Przekrój przed 50. laty

-a A+

Sytuacja epidemiologiczna nadal blokuje dostęp do bibliotek, wobec czego pozostaje domowe archiwum. Oto co pisał „Przekrój” przed 50. laty na przełomie sierpnia i września 1970 roku…

Na pierwszych stronach w dziale politycznym mamy wiadomość o podpisaniu układu pomiędzy NRF i ZSRR. Tak więc zaczęła się przyjaźń niemiecko-rosyjska, która przekształciła się obecnie w Nord Stream 2.

Szansa dla Europy
Podpisanie układu pomiędzy Związkiem Radzieckim I Niemiecka Republiką Federalne odbyło się w sali Jekateryńskiej wielkiego Pałacu Kremlowskiego. Nadano temu aktowi najwyższą rangę. Przy składaniu podpisów pod dokumentem przez premiera Kosygina i kanclerza Willy Brandta oraz przez ministrów spraw zagranicznych: Gromykę i Scheela. Obecny był sekretarz generalny KPZR Leonid Breżniew, członkowie Biura Politycznego, sekretarze Komitetu Centralnego KPZR i ministrowie rządu ZSRR.

„Przybyliśmy późno, ale przybyliśmy” – oświadczył po przylocie do Moskwy dla podpisania układu kanclerz Brandt. Ta wypowiedź nawiązywała do opóźnienia samolotu delegacji NRF, spowodowanego anonimowym telefonem o bombie, jaka miała się znajdować na jego pokładzie. Można jednak doszukać się w tej wypowiedzi aluzji do faktu, że dopiero po 25 latach od zakończenia II wojny światowej następuje ze strony NRF uznanie podstawowych realiów politycznych i terytorialnych, jakie wynikają z klęski faszyzmu.

Uznanie tych realiów jest zasadniczą treścią układu. Pod taką właśnie Interpretacją złożyły swoje podpisy układające strony. Potwierdzają nimi, że zgodnie z artykułem I układu biorą za punkt wyjścia rzeczywistą sytuację istniejącą dzisiaj w Europie. Punkt II mówi o wyrzeczeniu się na dziś i na przyszłość wszelkich roszczeń terytorialnych oraz o nienaruszalności granic wszystkich państw na naszym kontynencie – a więc także granicy na Odrze i Nysie, jak również granicy między NRF i NRD. Tak więc istota układu sprowadza się do uznania europejskiego status quo i na tym polega jego doniosłość dla pokoju i bezpieczeństwa w Europie.

Nie bez przyczyny więc wielu komentatorów podpisanie układu moskiewskiego określało jako szansę dla Europy. Szansę na ogólnoeuropejski proces odprężenia i szeroką współpracę wszystkich państw naszego kontynentu dla pokoju

W wiadomościach z kraju przybliżono treść najdonioślejszego orderu, przyznawanego przez dzieci – Orderu Uśmiechu. Piszą o tym po promocji orderu w ZSRR…

Słońce w orderze
Ten osobliwy na świecie order powstał w Polsce przed trzema laty. Przyznawany jest dorosłym na wniosek dzieci.

– Namawiam wszystkich do starania się o to najmilsze, niezwykłe i jedyne w swym rodzaju odznaczenie – pisał Ludwik Jerzy Kern, członek Kapituły Orderu Uśmiechu.

Order Uśmiechu znalazł już swoich ambasadorów za granicą. Pierwszym został radziecki poeta Leonard Kondraszenko. Goszcząc przed rokiem w „Kurierze Polskim”, który przejął rolę głównego popularyzatora tej akcji, odwiedził przewodniczącą Kapituły – Ewę Szelburg-Zarembinę oraz kilku warszawskich i krakowskich laureatów. Wkrótce po wyjeździć z Polski napisał, że Order Uśmiechu był tematem kilku audycji w radiu moskiewskim, kijowskim i symferopolskim, a telewizja radziecka przedstawiła kawalera Orderu, płk. Janusza Przymanowskiego. Ukoronowaniem sympatii poety dla naszego odznaczenia jest zamysł napisania książki o roboczym tytule: „Kawalerowie Orderu Uśmiechu”.

Latem tego roku, na czwartym posiedzeniu, rozpatrując wnioski dzieci z całego kraju Kapituła przyznała dziesięć nowych orderów. Jest już więc 48 kawalerów Orderu Uśmiechu. Są wśród nich lekarze, pisarze, dziennikarze, opiekunowie drużyn harcerskich, nauczyciele, przedszkolanki, działacze ZMW. Jest sędziwy pedagog, 88-letni Marian Falski, autor elementarza (tego z „Ala ma kota”), którego pierwsze wydanie ukazało się w 1910 r. i na którym odtąd uczyły się czytać pokolenia uczniów. Wiersze, opowiadania i baśnie laureatki Ewy Szelburg-Zarembiny czytają wszystkie dzieci polskie, a Szymon Kobyliński jest też sprawcą wielu radości.

Słoneczna i pełna uśmiechów uroczystość wręczenia orderów odbyła się w i auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu przy udziale kilkuset dziewcząt i chłopców z opolskiego hufca harcerskiego. Nowym Kawalerom Orderu Uśmiechu zgotowano gorące owacje.

Miesiące sierpień i wrzesień są bodaj najbardziej tragicznymi dla Polski w XX wieku: wybuchły powstanie warszawskie i II wojna światowa. Tym wydarzeniom poświęcone są dwa kolejne artykuły. Przytaczam je we fragmentach.

60 metrów nad powstańczą Warszawą
Dochodziła 19.24. gdy czteromotorowy halifax wzbił się w powietrze. Po paru minutach lotnisko w Brindisi zostało za nami. a bombowiec z napisem ,,P-Peter” na kadłubie wziął kurs na północny wschód. Pilot wywindował maszynę na 3 tys. metrów. Na tej wysokości kontynuowaliśmy lot ku granicy Polski. Celem była walcząca Warszawa. W luku zamiast bomb znajdowały się pojemniki z bronią, amunicją i żywnością dla powstańców. Łącznie 8 ton. Wśród 7-osobowej załogi, jako nawigator, byłem jedynym warszawiakiem. Lecimy nad powstańczą Warszawą! Diabelnie niebezpieczny lot. Ile to już alianckich maszyn nie powróciło z rajdu nad polską stolicę.

We Włoszech zostałem przerzucony z dywizjonu 300 do 301. Ten drugi, noszący początkowo nazwę Pomorskiego został potem przemianowany na Dywizjon Obrony Warszawy.

Mrok rozjaśniał księżyc. Ani jednej chmury. Była to noc z pierwszego na drugi września 1944 roku. Przed pięciu laty wybuchła wojna. Zdążyłem jeszcze ukończyć Politechnikę Warszawską, sekcję lotniczą na wydziale mechanicznym.

Samolot zaczął się gwałtownie obniżać – znak, iż granica Polski tuż, tuż... Dalej będziemy lecieć na wysokości 100–150–200 metrów. Na tak niskim pułapie wymykaliśmy się kontroli radarowej wroga.

Warszawa tuż, tuż. Jesteśmy nad Służewcem. Pilot wytraca szybkość, która maleje nieomal do szybkości lądowania. Nad samym miastem strzałka szybkościomierza nie przekroczy liczby 120–130 km/godz. Przy takiej prędkości i przy naszym przeciążeniu przypominamy raczej balon na uwięzi. Łatwy cel dla pocisków.

Centrum miasta coraz bliżej. Schodzimy na 80, potem 60 metrów, windujemy się znów nieco w górę. Wielka chwila dla całej załogi. Także dla nawigatora. Przez telefon pokładowy – interkom podaje informacje dla pilota: – Wyżej, niżej, więcej na lewo, więcej na prawo. Z mojego stanowiska nie widać twarzy pilota. Wyobrażam sobie, jak musi być napięta. Wystarczy jeden nieprecyzyjny ruch sterów i zwalimy się w dół.

Pod nami Mokotów! Przez oszklony „nos” halifaksa dostrzegam w rozbłyskach ognia i w świetle pożarów wyburzone domy, zrujnowane ulice, na nich barykady. Jesteśmy już nad placem Unii. Z lewej budynek Politechniki. Pod nami piekło. Pożary, ogień dział i cekaemów, tropiące nas smugi reflektorów. W samolocie jasno jak w dzień. Po chwili czujemy dym. Coraz więcej dymu. Do maszyny przenika niebieskawy, gryzący obłok.

O czym myśleliśmy w tych dramatycznych minutach? Zapewne o tym, żeby szczęśliwie przeprowadzić maszynę przez nieprzyjacielski ogień i żeby celnie zrzucić pojemniki na powstańcze stanowiska.

Moje myśli biegły przede wszystkim ku matce, która pewno znalazła schronienie w piwnicy na Wilczej, w kamienicy między Marszałkowską i Kruczą, gdzie spędzałem studenckie lata. Czy może się domyślać, że jestem w tej chwili tak blisko?

Mniej więcej od Pięknej rozpoczynamy zrzuty na pozycje powstańców, opierając się na meldunkach otrzymanych przed lotem. Lecimy małym zygzakiem, trzymając się linii ulicy Marszałkowskiej, jako zasadniczej osi lotu. Bombardier raz po raz naciska guzik od luku, wyrzucając pojemniki.

Lecąc wzdłuż Marszałkowskiej dotarliśmy za Ogród Saski. Zawracamy łukiem i lecimy mniej więcej tą samą drogą. I znowu zrzuty. Z lewej strony walcząca Starówka. Wiedzieliśmy, że to już chyba ostatnie godziny oporu bohaterskiej dzielnicy. Nię wiedzieliśmy, że właśnie tej nocy w jej pobliżu Niemcy wysadzili w powietrze kolumnę Zygmunta.

Główne zadanie wykonane! Przelot nad centrum miasta – tam I z powrotem – nie trwał dłużej niż 5–6 minut. Rdzawa łuna zostawała coraz bardziej w tyle. Dochodziła północ. Mechanik zameldował, że nie starczy nam benzyny na lot poprzednią trasą. Ubytek paliwa na skutek przestrzelenia zbiornika był dość duży. Pilot decyduje się na lot prosty.
spisał Zbigniew K. ROGOWSKI
*Autor wspomnień, Jan Abczyński, w latach czterdziestych lotnik dywizjonu 300 i 301. Po powrocie do kraju był głównym technologiem w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu. Obecnie pracuje w biurze projektowym przemysłu motoryzacyjnego.

W poprzednim numerze był artykuł o „współczesnej kawalerii” z numeru Wieku Nowego. W kampanii wrześniowej kawaleria dokonywała cudów bohaterstwa, mimo, że stykała się bezpośrednio z niemiecką bronią pancerną…

Bój polskich pułków konnych z niemieckimi czołgami pod Mokrą
Wołyńska brygada kawalerii była w kampanii wrześniowej podporządkowana dowódcy armii „Łódź” gen. Juliuszowi Rómmlowi. W jej skład wchodziły trzy pułki ułanów, pułk strzelców konnych, dywizjon konnej artylerii, po jednym szwadronie pionierów i łączności. Z końcem sierpnia 1939 w dniach mobilizacji przydzielono do niej dywizjon pancerny: sześć przestarzałych samochodów pancernych marki „citroen”, dziewięć tankietek, oraz dwa działka przeciwlotnicze i szwadron rowerzystów.

Wróg miał wielokrotną przewagę. Mimo jego siły ogniowej i pancernej, wspieranej samolotami bombardującymi i myśliwcami, brygada kawalerii przez cały dzień powstrzymywała marsz hitlerowskiej dywizji w kierunku Piotrkowa.

Czołgi zapalają pociskami wieś, Mokra III płonie na całej długości około 2 km. Jeżdżąc wzdłuż i wszerz polany i strzelając Niemcy usiłują zniszczyć działa 2 dyonu art. konnej. Nasi kanonierzy bronią się ogniem na wprost. Jest to walka rozpaczliwa na śmierć i życie.

Rozjechany przez czołgi 4 szwadron 21 p. uł. zbiera się na obu skrzydłach. Walczy dalej. Dowódca 21 p. uł., – mimo zdawałoby się beznadziejnego położenia – chce powstrzymać ruch czołgów na wschód. Rozkazuje rtm. Pruszyńskiemu, dowódcy 4 szwadronu 12 p. uł., obsadzić skraj lasu na wschód od wsi Mokra III. Ostatni swój odwód pluton kolarzy przeznacza do osłony stanowisk baterii 2 dyonu art. konnej w sadzie niedaleko leśniczówki. Leśniczówka staje w płomieniach. Ppłk Kazimierz Suski przenosi swój punkt dowodzenia o 300 m na północ na skrzyżowanie toru kolejowego z drogą do Miedzna.

Czołgi wroga ponoszą coraz większe straty. Coraz więcej palących się wraków. Następuje wreszcie przesilenie. Z północnej części polany nieprzyjaciel zaczyna się wycofywać. Ogień artylerii słabnie.

Na południe od wsi Mokra III bój trwa nadal w całej pełni. Do ppłk. Suskiego zgłasza się wysłany przez dowódcę brygady kpt dypl. Stanisław Koszutski, kwatermistrz brygady. Suski prosi go o posiłki.

Rtm. Hollak z 3 szwadronem konno, w szykach luźnych, przeskakuje do zabudowań Mokra II. Stąd usiłuje pieszo dotrzeć do walczących na skraju lasu. Szwadron zostaje ostrzelany przez wycofujące się w kierunku południowo-zachodnim czołgi i ponosi straty. Rtm. Hollak ciężko ranny w obie nogi. Szwadron nie osiąga lasu, obsadza więc południowy skraj wsi, tworząc rodzaj pozycji ryglowej. Teraz czołgi niemieckie zaczynają wycofywać się również z południowej części polany. Walka cichnie i tu. Na polanie ponad 20 zniszczonych i częściowo dopalających się niemieckich wraków. Ich załogi w niewoli. Wszystkie z 4 dywizji pancernej z Würzburga (północna Bawaria).

Dwugodzinna przerwa w boju! Porządkujemy pomieszane oddziały i odbudowujemy pozrywaną łączność. Nie udaje się nawiązać łączności z dowództwem brygady w Miedźnie. Stoi w płomieniach pod nieustającym nalotem.

Lotnictwo nurkowe atakuje nasze stanowiska artylerii. Dwa dalsze działa zniszczone. Z Rębielic Królewskich wyłaniają się liczne czołgi, za nimi dwa bataliony niemieckich strzelców. Natarcie wroga rozwija się 6-kilometrowym frontem. Czołgom udaje się ponownie wtargnąć na polanę leśną Mokra. Najeżdżają na stanowiska broniących się rozpaczliwie kanonierów 2 dyonu art. konnej i ułanów 12 p. Przerywają obronę, w kilku miejscach dochodzą aż do nasypu kolejowego. Na odcinku 21 p. ul. czołgi podchodzą duktami leśnymi do zabudowań Mokra I.

Groźba okrążenia. Dowódca 21 p. ul. nakazuje swoim szwadronom wycofać się na skraj lasu na wschód wsi Mokra I. Najbardziej skrwawiony 4 szwadron przechodzi do odwodu. W tej krytycznej chwili do walki wchodzi 2 p. strzelców konnych i 21 dyon panc. pod dowództwem ppłk. Mularczyka. Bierze czołgi pod ogień armatek ppanc. i rusznic w południowej części polany. 21 dyon panc. nie bacząc na własne straty, uderza na Niemców szwadronem samochodów pancernych. Krzyżowy ogień armatek ppanc. i rusznic, oraz dzielnie walczących artylerzystów zadaje Niemcom duże straty. Tracą orientację.

Dowódca brygady otrzymuje meldunek o zajęciu Kłobucka (niem. 1 dywizja panc.) i o pojawieniu się czołgów około 6 km dalej na wschód w rejonie wsi Kamyk. W obawie o skrzydło płk Filipowicz nakazuje wycofanie na linię wzgórz na północ od Miedzna – Łobodno. Zapada zmrok. Oddziały brygady wycofują się na nakazaną linię.

Dziesięciogodzinna walka dobiegła końca!

Pułki Wołyńskiej Brygady Kawalerii walczyły dzielnie i ofiarnie do końca kampanii wrześniowej. W uznaniu ich bohaterstwa sztandary pułkowe odznaczone zostały Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Żołnierze brygady otrzymali 4 Złote i 102 Srebrne Krzyże Virtuti Militari, oraz wiele Krzyży Walecznych.
Płk dypl. Karol Riedl

Edward Pietraszek wspomina swój wyjazd do Gruzji:

Tamada – dyrygent uczty
Gruzja to kraj winem płynący. Gruzini uważają wino za szczególny dar niebios, a jesień i winobranie to najwspanialsza dla nich pora roku. Szanujący się Gruzin nie sięga po koniak. Doskonałe lekkie wytrawne wina, zwłaszcza ulubione tu kachetyńskie, znakomicie nastrajają do wesołej rozmowy, śpiewu, wznoszenia toastów, w których Gruzini są prawdziwymi mistrzami.

Zdarzyło mi się parokrotnie wziąć udział w spotkaniach przy winie, w tym w jednej biesiadzie, która odbyła się po obronie pracy kandydackiej na uniwersytecie.

W obszernym pokoju zasiadło prawie 40 osób; wśród nich rodzina doktoranta z dalekiej Megreli, promotor, prorektor uniwersytetu, dziekan, profesorowie, znajomi. Wszystkie potrawy przyrządzono z produktów dostarczonych ze wsi przez rodzinę doktoranta, własnej produkcji było także wino.

Tamadą, czyli starszym stołu, był przyjaciel doktoranta, sekretarz rejonowego komitetu partii w Gegeczkori. Ten człowiek o wspaniałej swadzie dyrygował ucztą, wznosił toasty, wzywał innych do ich wznoszenia, inicjował śpiewy. Dostąpiłem zaszczytu wzniesienia toastu ze sporego rogu na cześć moich gospodarzy i ich wspaniałego kraju. Obfitość stołu przekraczała znacznie nasze możliwości konsumpcyjne. Starałem się skosztować każdej z potraw, a co do wina, to wolałem dawkować bardziej ostrożnie niż przy pierwszym z nim spotkaniu, choć było znakomite. Gruzini starają się nie nadużywać wzajemnej gościnności i uprzejmości, wierzą, że wyrażenie jakiegoś życzenia związane jest zawsze z rzeczywistą potrzebą. Cwaniactwo nie jest u nich w cenie.

Nie bez poczucia dumy zwróciła mi uwagę młoda Gruzinka na fakt, że Aleksander Dumas w swych wspomnieniach z podróży po krainach Kaukazu i Bliskiego Wschodu najwyżej ocenił ich szlachetność i prawdomówność.

Zachowano tu formę zwracania się do siebie przez „pan” i „pani". Używa się jej powszechnie w codziennych stosunkach. Nie łączy się jednak słowa „batano” tj. „pan” z nazwiskiem, lecz imieniem — Gruzin nie powiedziałby np.: „pan Kowalski”, lecz „pan Jan”.

Stwierdziliśmy kiedyś w Tbilisi, wśród gruzińskich przyjaciół, że Polska nie leży zbyt daleko od Gruzji, gdyż wypływa u nas rzeka Strwiąż, która wpada do Dniestru. Można więc nią dopłynąć do Morza Czarnego i do wybrzeży Gruzji. Woda z polskiej rzeczki obmywa zatem na pewno i gruzińskie brzegi.

Wznieśliśmy więc toast za bezpośrednią łączność między Polską a Gruzją, za wzajemne poznanie, za przyjaźń.

Przejdźmy do stałych rubryk.

Dziś Jan Kamyczek o „Savoir vivre” dla palaczy
PALACZ. Odwiedzam kogoś w sprawie urzędowej, rozmowa przeciąga się. Marzę o zapaleniu papierosa. Na horyzoncie nie ma popielniczki, czy to znaczy że tutaj się nie pali?” – To znaczy, że nie pali gospodarz lokalu. Przypuszczalnie też nie lubi dymu. To nie przeszkadza, że po 20 minutach rozmowy można wyciągnąć papierosa i powiedzieć „pozwoli pan, że zapalę”. Wtedy rozmówca, acz niechętnie, dostarczy czegoś w charakterze popielniczki. Gość dobrze wychowany pali bardzo umiarkowanie w domu i biurze, gdzie inni nie palą.

ST. CZYTELNICZKA. „Czy chłopiec, będąc w towarzystwie dziewczyny, podaje jej ogień do papierosa, czy też zapala sobie sama dziewczyna? Wiem że pan nie pochwala palenia, ale tu chodzi tylko o zakład. – Chłopiec grzecznie zrobi podając jej ogień. Gdy jednak nie ma zapałek albo się spóźni z wyciągnięciem ich, to niech nie wydziera dziewczynie z rąk jej pudełka z zapałkami, jest to elegancja krępująca. W takiej sytuacji lepiej już gdy dziewczyna sama sobie papierosa zapali.

Moda na jesień (nie tylko AD1970)
Spodnie za kolano

Nastał koniec krótkiej mody. Już ani jednej krótkiej sukienki. Najpopularniejszą długością jest kolano solidnie przykryte, długość najczęściej 7 centymetrów za kolano.

Nowością mody Jesiennej są spodnie za kolano, które pokazujemy dzisiaj. Są to po prostu spodnie modnej obecnie długości spódnicy. Mogą to być spodnie rozszerzane Już od bioder, które wyglądają prawie jak spódnica, albo spodnie normalnej szerokości, wtedy zwykle zakończone u dołu wąskim mankietem. Mogą to być tak zwane spodnie golfy, czyli chwycone pod kolanem w mankiet, albo nawet tylko w gumkę i podrzucone. Góra może być z tego samego materiału co spodnie albo jakaś inna. Jest to najbardziej lansowany obecnie strój na co dzień.

Pośmiejmy się z humoru uczniowskich wypracowań:

– Pierwotniaki są to gęsto owłosione zwierzęta, żyjące w wodach słodkich i wilgotnych.
– Ciemnota na wsi była wtedy wprost wzruszająca.
– Do obozu hetmańskiego należał Nieszczęsny Potocki.
– Gerwazy nosił klucze zawieszone na bardzo brzydkim wyrazie.
– Imię Czarnieckiego wywoływało popłoch i zamieszanie w szeregach polskich, a szczególnie wśród wrogów.
– Zobaczyłem zbiegowisko, w którym mężczyzna ubliżał kobiecie, chwytając ją za pierś poniżej swetra.
– Jurand miał jedno oko, bo drugie wystrzelili mu z kuszy.

Na zakończenie – dla każdego coś smacznego:

Jan Kalkowski – jedno danie: łatwa babka z jabłkami
Ta potrawa pochodzi z kuchni czeskiej czy też austriackiej.

6 półsłodkich rogalików pokrajać na kostki grubości 1 centymetra. Zamiast rogalików może być także chałka – wówczas ukrojone kawałki trzeba podzielić na mniejsze.

Kilogram jabłek kompotowych obrać, wykroić pestki, utrzeć na grubej tarce. Posłodzić je, posypać mielonym cynamonem i wymieszać z 5–10 dkg rodzynek.

Do pół litra mleka wbić dwa jajka, wymieszać, odrobinę posolić i wylewając mleko partiami na talerz, maczać w nim z obu stron krążki rogalików. Formę do pieczenia lub prodiż wysmarować margaryną i posypać tartą bułką. Ułożyć na dno warstwę rogalików, na to warstwę jabłek, na nich parę kawałeczków margaryny i kolejno podobne warstwy. Na wierzchu mają być rogaliki. Jeśli zostało trochę mleka z jajkami – polać nim tę babkę. Wstawić do pieca i zapiec.

Można jeść na gorąco, polewając jakimś słodkim sosem: waniliowym. Dobra jest ta babka także na zimno. Szczególnie smakuje dzieciom.

Smacznego!

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 18 (358), 29 września – 15 października 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.