Rokitna – siostra Somosierry

-a A+

Dwie szarże polskich ułanów zapisały się trwale na kartach historii.

Pierwsza pod Somosierrą w 1808 r., kiedy to 3. szwadron szwoleżerów (1. Pułku Lekkokonnego Polskiego Gwardii Cesarskiej) prowadzony przez swego dowódcę, Jana Leona Hipolita Kozietulskiego, otworzył Napoleonowi drogę na Madryt. Druga, wykonana w niecałe 107 lat później, bo 13 czerwca 1915 r. na rosyjskie okopy pod wsią Rokitna w Besarabii, tuż za granicą ówczesnej austro-węgierskiej Bukowiny, przez 2 szwadron kawalerii II Brygady Legionów Polskich dowodzony przez rotmistrza Zbigniewa Dunin-Wąsowicza. 

W pierwszej brało udział stu kilkudziesięciu kawalerzystów, w drugiej – sześćdziesięciu trzech. W pierwszej straciło życie osiemnastu, w drugiej – piętnastu. Pierwsza trwała niespełna dziesięć minut, druga – trzynaście. W obydwu brali udział Wąsowiczowie, w pierwszej – Mikołaj, według przekazu prapradziadek w prostej linii braci rotmistrza Zbigniewa i wachmistrza Bolesława, walczących w tym samym szwadronie pod Rokitną. Mikołaj był ranny, Zbigniew – poległ.

W tym roku w czerwcu mija dokładnie sto lat od tych pamiętnych wydarzeń.

Rokitniańska szarża, mimo że nie miała bezpośredniego wpływu na zasadniczy układ sił na froncie austriacko-rosyjskim, zapisała się w naszej historiografii jako dowód nie tylko straceńczej wprost brawury, ale przede wszystkim determinacji, nieugiętości i męstwa polskiego żołnierza, nie wahającego się ponieść ofiarę najwyższą na drodze ku niepodległości. Nazywana też była drugą Somosierrą lub też jej „rodzoną siostrą”.

W wolnej już ojczyźnie stanowiła dla odrodzonego wojska polskiego wzór najwyższego żołnierskiego poświęcenia i czynnego nieugiętego patriotyzmu, zaś jej rocznice były uroczyście obchodzone nie tylko w kraju, ale i w Rumunii (do której Besarabia należała w okresie międzywojennym) – na cmentarzu w pobliskiej Rarańczy, gdzie złożono poległych podczas szarży piętnastu Rokitniańczyków, nim zostali uroczyście pochowani, po ekshumacji, a następnie uroczystościach żałobnych w Czerniowcach, na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie 25 lutego 1923 r. Jaki ślad trwały pozostał z tamtych czasów, prócz kronikarskiego zapisu bezpośrednich obserwatorów, publikacji z lat międzywojennych oraz zawodnej i ulotnej ludzkiej pamięci? By go odnaleźć, odwiedźmy świadków bezpośrednich – bitewne pola Rokitny oraz legionowe pomniki na cmentarzu w Rarańczy. Dotarcie do nich z pobliskich Czerniowiec nie nastręcza obecnie trudności, jako że tylko kilkanaście kilometrów dzieli od nich dawną Rarańczę, noszącą dziś nazwę Ridkiwci. Stąd już tylko sześć kilometrów dzieli upartego wędrowca od Rokitny, obecnie zwanej Rokytne.

Wystarczy więc przebyć zaledwie dwa kilometry na wschód od Rarańczy, by stanąć na rozległych, opadających bardzo łagodnie ku wschodowi polach, skąd jak na dłoni widać wał wzgórz, na stoku których rozłożyła się Rokitna. Zupełnie łatwo, choć nie bez pewnych trudności orientacyjnych, z uwagi na brak dawnych – i pojawienie się nowych - terenowych punktów odniesienia, można zlokalizować z dużym przybliżeniem położenie dawnego sadu nieistniejącego folwarku Bucz, z którego to miejsca wyruszył dywizjon kawalerii legionowej pod wodzą rotmistrza Wąsowicza.

Tu wypada wyjaśnić choćby w skrócie, z jakiego powodu w tym właśnie miejscu i czasie znalazły się oddziały II Brygady Legionów Polskich, w tym dywizjon kawalerii składający się z 2 i 3 szwadronu ułanów ?

Oddziały II Brygady, po zakończeniu działań w Karpatach na przełomie lat 1914/1915 i odpoczynku w Kołomyi, wyruszyły z niej w połowie kwietnia 1915r., pod dowództwem płk. Ferdynanda Küttnera, wchodząc w skład XI korpusu austriackiego generała Kordy. Po walkach nad Prutem na początku czerwca, kierując się ku historycznemu Chocimowi, stanęły niebawem nieopodal rzeczki Rokitna, stanowiącej ówczesną granicę pomiędzy Austro-Węgrami a Rosją. W jej pobliżu na lewo od pułków legionowych grupy mjr. Norwida-Neugebauera znajdowała się 42 dywizja piechoty obrony krajowej (składająca się w większości z Chorwatów), na prawo zaś grupa ppłk. austriackiego Pappa.

W odległości ok. 4 km przed rzeczką Rokitną stacjonował w odwodzie dywizjon kawalerii Wąsowicza. Z uwagi na zatrzymanie się ofensywy austriackiej na polach przed wsią Rokitna – silne umocnienia rosyjskie na sąsiadujących z nią stokach wzgórz oraz inicjatywę bojową nadchodzących oddziałów rosyjskich, postanowiono, z powodu braku skuteczności działań własnej piechoty, użyć kawalerii legionowej do przełamania rosyjskich umocnień – silnie bronionych czterech linii okopów położonych tuż na wschód od wsi. Dowództwo austriackie zdecydowało, by atak na nie w formie szarży kawaleryjskiej przeprowadził oddział rotmistrza Wąsowicza, mimo że od początku było w zasadzie jasne, że ułani pójdą na pewną śmierć. Jednakże atak ten nie był, także z uwagi na szybko zmieniającą się sytuację na froncie, należycie przygotowany. Legionowa piechota, która miała go wesprzeć, nie dostała w porę rozkazów. W samej szarży wziął udział jedynie 2 szwadron, dowodzony bezpośrednio przez Wąsowicza (3 szwadron pozostał w odwodzie na początku wsi i nie wziął udziału w ataku), zresztą w nawet niepełnym składzie, gdyż część jego ułanów została wysłana tuż przed nią na zwiadowczy patrol. Także sytuacja na tamtejszej linii frontu była mylnie odebrana tak przez dowództwo jak i samego rotmistrza, którzy sądzili, że wojska rosyjskie wycofują się, mimo że było odwrotnie. Wreszcie, sam Wąsowicz nie był w dobrej formie, w dniu tym właśnie powrócił po chorobie do dywizjonu i mimo gorączki stanął na jego czele gotów do walki. Kierowała nim też być może ambicja dokonania, wobec zatrzymania się piechoty, spektakularnej akcji na czele swych ukochanych ułanów. A byli oni kwiatem legionowego wojska – 60% z nich posiadało akademickie wykształcenie, i choć ochotnicy, po połowie „Królewiacy” i „Galileusze”, stanowili, jak wówczas pisano, „materiał żołnierski wyborowy”.

Tak więc, o godz. 13.00 na czele 63 rozłożonych w tyralierę ułanów ruszył Wąsowicz cwałem na rosyjskie okopy. Pierwsze rowy, nie obsadzone przez wroga, przebyli skokiem i choć klacz wachmistrza Bolesława Wąsowicza zwaliła się do wykopu, po wydobyciu się z niego gnała dalej. Mimo coraz gęstszego ostrzału przebyli drugi, już obsadzony okop. Morderczy ogień z kolejnego-trzeciego wstrzymał impet szarży. Padła klacz rotmistrza, on sam, broniąc się pistoletem, poległ niebawem, tak jak inni oficerowie, Roman Prawdzic-Włodek czy Jerzy Topór-Kisielnicki. Na ułanów spadły też omyłkowo szrapnele austriackie, gdyż z daleka zostali wzięci za kozaków. Z 63 ułanów straciło wtedy życie 15, kilku ciężko rannych zmarło w niedługim czasie, wielu było lżej rannych – niektórzy z ich trafili do niewoli. Pod wieloma padły konie, więc ratowali się pieszo. Tylko dwóch ułanów wraz z końmi nie doznało podczas szarży żadnego uszczerbku, uchronił też życie brat rotmistrza, wachmistrz Bolesław. A najbliższej nocy Rosjanie opuścili okopy i wycofali się w głąb Besarabii...

Walki na polach pomiędzy Rokitną a Rarańczą trwały jeszcze w czerwcu tego roku, zaś w niespełna trzy lata później, z 15 na 16 lutego 1918 r., część oddziałów dawnej II Brygady LP (wtenczas Polskiego Korpusu Posiłkowego) przebiła się pod pobliską Rarańczą przez linię frontu austriacko-rosyjskiego, by zasilić II Korpus Polski na terenie Rosji.

Pamiątkami tamtych wojennych zdarzeń są – zachowane do dziś – kwatery legionowe i pomniki na cmentarzu w Rarańczy. Najbardziej okazały i wyniosły (4,7 m wysokości), poświęcony Rokitniańczykom, z piaskowca w formie obelisku na cokole z marmurową tablicą inskrypcyjną: „LEGIONISTOM POLSKIM POLEGŁYM ZA NIEPODLEGŁOŚĆ OJCZYZNY WIERNI TOWARZYSZE BRONI I WDZIĘCZNI RODACY Z BUKOWINY I GDAŃSKA 12 VI 1932, odznakami legionowymi i napisem z tyłu w języku rumuńskim: „EROILOR POLONI 1914 – 1918” – czyli POLSKIM BOHATEROM, został uroczyście odsłonięty w rocznicowych dniach czerwca 1932 r., czemu towarzyszyli przedstawiciele władz Polski i Rumunii, wojska oraz kombatanckich środowisk legionowych obu krajów. Nieopodal zaś napotkamy trzy piaskowcowe krzyże (ok. 2 m wysokości) znaczące mogiły polskich legionistów z nieco późniejszych walk na tym terenie. Krzyże te, z wykutymi odznakami legionowymi i inskrypcjami na cokołach, ustawiono w 1934 r., a wykonane zostały, tak jak wcześniej opisany pomnik, przez znany zakład kamieniarski Karola Moskaliuka z Czerniowiec (istnieją wykute sygnatury). Stan ich zachowania jest ogólnie dobry, jednakże prace konserwatorskie byłyby bez wątpienia wskazane, zwłaszcza wobec niektórych odznak czy inskrypcji, zapewne celowo niegdyś uszkodzonych. Także pola grobowe tych kwater, posiadające kamienne obramienia, pozostają w zaniedbaniu. Pełnego więc ich uporządkowania jesteśmy bez wątpienia winni naszym legionistom poległym na polach Rokitny i Rarańczy za wolność i niepodległość.

Należałoby też, zgodnie z dawnym i nigdy nie zrealizowanym planem, doprowadzić do wystawienia na polach Rokitny skromnej kapliczki, choćby ustawienia pamiątkowego kamienia ze stosowną inskrypcją, w miejscu, w którym polegli dzielny rotmistrz Wąsowicz i jego wierni ułani. Mijająca w tym roku setna rocznica sławnej szarży jest ku temu doskonałą okazją.

Jan Skłodowski
Tekst ukazał się w nr 9 (229) za 15-28 maja 2015

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.