Jan Banaś – historia niezwykła

-a A+

Co roku we Lwowie w październiku odbywa się Przegląd Najnowszych Filmów Polskich, tradycyjnie gromadzący liczne rzesze miłośników polskiego kina.

Będzie tak prawdopodobnie również w tym roku. Prawdziwym rodzynkiem tegorocznego Przeglądu będzie pokaz filmu „Gwiazdy”, na który obiecał przyjechać główny bohater filmu, w przeszłości znany piłkarz Jan Banaś. To jego życiorys posłużył za podstawę pasjonującego scenariusza filmowego.

Wiadomość o tym, że film został włączony do programu tegorocznego Przeglądu, podał prezes klubu Pogoń Lwów Marek Horbań. Udało mu się poznać Jana Banasia, mieszkającego w słynnym z piłki nożnej Zabrzu, i zaprosić go do Lwowa. I tu mamy pierwszą niespodziankę – Jan Banaś pierwsze miesiące swego życia w łonie matki spędził we Lwowie w 1942 roku. Dalej oddajmy słowo samemu bohaterowi:

- Moi rodzice poznali się we Lwowie, gdzie mama pracowała, a ojciec był żołnierzem armii niemieckiej. Gdy zaszła w ciążę pojechała do niego do Berlina, dokąd został przeniesiony. Miała nadzieję, że zaopiekuje się nią, ale na próżno. Początkowo powiedziano jej, że zginął na froncie. A końcu okazało się, że oszukał ją i ma już rodzinę.

Na świat przyszedłem w Berlinie w marcu 1943 roku. Mieszkaliśmy tam przez sześć miesięcy, a potem matka pojechała do swej rodziny do Katowic. Ciężko jej było samotnie wychowywać syna w te wojenne i powojenne lata, ale dała temu radę.

Przez 23 lata nie miałem kontaktu z ojcem. Żadnego listu, jednego słowa czy czekoladki. Matka prosiła mnie, abym modlił się za niego. Ojciec jednak, gdy dowiedział się, że gram w reprezentacji Polski, wpadł na pomysł, by na mnie zarobić. Zaczął pisać, chciał się spotkać. Nasze kontakty nie były łatwe – on nie znał polskiego, a ja nie rozmawiałem po niemiecku.

W końcu namówił mnie na spotkanie. Przyjechał do Goeteborga, gdzie mój klub Polonia Bytom rozgrywał spotkanie międzynarodowe. Wsadził mnie do swego auta i zawiózł na prom. Wziął też moich dwóch kolegów: Konrada Bajgera i Norberta Pogrzebę. Miałem wówczas 23 lata i marzyłem o grze w Bundeslidze, a ojciec tyle naobiecywał. Zgodziłem się.
Mama nie miała nic przeciwko temu. Chciała, żeby jej syn się rozwijał, dobrze zarabiał i wierzyła, że w Niemczech pójdzie mi dobrze. Szkoda, bo okazało się, że ojciec znów nas oszukał.

W tym czasie pracował w drugoligowym klubie Hoff, gdzie zacząłem treningi w oczekiwaniu na kontrakt z jakimś znanym klubem. Ale za ucieczkę za granicę zostałem zdyskwalifikowany na dwa lata i już nikt się mną nie interesował. Ojciec dał mi do podpisania kontrakt, który przewidywał, że jemu należy się z każdego mojego kontraktu 10% za wychowanie takiego piłkarza. Zabolało mnie to, bo zrozumiałem, że potrzebny mu byłem nie jako syn, lecz piłkarz, na którym można zarobić.

Wówczas pojechałem do Kolonii do znanego klubu FC Köln, gdzie trenerem był Sepp Herberger. Był selekcjonerem reprezentacji RFN w 1954 roku, gdy drużyna zdobyła mistrzostwa świata. Trenowałem razem z drużyną i czułem, że mógłbym z nimi grać. Tylko ta dyskwalifikacja... Napisałem wówczas do Polonii, że chcę wracać. Nie było mnie rok, ale przyjęto to ze zrozumieniem. Najważniejsze, że znalazłem poparcie wśród władz miasta i regionu. Udało mi się jakoś uniknąć kary za ucieczkę za granicę. Nie pozwolono mi grać w meczach, ale trenować nie zabraniano. Jedyne, co wyniosłem z pobytu w Niemczech, to wiedzę, jak należy trenować, żeby być w dobrej formie. Okazało się, że przyjąłem niemiecką mentalność i dyscyplinę.

Za kilka miesięcy pozwolono mi grać w meczach, ale zakaz wyjazdów zagranicznych, szczególnie do Niemiec pozostał. Chociaż grałem w drużynie Górskiego, jednak na mistrzostwa świata do Monachium w 1974 roku nie pojechałem. A tam były najlepsze występy naszej drużyny i najcenniejsze medale… Tak, przez własna głupotę, straciłem najlepsze możliwości gry na najwyższym światowym poziomie. Była to moja polityczna trauma.

Z tej sytuacji skorzystał Grzegorz Lato, który przejął moje miejsce prawego napastnika. Wykorzystał swoją szansę maksymalnie – zdobył tytuł najlepszego strzelca mistrzostw 1974 roku. Miałem wielki żal do naszych władz o to, że człowiek nie mógł sam decydować o własnym losie.

Dopiero w 1975 roku udało mi się wyjechać do USA, a stamtąd do Meksyku. Pograłem jeszcze kilka lat, ale stałem się piłkarskim „dziadkiem”. Starałem się trzymać się w formie, bo wódki nie piłem, najwyżej lampka wina po meczu. Pamiętam, jak „meldowałem” się w drużynie po swoim debiucie. Kapitan drużyny, legendarny Ernest Pol powiedział: „Weź kilkanaście butelek, żeby nie zabrakło”. Gdy jechaliśmy z Warszawy do Katowic, starsi koledzy za te kilka godzin „osuszyli” osiem butelek wódki.

Jan Banaś opowiadał jeszcze o tym, że lubił luksusowe auta. W pewnym okresie jeździł czerwonym Fordem Mustangiem. Takich aut w Polsce było kilka. Miał wiele dziewczyn, które chętnie paradowały w takim aucie… Ale to wszystko minęło i dziś mieszka samotnie, nie żałuje jednak, że tak się stało. Tego już się nie zmieni…

Film nie jest o piłce nożnej. Tej jest tam niewiele. Film jest o człowieku, jego pasji i wielkiej miłości. Zresztą ocenicie Państwo sami. Dla mnie ważne było to, że Jan Banaś w pewnym sensie pochodzi ze Lwowa i chociaż nigdy w naszym mieście nie był, to teraz będzie mógł spacerować tymi ulicami, po których chodziła w młodości jego matka.

Jan Jaremko
Tekst ukazał się w nr 18 (286) 29 września – 16 października 2017

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.