Spisek porucznika Deblessema. Część 3

-a A+

Wszelkie wspomnienia są rzeczą subiektywną. Ich autorzy starają się przypisać sobie jak najwięcej osiągnięć i przerzucić na innych swe porażki. Aby uzyskać realny kształt wydarzeń należy porównać kilka wspomnień. Wydarzenia 25 maja 1919 roku przedstawiają polscy, ukraińscy i niemieccy ich uczestnicy. Zaczniemy od Deblessema.

Ucieczka czy kapitulacja?
Aby uniknąć niepotrzebnego przelewu krwi oddział POW udał się do starostwa (ob. ul. Melnyczuka 14), gdzie ulokowały się wydziały sztabowe. Rozkazawszy swoim żołnierzom czekać na korytarzu, Deblessem z dr. Dobruckim weszli do sali konferencyjnej z propozycją, by zebrani tam wojskowi dobrowolnie przekazali władzę w mieście.

„W starostwie zastaliśmy grupę ukraińskich oficerów – wspomina porucznik. – Rozmawiali ze sobą po niemiecku. Cel naszej wizyty nie był dla nich zaskoczeniem. Nalegali jednak na spisanie protokołu.

Odpowiedzieliśmy, że teraz nie ma na to czasu, ale Ukraińcy nalegali. Wówczas rozpięliśmy kurtki i zademonstrowaliśmy nasze mundury i broń. Jednocześnie otworzyliśmy drzwi, za którymi, jak potężna ściana, stali nasi oficerowie.

Sztabowcy od razu zmienili taktykę. Jedni poprosili o możliwość pozostania w mieście, a inni – by mogli natychmiast wyjechać dwoma automobilami, stojącymi przed starostwem. Te auta rozkazałem zatrzymać na potrzeby POW. Jednym jeździłem ja, a drugie, korzystając z ogólnego zamieszania, skradli czterej ukraińscy oficerowie”.

W tym samym dniu w Stanisławowie przebywał referent Państwowego Sekretariatu Spraw Wojskowych setnik Semen Magalas. Wspólnie z oficerem Sztabu Generalnego Wilhelmem Lobkowitzem mieli doczekać się w mieście przybycia sztabu III korpusu UAG gen. Krawsa, po czym ewakuować go do Buczacza. Setnik miał do dyspozycji jedno małe auto z kierowcą na dwóch pasażerów.

Rankiem 25 maja Magalas zawitał do sztabu, gdzie zastał Lobkowitza i kilku oficerów Krawsa. Wywiad doniósł, że POW szykuje powstanie, przez co niektóre oddziały korpusu będą wycofywać się poza miasto. Jednocześnie nadeszła wiadomość, że komendant Stanisławowa ataman Garabacz z załogą już opuścił miasto. Oddajemy słowo Magalasowi:

„Lobkowitz powiedział, że nie mając sił do obrony miasta, aby uchronić ludność ukraińską, nie widzi on innego wyjścia jak dobrowolnie oddać zarząd miasta Polakom, pod warunkiem, że nie tkną Ukraińców”. Aby wejść w kontakt z POW zwrócił się do zastępcy sekretarza spraw wewnętrznych Romana Perfeckiego, mającego znajomych wśród Polaków. Ten jeszcze nie zdążył ewakuować się z miasta. „Przyznał on słuszność Lobkowitzowi, bo sam obawiał się zemsty Polaków. I pojechaliśmy do jego znajomego, polskiego lekarza” (chodzi o dr. Dobruckiego – aut.).

Wspomniany lekarz też przyznał, że takie załatwienie sprawy będzie korzystne dla obu stron i przez telefon rozmawiał z jakimś młodym człowiekiem o francuskim nazwisku (prawdopodobnie komendantem lokalnej polskiej organizacji wojskowej Deblessema). Po powrocie do setnika Lobkowitza natychmiast spisali umowę… Miasto zajęła miejscowa polska milicja, która już wcześniej powstała tajnie”.

Właściwie nie ma to żadnego znaczenia, czy dowództwo oficjalnie przekazało władzę, czy uciekło nieoficjalnie. Faktem jest, że porzuciło na pastwę losu te oddziały ukraińskie, które jeszcze pozostawały w mieście i nic nie wiedziały o separatystycznych rozmowach.

Strzelanina na ulicach
O 13:35 Deblessem oddał rozkaz rozpoczęcia akcji. Na punkty zborne stawiło się ludzi mniej niż połowa kompanii, ale wszyscy żołnierze byli zdecydowani i rwali się do boju.

Pierwszym obiektem były koszary żandarmerii (policji wojskowej). Zajęto je nadzwyczaj łatwo. „Budynek żandarmerii zastaliśmy całkowicie pusty – pisze porucznik. – Pozostawiona tam straż była całkowicie zdezorientowana i nie mogła pojąć co się dzieje. Uzbroiwszy się tam w karabiny i naboje zostawiliśmy patrol i jak najprędzej poszliśmy na ul. Kazimierzowską (ob. Mazepy 20), gdzie w budynku gimnazjum była szkoła żandarmerii i resztki załogi”.

Po drodze oddział powiększył się dwukrotnie. Częściowo przez dołączenie się opóźnionych peowiaków, a częściowo przez młodzież polską, która dołączała do oddziału na ulicy. Rozdawano im broń i białe opaski.

„Wzmocnieni ilościowo, zaatakowaliśmy koszary z dwóch stron. Tu czekała na nas dość miła niespodzianka. Ukraińscy żołnierze z uśmiechem i widoczną ulgą oddawali nam broń, bez żadnego oporu. Pozostawiwszy tu wartę, poszliśmy dalej. Nagle na obrzeżach miasta usłyszeliśmy strzelaninę. Dobiegliśmy do budynku magistratu, gdzie mieściła się komendantura (ob. gmach główny Uniwersytetu Medycznego), tam zobaczyliśmy kilku naszych peowiaków, biegnących z innej strony miasta w celu zajęcia poczty. Usłyszawszy strzelaninę i widząc panikę, wszyscy z komendy miasta uciekli – tym sposobem VII oddział POW zajął magistrat bez żadnego wystrzału” – wspominał Deblessem.

Dalsze dowodzenie akcją porucznik prowadził z magistratu. Niebawem przybył goniec od por. Zeidlera, który zameldował, że zajęto koszary artylerii, sąd i więzienie. Zastrzelono przy tym jednego ukraińskiego żołnierza i raniono kilku peowiaków.

Raport od innego dowódcy – por. Hofmokla – autor wspomnień przytacza w całości:

„Zgodnie z planem zgromadziliśmy się w kamienicach naprzeciwko koszar przy ul. Kamińskiego (ob. ul. Franki). Rozdaliśmy opaski, przy tym jeden z członków oddziału, Falkowski, z karabinem w ręku nieostrożnie wysunął się na ulicę. Zobaczył go patrol ukraiński, a jeden z żołnierzy wystrzelił, ale, na szczęście, nie trafił. Dało to sygnał do natychmiastowego ataku.

Zawiązała się strzelanina, w czasie której zginął jeden ukraiński żołnierz.

Ubrany w mundur oficerski byłej armii austriackiej, z opaską na ramieniu, razem z podchorążym Kauferem i naszymi ludźmi wpadliśmy do koszar na 3 Maja. Zebrany tam uzbrojony oddział ukraiński ze zdziwieniem spoglądał na naszą akcję. Na mój rozkaz poddania się, ich dowódca odpowiedział po chwili zastanowienia: „Panie lejtnancie! Rzucamy broń, ale dajcie nam przepustki do domu”.

Przejętą bronią uzbroiłem swoich ludzi, a także wielu ochotników, którzy dołączyli do nas po drodze.

Był między nimi por. Dobrowlański, którego na czele 60 żołnierzy od razu wysłałem na pomoc naszym, walczącym koło dworca kolejowego. Drobne oddziały, które skierowałem na przejęcie innych obiektów, jak to koszary przy ul. Kamińskiego, poczty i szpitala, wykonały swoje zadanie bez przelewu krwi, nie zważając na silny ostrzał.

Mój oddział połączył się z oddziałem por. Grodzickiego koło dworca, gdzie Ukraińcy stawiali zaciekły opór, starając się wywieźć wszystko co było możliwe”.

Niebawem nadszedł ostatni raport: dworzec kolejowy w naszych rękach. Ukraińcy ostatnimi wagonami opuścili miasto.

W taki sposób o 16:00 Stanisławów był całkowicie kontrolowany przez Polaków.

Patrol POW na dworcu kolejowym (z archiwum autora)

Co zobaczył pastor Zekler
Interesujące są wspomnienia postronnego świadka – niemieckiego pastora Teodora Zeklera. Wprawdzie datuje on te wydarzenia dniem 26 maja:

„Po południu okazało się, że Ukraińcy w pośpiechu opuszczają miasto… z czasem rozległy się strzały. Raptem, niby spod ziemi, wynurzają się dziwne postacie. Na pół cywilne, na pół żołnierze, na pół strażacy w dziwnych mundurach, niektórzy w starych austriackich mundurach, niektórzy w szpiczastych pruskich hełmach. Oglądając się na wszystkie strony, przekradają się oni w kierunku dworca. To pierwsi nieregularni Polacy – oddziały uzbrojonych polskich mieszczan. Dziw! Jak często Ukraińcy szukali broni, surowo karząc tych, którzy trzymali ją w jakiś schowkach. Można by myśleć, że nigdzie nie znajdziesz nawet pistoletu. Słyszeliśmy, że Polacy przejmowali sklepy spożywcze czy kładli kres rabunkom.

Znów słychać strzały. Słychać też serie karabinów maszynowych. Ukraińcy wyprowadzali z dworca ostatnie pociągi, a Polacy ostrzeliwali je. Niektórzy Polacy mają karabiny w rękach. Oto niosą rannych. Po drugiej stronie torów w osiedlach ukraińskich toczą się walki…

Noc ciemna i długa. Biedne nasze siostry w szpitalu wojskowym. Wczoraj siostra L. opowiadała, że szpital opuścili wszyscy lekarze i sanitariusze. Ranni i chorzy – olbrzymia ilość – pozostali jedynie pod opieką sióstr! Cóż mają teraz robić?”.

Wszystko przepadło
Możliwie, że ktoś zapyta: jak Polakom udało się tak łatwo opanować miasto, które było stolicą ZURL? Odpowiedź na to pytanie daje ataman UAG Stefan Szuchewycz (wujek dowódcy UPA). Oto urywki z jego wspomnień:

„Starszyzna, która uciekała ze Stanisławowa, mówiła o niesłychanej, pośpiesznej i nawet kompromitującej ewakuacji, a tak naprawdę – ucieczki ze Stanisławowa. Do ostatniej chwili nikt nie dawał rozkazu wyjazdu. Ale gdy dowódcy zauważyli, że państwowi sekretarze (ministrowie) już wyjechali ze Stanisławowa, to wszyscy szybko uciekli.

Komendant miasta kapitan Garabacz i komendant oddziału technicznego kapitan Szuchewycz poszli do Sekretariatu Spraw Wojskowych po wskazówki, co robić dalej. Przyjął ich podpułkownik sztabu generalnego Bem, który powiedział, że sytuacja jest beznadziejna. Wszystko przepadło. Wobec tego strzelców należy rozpuścić do domów, starszyźnie wypłacić trzymiesięczny żołd i niech każdy robi co chce i potrafi. Dodał on, że sam zostaje w Stanisławowie.

Niektórzy dowódcy nie posłuchali ppłk. Bema i wyprowadzili swe oddziały z miasta w szyku. Inni posłuchali i wielką liczbę strzelców rozpuścili do domów. Z magazynów nie wywieziono prawie nic. Pozostały zapasy odzieży, sukna, butów, słowem tego, o co dowódcy na froncie tak prosili i czego naszym żołnierzom tak brakowało”.

Regularne oddziały WP weszły do Stanisławowa 27 maja 1919 roku (z archiwum autora)

Polacy zdobyli pokaźne trofea. Deblessem pisze z zachwytem, że „w nasze ręce trafiły olbrzymie zapasy broni, amunicji, karabinów maszynowych, armat ciężkiego i lekkiego kalibrów, materiałów wybuchowych, uprzęży, siodeł, koców, telefonów, instrumentów, automobili, skóry, obuwia, bielizny, tytoniu, mąki, cukru itp. Wszystkiego było wagonami. Plus tabun koni i kilka tysięcy koron gotówką”.

Przejęcie tak olbrzymich zapasów miało dla armii ukraińskiej katastroficzne następstwa. Już 7 czerwca rozpoczął się kontratak armii ukraińskiej, znany jako ofensywa czortkowska. UAG udało się odrzucić Wojsko Polskie na setki kilometrów – zwolnić Tarnopol i wyjść na linię Brody-Olesko-Przemyślany-Rohatyn. Tu atak załamał się – skończyły się zapasy uzbrojenia i nie było w co wyposażyć setki ochotników, pragnących walczyć o Ukrainę. O, jakby się im wówczas przydały stanisławowskie zapasy!

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 12 (328) 28 czerwca – 15 lipca 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.