Spisek porucznika Deblessema. Część 1

-a A+

Władza ukraińska w Stanisławowie trwała od 1 listopada 1918 do 25 maja 1919 roku. Jeżeli na temat zrywu listopadowego piśmiennictwo jest bogate, to o wydarzeniach majowych wiadomości jest niewiele. W literaturze historycznej mamy jedynie wzmianki o jakimś polskim powstaniu. Jest rzeczą oczywistą, że temat ten nie jest popularny wśród współczesnych badaczy, jednak studia nad ZURL bez zbadania tego fragmentu historii byłyby niepełne. Wobec tego proponuję Czytelnikowi spojrzenie na tę historię „z tamtej strony okopów”.

Wspomnienia o pracy i walce
Istnieje olbrzymia ilość memuarystyki polskiej o przeszłości Stanisławowa, której znaczna część do dziś nie jest opracowana. Wiele wspomnień ukazało się na łamach gazet, a nawet jako samodzielne publikacje. Do tych ostatnich należy broszura inżyniera Antoniego Deblessema „Wspomnienia o pracy i walce o polskość Stanisławowa”. Publikacja ukazała się w złoczowskiej drukarni Zukerkandla, ma 104 strony i zawiera wiele interesujących ilustracji.

Ani w archiwum obwodowym, ani w bibliotekach tej publikacji nie znajdziecie. Wśród kolekcjonerów jednak „chodziła” kserokopia tej książki. Niestety kopia była niepełna – brak było stron 30–43, właśnie tych, które mówią o przebiegu powstania 25 maja. Prawdopodobnie ktoś specjalnie usunął ten najciekawszy fragment.

Poszukiwania podobnego wydania w lwowskich archiwach i zbiorach bibliotecznych też okazały się bezskuteczne. Pomoc nadeszła z Polski. We Wrocławiu mieszka urodzony w Stanisławowie Witold Hrehorowicz, który odszukał książkę w lokalnej bibliotece, zeskanował brakujące strony i nadesłał je do Frankiwska. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczny.

Partia gry w bilard
Zryw listopadowy okazał się dla Polaków w Stanisławowie całkowitym zaskoczeniem. 1 listopada nad ratuszem powiewał już niebiesko-żółty sztandar i wszystkie najważniejsze obiekty były kontrolowane przez Ukraińców. Początkowo nikt nie mógł zrozumieć co się wydarzyło, ale z czasem zaczęły nadchodzić wieści o zaciętych walkach o Lwów.

Polacy, po Żydach, stanowili drugą co do liczebności grupę mieszkańców miasta. Wśród nich było wielu oficerów armii austriackiej, którzy nie zadowolili się rolą biernych obserwatorów. W październiku 1918 r. z rosyjskiej niewoli wrócił do domu porucznik Antoni Deblessem, który przed wojną był inżynierem w miejskiej gazowni. Był jednocześnie komendantem drużyny Sokół „Belweder” – sportowego towarzystwa, skupiającego polską młodzież.

Budynek kasyna mieszczańskiego (pocztówka z kolekcji Olega Hreczanyka)

Na początku grudnia Deblessema zaproszono do kasyna mieszczańskiego (ob. „Cukiernia” przy ul. Niezależności) na partyjkę bilarda. Tocząc kule wspólnie z porucznikami Strusiewiczem i Lityńskim dowiedział się, że w mieście działa polska organizacja konspiracyjna, która liczy na jego współpracę. Ponieważ sala bilardowa nie była najlepszym miejscem do rozmów konspiracyjnych, spotkanie postanowiono kontynuować w dniu następnym w mieszkaniu porucznika Hofmokla – w willi koło obecnego jeziora.

O umówionej godzinie gospodarz wprowadził Deblessema w stan spraw. Okazuje się, że już 3 listopada utworzono w mieście organizację, do której weszli oficerowie, harcerze, członkowie Sokoła i członkowie drużyn strzeleckich. Niebawem stowarzyszenie otrzymało nazwę POW – Polska Organizacja Wojskowa. Wówczas liczyła ona około 300 osób, mając na uzbrojeniu sto karabinów i dziewięćdziesiąt rewolwerów. Żadnych kontaktów z Wojskiem Polskim, walczącym na zachodzie, nie mieli.

Ponieważ Deblessem był przed wojną komendantem drużyn sokolich (których wielu członków należało do organizacji), miał doświadczenie działań wojskowych i był dla wielu jak ojciec, zaproponowano mu, by stanął na czele ruchu oporu. Zgodził się natychmiast.

Nauczyciel tańca
Warunki, w których należało działać, były trudne. W mieście wprowadzono godzinę policyjną. Restauracje, cukiernie i kasyna zamykano o godz. 23:00, a później nawet o 22:00. Po ulicach nie wolno było przemieszczać się w grupach, najwyżej po dwie osoby. Trójka już wywoływała podejrzenia i policja takie grupy rozpraszała lub aresztowała. W mieszkaniach często odbywały się rewizje w celu wyjawienia ukrytej broni. Jak wspomina Deblessem, „Były one w stylu dawnych carskich, a potem bolszewickich rewizji. Odbywały się w nocy, przez zaskoczenie mieszkańców i otoczenie mieszkania, następnie plądrowania ze zrywaniem podłóg włącznie, rozpruwaniem poduszek i materacy, rozbieraniem pieców itd. Nie brakowało przypadków zniknięcia przy tej okazji biżuterii, gotówki i innych wartościowych przedmiotów”.

Peowiaków zaskoczyła wiadomość o wykryciu w Złoczowie podobnej organizacji, szykującej się do zbrojnego powstania. Wszystkich jej przywódców stracono.

Aby uniknąć wpadki, stanisławowscy spiskowcy przestrzegali twardych zasad konspiracji. Podstawową grupę stanowiła dziesiątka; kilka dziesiątek tworzyły kompanię – a było ich siedem. Z każdej dziesiątki jedynie dowódca znał wyżej dowodzącego, który z kolei miał bezpośredni kontakt z komendantem czyli Deblessemem. By nie zwracać na siebie uwagi, szeregowi peowiacy zbierali się na nabożeństwa w kolegiacie lub kościele jezuitów. Narady sztabu odbywały się każdorazowo w innym miejscu. Najczęściej była to gazownia, gdyż była poza miastem (ob. „Iwanofrankiwskgaz” przy ul. Lenkawskiego). Spiskowcy przychodzili tu jakoby zapłacić za gaz lub kupić opał.

Z czasem miejsce spotkań trzeba było zmienić. Władze ukraińskie zobowiązały wszystkich urzędników-Polaków do złożenia przysięgi na wierność nowemu rządowi. Prawie wszyscy odmówili. Odmówił również Deblessem. „Niezaprzysiężonych” natychmiast zwolniono z pracy.

Miejscowy Polski Komitet Narodowy na czele z panem Salwachem wypłacał niewielką zapomogę bezrobotnym, ale były to mizerne pieniądze. Aby przeżyć, Polacy radzili sobie jak mogli – ktoś handlował tytoniem lub produkował papierosy, inni wyprzedawali drobne rzeczy albo wynajmowali się do pracy u bardziej zamożnych rodaków.

Deblessem również zwolnił się z gazowni. Niebawem otworzył własną szkołę tańca, która mieściła się w pustym budynku Sokoła na Belwederze. „Uczennice moje – pisze porucznik – rekrutowały się przeważnie ze sfer ukraińskich. Z uczniami miałem mniej kłopotu – wszyscy członkowie POW zapisali się do mojej szkoły”. Była to idealna „przykrywka” i obecnie spiskowcy mogli spotykać się bez żadnych problemów.

Polacy przebywali w tym czasie w całkowitej izolacji informacyjnej. Pociągi na Zachód nie kursowały, poczta stamtąd nie dochodziła, czasopisma ukraińskie „Republika”, „Strzelec” i „Nowe życie” podawały jedynie widomości o zwycięstwach Ukraińskiej Armii Galicyjskiej. W celu nawiązania kontaktu z Wojskiem Polskim POW wysłało dwóch kurierów z zadaniem przekroczenia linii frontu. Jeden został aresztowany, drugiemu udało się dotrzeć do swoich, lecz nie mógł już wrócić.

O zbrojnym powstaniu w mieście, pełnym ukraińskich wojskowych, a przy tym stolicy ZURL, nie było nawet mowy. Spiskowcom pozostało jedynie czekać, rozszerzając powoli organizację i gromadząc broń.

Wiatr przemian powiał wiosną.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 8 (324) 26 kwietnia – 16 maja 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.