoleona i rzucało łupy do bagna. Do dziś jadą tam „poszukiwacze skarbów” i grzebią w błocie. Coś znajdują.

Zaczęły się przemieszczenia z jednego miejsca do innego oraz hodowla olbrzymich leśnych komarów. Matka wspominała, że dzieci wszystkich pilotów były pogryzione, nie było wtedy sprayów.

Gdy we wrześniu 1941 wybuchła wojna, mieszkaliśmy w Windawie (Łotwa) nad Morzem Bałtyckim jako rodzina pilota 511 Szybkiego awiacyjnego pułku bombowego 1 Powietrznego Wojska Frontu Zachodniego. W sierpniu 1942 pułk awiacyjny ojca przerzucono pod Moskwę, by bronić stolicy. Za obronę Moskwy ojciec był uhonorowany Orderem Czerwonego Sztandaru.

Rodziny wojskowych wsadzono do pociągów i ewakuowano przez Wołgę do wsi Woskriesienskij obwodu saratowskiego. Matka miała wykształcenie (ukończyła Mińskie Technikum Drogowe, specjalność – ekonomista), więc zatrudniono ją jako kierowniczkę wiejskiej poczty. Opowiadała, że w nocy po wsi wałęsały się wilki, kradły psy i bydło. Było widać ślady po bombardowaniu Saratowa przez Niemców.

Tegoż roku 275 Pułk lotnictwa bombowego skierował ojca pod Stalingrad. Zajmował wówczas stanowisko przewodniczącego powietrznej służby strzelniczej. W lutym 1943 roku był słuchaczem kursów doskonalenia składu zespołowego wojskowych sił powietrznych. Służył w 17. i 16. pułkach lotniczych 1. i 4.Frontów Ukraińskich.

Wojna zakończyła się dla niego w sierpniu 1946 roku w Rumunii, gdy był naczelnikiem służby spadochronowo-desantowej 244. Łozowskiej brygady 3. Dywizji Lotniczej Frontu Ukraińskiego w stopniu majora. We wrześniu 1946 roku został zwolniony ze służby wojskowej i wrócił do Januszpola.

Matka i ja już tam na niego czekałyśmy. Zaraz po wyzwoleniu Ukrainy przez wojska radzieckie wyjechałyśmy z saratowskich stepów, gdzie zaznałyśmy głodu. Na stepie nie uprawiano ogrodów warzywnych , rosły tam jedynie ziemniaki i brukiew i hodowano krowy, świnie, kozy oraz drób.

W Januszpolu, w chacie babci (dziadka już nie było) mieszkała babcia Apolonia wraz z córką Eweliną i jej mężem Ludwikiem oraz ich trzema synami. Starszy syn Wacław był na wojnie, wrócił z raną postrzałową (którą leczono psim tłuszczem), młodszy Adam miał 16 lat i najmłodszy 5-letni Edward. Dołączyłyśmy z mamą do tej gromadki. Jak układaliśmy się na noc, nie pamiętam.

Babcia była pobożną katoliczką, przyjaźniła się z gospodynią księdza. Powiedziała mojej matce: „Jeśli chcesz, by mąż wrócił żywy – ochrzcij dziecko”. I ochrzczono mnie w wieku siedmiu lat. Chrzestną została ciocia Ewelina, chrzestnym – jej mąż Ludwik. Podarowali mi srebrne kolczyki z kryształkami i krzyżyk. W szkole na Litwie zmuszono mnie to wszystko zdjąć.

Kiedy ojciec wrócił do Januszpola, zrodziło się pytanie, co dalej. W pułku awiacyjnym podczas lotów na szybkim bombowcu CE-2, ojciec zaprzyjaźnił się z załogą. Pilotem był Jewgienij Bielawskij, szturmanem – mój ojciec, strzelcem i-operatorem radiowym Piotr Głuchow. Bombardowali razem w nocy tereny niemieckie. Po demobilizacji Bielawskij zapraszał ojca do Moskwy. Głuchów był inżynierem-chemikiem, otrzymał skierowanie do Kowna na Litwę na posadę dyrektora technikum rzemieślniczego. Zaprosił ojca i pojechaliśmy do Kowna. Niedługo po tym, dzięki protekcji Głuchowa, ojciec został kierownikiem oddziału zaopatrzenia Kowieńskiej Elektrowni Wodnej. Matka pracowała w technikum jako ekonomista, ja uczęszczałam do rosyjskiej szkoły.

Litwini uważali wszystkich Rosjan za okupantów, więc rodzina zdecydowała, że po ukończeniu przeze mnie szkoły, wyjedziemy na Ukrainę. Wybrali Sumy – niedaleko Białorusi, Moskwy, Januszpola. Ojciec rok pracował w różnych przedsiębiorstwach, aż zwolniło się miejsce kierownika działu zaopatrzenia w sumskiej elektrociepłowni, gdzie pracował do swojej śmierci w roku 1972.

Larisa Rinkiewicz
Tekst ukazał się w nr 6 (322) 29 marca – 15 kwietnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.