Maj 1973, według Przekroju

-a A+

Kolejny rocznik „Przekroju” wyciągam z półki w piwnicy – 1973. Zajrzyjmy do majowego numeru.

W tamtych latach hucznie obchodzono inne święta. Artykulik „Pierwszy maja” opisuje osiągnięcia gospodarki w przededniu święta.

Dzień pochodów i wieców, radosnych popołudniowych festynów i zabaw wieczornych – poprzedziły w całym kraju tradycyjne już czyny produkcyjne, spotkania załóg, akademie, koncerty. W wielu zakładach przemysłowych, kopalniach i hutach notowano wysokie tempo pracy. Wsie, osiedla i miasta kończyły doroczne, wiosenne porządki.

Barwne widowisko towarzyszyło uroczystemu odsłonięciu pomnika Lenina w najmłodszej dzielnicy Krakowa — Nowej Hucie. W stoczniach przyspieszano wodowanie statków, przed terminem kładziono stępki pod następne. Na warszawskie niebo wzbił się nowy samolot „PZL-106” – dzieło polskich konstruktorów.

Na pełnym morzu ponad sto statków PLO i gdańskiego „Dałmoru”. Marynarze tradycyjnie święcą ten dzień kapitańskim obiadem z 1-Majową lampką szampana.

Kolejne majowe święto – Dzień Zwycięstwa, obchodzony, naturalnie, 9 maja. Tekst „Biało-czerwone flagi w Berlinie” przypomina osiągnięcia Polaków i tych, którzy dekorowali Berlin polskimi flagami…

W walkach na terenie Berlina wzięło udział u boku Armii Radzieckiej 12 tysięcy żołnierzy polskich – I Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki pod dowództwem generała Bewziuka. Podczas szturmu na Berlin polscy żołnierze:

– opanowali 36 rejonów, 4 stacje metro, komplet budynków politechniki, 7 fabryk, w tym podziemną samochodów w rejonie Tiergartenu;
– zdobyli 15 dział pancernych, 8 czołgów, 28 dział, 82 cekaemy, ponad 3 tysiące karabinów;
– wzięli do niewoli 2500 żołnierzy i oficerów hitlerowskich. W walkach z polskimi oddziałami nieprzyjaciel stracił 3 tysiące zabitych, 17 dział, 120 cekaemów i wiele innego sprzętu.
W zdobytym Berlinie w 4 punktach powiewały polskie flagi:
– na budynku politechniki (założył ją Wiktor Bogdański z Chorzowa);
– na torach dworca S-Bahn Tiergarten (zatknięta w nocy z 1 na 2 maja);
– na Siegessaule;
– na Bramie Brandenburskiej wspólnie z flagą radziecką – zatknięta o godzinie 6.55 przez Michała Nowitnego, Wacława Zalewskiego i Piotra Potapskiego, którzy następnie podpisali dokument braterstwa broni.

Brama – Polska i Radziecka flagi na Bramie Branderburskiej (pl.wikipedia.org)

W artykule „Moskiewska Wiosna” Wojciech Kubicki opisuje tę porę roku w Stolicy ZSRR…

Pierwszy znak moskiewskiej wiosny: z placyków i osiedlowych uliczek giną nagle dziwne piramidki-namioty, spod których wypełzają jakby trochę zaspane samochody. Bo tutaj większość automobilistów – mając do dyspozycji niezawodne metro i na ogół dobrze kursujące trolejbusy, autobusy i tramwaje – zostawia swoje wozy na całą zimę w spokoju. Nowe „Żiguli”, a zwłaszcza stareńkie „Pobiedy” stawia się na podstawkach z kawałków drewna, nakrywa plandekami, resztkami starych namiotów, czy jakimkolwiek kawałkiem tkaniny, owija sznurkami, żeby wiatr okrycia nie porwał i tak, wzorem niedźwiedzi, większość maszyn oczekuje na pierwsze ciepłe dni.

W tym roku, gdyby nie brak liści, sądzić by można, że wiosna zaczęła się w lutym. Chlapa i mgły, jakie nie zdziwiłyby londyńczyków, męczyły miasto – z trzydniową przerwą w styczniu – przez całą kalendarzową zimę.

Ciekawe, że zieleń moskiewska nie daje się zwieść przedwczesnym falom ciepła i jak zwykle – czeka do końca kwietnia, aby potem nagle, w ciągu kilku dni wybuchnąć z niezwykłą intensywnością. Także futrzane czapki znikają dopiero razem z mgiełką pierwszej zieleni na drzewach w alejach Leninowskich Wzgórz i kiełkami młodej trawy na szerokich moskiewskich prospektach.

Kiedy więc wreszcie wybucha wiosna – ta krótka moskiewska wiosna szybko przechodząca w przeważnie skwarne lato – moskiewskie ulice zabarwiają się kolorami damskich strojów. Barwność ubiorów dziewcząt, kobiet i młodych mężczyzn, tego zawsze gęstego tłumu na ulicy Gorkiego, czy w alei Kalinina, w tym roku jest jeszcze większa, żywsza, jakby bardziej demonstracyjnie wesoła i modna niż w latach ubiegłych. Tak mija parę pięknych wiosennych dni.

Właśnie minął 1 maja z wielką manifestacją ludności. Tuż, tuż także wolny od pracy – dzień Święta Zwycięstwa, 9 maja.

I jak zwykle w tę wciąż żywą tu rocznicę zakończenia najstraszniejszej z wojen, na placyku koło Teatru Wielkiego spotkają się weterani. Ludzie, których kiedyś los zbliżył we frontowych okopach, czy wnętrzu jednego czołgu. a których drogi później się rozeszły. Po wojnie chcieli się znów zobaczyć. Data narzucała się sama – rocznica zwycięstwa. To jeszcze jedna tradycja moskiewskiej wiosny.

Dla równowagi, na tej samej stronie zamieszczony tekst „Paryż w majowym słońcu” Zygmunta Broniarka:

Paryż drapie chmury wieżowcami pnącymi się wzwyż nie tylko na słynnej la Defense, ale i wzdłuż Sekwany na wybrzeżu Citroena i na Avenue d’Italie po drugiej stronie miasta. Wbrew jednak oczekiwaniom, to nie niebo ciska piorunami na twórców nowych wież Babel, ale ludzie, przerażeni tym, co niektórzy wyprawiają z Paryżem.

Mieliśmy kiedyś wiszące ogrody Semiramidy, dziś mówi się w stolicy Francji o budowie wiszącej autostrady ozdobionej ogrodami.

Najstarsza, południowa część Bulwaru Okrężnego już nie wystarcza. Gdy w połowie marca coś się tam zepsuło, powstał korek długości 30 km wybiegający daleko poza Paryż. I mimo, że Bulwar wypełniony był tak, iż szpilki nie można było wcisnąć, tysiące samochodów. jak oszalałe, pędziły tam z autostrady północnej i z zachodniej i z południowej.

Firma „UOA" („Urbanistyka – Zagospodarowanie – Turystyka”) wpadła więc na pomysł, by nad południową częścią Bulwaru Okrężnego zbudować na słupach nową autostradę. A po obu jej stronach – budynki mieszkalne, biurowe i właśnie ogrody.

Przejazd nad bulwarem ma być płatny: jeden frank w godzinach ruchu normalnego. dwa franki w godzinach szczytu. Bogatsi więc będą jeździć na górze, napawając oczy widokami ogrodów, biedniejsi – tłoczyć się na dole, nawet słońca nie widząc.

Ale poza tym wszystkim wiosna w Paryżu jest piękna. Choć dolar spadł, na Polach Elizejskich mnóstwo turystów. A i Polaków coraz więcej. Na słynnym placyku na Montmartrze, gromadzi się polska brać artystyczna.

Wciąż tu króluje Włodek Płaczkowski. który rysował kiedyś karykatury do „Życia Warszawy”, „Trybuny Mazowieckiej" i „Trybuny Wolności”. To dzięki niemu odkryłem, że 30 marca 1814 roku Kozacy spowodowali powstanie pierwszego bistro w Paryżu. Obok niego Jerzy Karcz, także rysownik polski, specjalista od filmów rysunkowych i portretów dziecięcych i jeszcze kilkunastu innych przedstawicieli naszej sztuki. Nazwisk nie wymieniam.

Zbigniew K. Rogowski opisał dar Poli Negri dla Muzeum Teatru w Warszawie…

Pola Negri dotrzymała słowa...

Ale może po kolei. Rozmawiając w ubiegłym roku z głośną gwiazdą niemego filmu, zaproponowałem, by ofiarowała Muzeum Teatru w Warszawie jakiś swój aktorski rekwizyt.

Nasza rodaczka. Pola Negri, jedyna Polka, która zrobiła światową karierę filmową, uznała ten pomysł za nader szczęśliwy.

– Prześlę kostium z któregoś ze swoich filmów — powiedziała. W ten sposób chciała być jakby obecna (określenie aktorki) w Teatrze Wielkim (w jego murach mieści się Muzeum Teatru), a więc tam, gdzie stawiała pierwsze kroki na scenie jako młodziutka baletnica.

Ostatnio otrzymałem z Teksasu pięknie zapakowaną paczkę. Nie bez emocji przystąpiłem do jej rozpakowania. Po chwili okazało się, że zawiera kloszową sukienkę z żorżety szyfonowej jasnozielonej w duże kwiaty (długość 99 cm) i z tego samego materiału płaszczyk oraz pantofle pokryte jasnozielonym atłasem. Buciki, chyba szóstka, są lamowane drobnymi, sztucznymi diamencikami.

Suknię, mierzącą w talii 76 cm zdobi – tuż poniżej biustu – szeroka na niecałe 5 cm aplikacja ze sztucznych perełek, cekinów i koralików. Przy dekolcie – broszka wysadzana sztucznymi brylantami.

Nie wiem, czy Pola Negri miała jakiś wpływ na model tej kreacji, ale w okresie gdy błyszczała na firmamencie Hollywood najmocniejszym blaskiem, dobierała starannie swoje filmowe stroje. To samo dotyczyło garderoby prywatnej. Zresztą, cokolwiek włożyła na siebie od razu stawało się modne na całym świecie.

Kostium Poli Negri przekażę do Muzeum Teatru wkrótce po prezentacji na łamach „Przekroju”. Dyrektor tej placówki – Józef Szczublewski zapowiedział umieszczenie rekwizytu w Sali Redutowej – na manekinie pod czterościennym szklanym kloszem.

Dar z dalekiego Teksasu będzie niechybnie atrakcją dla zwiedzających. Pola Negri stała się ostatnio modna w warszawskim Muzeum Teatru. Jej portret pędzla Tadeusza Styki, który dyr. Szczublewski wypożyczył w lutym ze zbiorów Muzeum Narodowego, przykuwa obecnie bodaj największą uwagę. Gromadzą się przed nim nieustannie grupy zwiedzających.

Zofia Walczy opublikowała niezwykle interesujący artykuł „O bibliomanach, bibliokleptomanach i wampirach książkowych”. Teraz wiadomo, jak dochodzono do pokaźnych bibliotek – nie zwracając pożyczone książki. Było to nagminne nawet (i przede wszystkim) w wyższych sferach.

Umiłowanie książek może popchnąć bibliofila nawet do zbrodni. Oczywiście są to wypadki krańcowe, graniczące z psychopatologią. Ale przecież, gdy chodzi o książki i na co dzień popełniamy różne wykroczenia przeciw ogólnie przyjętym normom społecznym. Któż z nas nie ma na sumieniu książek pożyczonych, jak się to mówi „na wieczne oddanie”? Wmawiamy sobie, że nie znamy prawdziwych właścicieli tych tomów, że zapomnieliśmy skąd i od kogo je pożyczyliśmy. W każdym z nas drzemie bowiem demon bibliomanii. Czy więc sprawy, o których piszemy, są tylko ciekawostką z marginesu historii kultury?

Bibliomania popychała do przywłaszczania książek także innych uczonych. Wielce zasłużony autor Słownika Języka Polskiego – Samuel Bogumił Linde; uczony, mąż stanu, reformator szkolnictwa na Rusi, założyciel Liceum Krzemienieckiego – Tadeusz Czacki; obydwaj bracia Załuscy – wszyscy oni zostawiali wyrwy na półkach klasztornych bibliotek, do których ich w zaufaniu wpuszczano. Na ich usprawiedliwienie trzeba dodać, że często ratowali w ten sposób skarby polskiej kultury przed zniszczeniem. Nie ich wina, że się to nie udało (ich biblioteki w czasach rozbiorów wywieziono w głąb Rosji. Biblioteka Załuskich, której zbiory wróciły potem do Polski, spłonęła w 1944 r. w Warszawie.)

Złodziei książek znaleźć można wśród przedstawicieli różnych warstw i zawodów. Królowie uprawiali na wielką skalę konfiskaty książek w czasie wojny, ale i w czasie pokoju królowa Katarzyna Medycejska potrafiła „kupować” książki od poddanych.

Miłość do książek może prowadzić nawet do zbrodni. Johann Georg Tinius (1764–1846) był wiejskim pastorem. autorem rozpraw teologicznych i bibliofilem. Posag swoich dwóch żon zużył na zakup książek. Ale pokusy były wciąż wielkie, a zarobki wiejskiego duszpasterza małe. W styczniu 1812 r. znaleziono zamordowanego we własnym mieszkaniu bogatego lipskiego kupca. Sprawcy mordu nie udało się odszukać. W tym samym czasie Tinius zapłacił dużą sumę za licytowaną właśnie bibliotekę jakiegoś zbieracza.

W rok później zamordowano w Lipsku bogatą wdowę. Przed śmiercią zdążyła jeszcze powiedzieć, że mordercą był człowiek o wyglądzie wiejskiego pastora. Służąca wdowy rozpoznała w Tiniusie człowieka, którego spotkała na schodach domu. Znaleziono także jego własnoręczny list, w którym prosił o pożyczkę i małą siekierkę, która mogła być narzędziem mordu.

Najbardziej obciążał Tiniusa fakt, że w kilka dni po zabójstwie wdowy zakupił wystawioną na aukcji bibliotekę za sumę 100 luidorów gotówką. Proces był poszlakowy, oskarżony nie przyznał się do winy. Wypadki polityczne sprawiły, że sprawa Tiniusa ciągnęła się 10 lat. W r. 1823 zapadł wyrok skazujący go na 12 lat więzienia, przy czym nie policzono mu ani dnia z tych dziesięciu lat spędzonych w areszcie. Wyszedł z więzienia jako 71-letni starzec. Biblioteka, którą zebrał, obliczana na 30 000–60 000 tomów, rozproszyła się. Żył jeszcze jedenaście lat i podobno dalej zbierał książki.

Jan Kamyczek w kolejnym odcinku „Savoir vivre” odpowiada na pytania czytelników:

Dzidka – jestem studentką i jadam w uczelnianej stołówce. Zwykle w poniedziałki jest ryba i tu zaczynają się indywidualne popisy konsumentów. Niektórzy biorą tylko widelec i pomagają sobie chlebem, inni biorą dwa widelce i tu wariant: jedni jedzą widelcem trzymanym w prawej ręce, pomagając sobie lewym, a drudzy odwrotnie, jedzą lewą ręką, traktując prawy widelec jak nóż. Wreszcie zaś są i tacy, którzy jedzą samym tylko jednym widelcem.

Jestem zwolenniczką 2 widelców z tym, że moim zdaniem je się widelcem trzymanym w prawej ręce, lewą tylko pomagając sobie. A jak jest naprawdę?”

– Problem nie ma jednoznacznego rozwiązania. W każdym razie potrzebne są 2 przyrządy. W krajach „rybnych" obserwowałem, że ten drugi obok widelca przyrząd (tępy nóż, łopatkę) trzyma się w prawej ręce. a widelec w lewej i lewą ręką podnosi się kęsy do ust, jak normalnie przy użyciu noża i widelca do mięsa. Jeśli drugi sztuciec jest też widelcem, to analogicznie do w/w należałoby prawy widelec traktować jak nóż, a z pomocą lewego spożywać. Ale tę prawidłowość można też wyprowadzić z popularnego spożywania ryby z pomocą widelca i kawałka chleba: chleb trzymamy z reguły w lewej ręce, a do ust podnosimy tę z widelcem, prawą, czyli odwrotnie, jak w poprzednim wzorcu.

Niezwykle interesującą była rubryka „Wyższa szkoła jazdy” prowadzona przez Sobiesława Zasadę, wielokrotnego mistrza rajdowego. Była to – jak podaje podtytuł: Jedyna szkoła na świecie, w której uczeń nie musi odpowiadać na pytania, bowiem wykładowca odpowiada bez przerwy na pytania „Przekroju”. Ten odcinek dotyczy używania pasów. Dziś z tym nikt nie dyskutuje.

Przekrój: Pomówimy dziś o potrzebie zapinania pasów bezpieczeństwa.
Zasada: Słusznie. A pas bezpieczeństwa powinno się zapinać zawsze, osobiście zapinam go nawet wtedy, gdy wyjeżdżam wozem za róg po zapałki. Z nawyku. I taki nawyk powinien każdy kierowca u siebie wytworzyć.

Powiadają domorośli mędrcy samochodowi. Że pasy nie zawsze wychodzą na zdrowie kierowcy...
Nie słuchajmy domorosłych mędrców. Jestem zdecydowanie za pasami. Stanowią one ochronę na wypadek kraksy, a przy jeździć ostrzejszej, sportowej – przyczyniają się do lepszego prowadzenia wozu.

A w jaki sposób pasy mogą być przyczyna lepszego prowadzenia.
Po prostu na zakrętach przytrzymują kierowcę w prawidłowej pozycji, nie zezwalają na odchylanie się ciała kierowcy w lewo czy w prawo. A są to odchylenia bardzo niebezpieczne. Przy ostro wziętym zakręcie w prawo lecimy na drzwiczki, ale przy zakręcie w lewo – na współpasażera, a jeżeli go nie ma... W ogóle wtedy chwytamy się kurczowo kierownicy, a to jest najgorsze, co można zrobić. Pasy ochronią od tego.

No tak, ale to już argument dla potencjalnych rajdowców. Myśleliśmy o tym. czy aby zawsze pasy chronią...
Pasy kilkakrotnie ratowały mi zdrowie i życie. W 1965 roku na Rajdzie Wiślańskim, jadąc z żoną na Steyr Puchu – przy próbie szybkości wóz przewrócił się na dach. Sunęliśmy jeszcze parę metrów na brezentowym dachu — wisząc do góry nogami na pasach. Gdyby nie pasy – czy nasze głowy, nawet w hełmach – wytrzymałyby to spotkanie z betonem? W 1966 roku na Rajdzie Tulipanów w Holandii – podczas jazdy zręcznościowej między beczkami na nadmorskim bulwarze też stanąłem na dachu. I pasy wytrzymały. W 1967 roku na treningu przed rajdom o puchar Alp aby uniknąć zderzenia z jadącym środkiem drogi Citroenem wpakować się musieliśmy bokiem na skały. Nie stało się nam nic. Wszystko zamortyzowały pasy... W 1972 roku na Rajdzie Polski przekoziołkowaliśmy Porschem cztery razy pod Salmopolem, zde¬rzyliśmy się czołowo z 3 kłodami drzewa — i wyszliśmy z tego właściwie zupełnie cało...

Chyba wszyscy są już przekonani. Pasy ratują w różnych sytuacjach.
Trzeba jednak pamiętać, że siły działające na pasy w chwili ewentualnego wypadku są tak wielkie, iż zamocowanie pasów winno być najwyższej jakości. (Warto dodać, że pasy które przejdą wypadek należy zmienić, bo straciły sprężystość!) Pasy należy – zapinać ściśle – bo przy luzach, nawet kilkucentymetrowych – zdarzały się wypadki złamania żeber. Mają być zapięte ściśle – ale też tak, żeby nie gniotły.

Mówiąc o pasach – od razu cała rzecz kojarzy nam się z przykrymi sprawami – z wypadkami itp.
Nigdy nie myślę o wypadku, kiedy je zapinam. Myślę o tym, żeby mi się dobrze jechało, że nie będę musiał się bać o to, aby na zakręcie nie wylecieć z fotela... Że będę miał swobodę ruchów w prawidłowej pozycji. Jeżeli bowiem pasy są dobrze zestrojone z pozycją fotela — dają zupełną swobodę w manewrowaniu wszystkimi potrzebnymi mechanizmami samochodu. Choć przeciwnicy ich twierdzą, że krępują. Po prostu to nieprawda.

Pośmiejmy się z „Humoru zeszytów”

Czy szafy naszych kobiet, nawet jeśli są czterodrzwiowe, nie pękają w szwach?
Wady szlachty z okresu oświecenia nie zmieniły się do dzisiaj.
Miał córkę i kamienicę, która chciał wydać za mąż.
Rubens malował bez ubrania.
Każdy człowiek jest sobie równy.

Jan Kalkowski w rubryce „Jedno danie” podaje przepis na niezwykle aktualne wiosenne sałatki…

I. Sałatka „Luc-Belmont”. Twardy tółty ser pokroić w długie cienkie paski, dodać drobno posiekane jajka ugotowane na twardo i siekaną cebulkę. Wszystko wymieszać, przyprawiając oliwą i sokiem z cytryny. Salaterkę przybrać plasterkami pomidorów.

II. Z zielonej sałaty. Do tego celu nadaje sią najlepiej sałata krucha, ale mole być także ta zwykła. Po umyciu i odcedzeniu poszatkować ją w cienkie paski. Dodać kiełbasę parówkową, obraną ze skórki i pokrojoną w plasterki, skwarki z wytopionej słoniny (ale bez tłuszczu) oraz sos z roztartej oliwy i musztardy doprawiony do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Do tego chleb lub bułki z masłem i mieć będziecie dobre dania kolacyjne. Smacznego!

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 9-10 (349-350), 29 maja – 15 czerwca 2020

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.