Wielcy grzesznicy XVIII-w. Rzeczpospolitej

-a A+

Nawiązując do poprzednich artykułów, ukazujących ciekawe i nietuzinkowe postacie osiemnastowiecznych Kresów, dziś będzie nie tyle o dziwakach, co o... grzesznikach.

Osiemnastowieczną Rzeczpospolitą, faktycznie podzieloną na udzielne księstewka magnackie, co chwilę wstrząsały doniesienia o okrutnych zbrodniach lub gorszących uczynkach popełnianych przez bezkarnych magnatów, ale i pospolitych przestępców. Przypomnimy dziś kilka takich historii.

W 1774 r. Lwów ze zgrozą poznawał szczegóły zbrodni, której dokonał Piotr Makowski ze Starej Soli koło Sambora. Człowiek ten miał dwie dorosłe córki. Starszą, Brygidę, wydał za mąż, natomiast z młodszą, Honoratą, żył sam w kazirodczym związku. Wkrótce jednak dziewczyna zaszła w ciążę. Wyznała to na spowiedzi księdzu, ten jednak odmówił jej rozgrzeszenia. Nie pozostawało nic innego, jak wrócić do „kochającego” ojca. Wówczas doszło do pierwszej zbrodni – od razu po narodzinach ojciec z córką pozbawili życia niechciane dziecko. Aby zatuszować prawdziwą naturę swoich więzi z Honoratą, Piotr Makowski postanowił wydać córkę za mąż. Prawdopodobnie w pośpiechu wybierał kandydata na zięcia, nie szukał więc daleko – Honorata została żoną swojego szwagra – brata męża siostry Brygidy, Pawła Diakowskiego.

Małżeństwo nie było jednak szczęśliwe. Córka wciąż skarżyła się ojcu na małżonka. Wówczas ten namówił córkę na kolejną zbrodnię – poradził jej, aby po prostu... otruła nielubianego męża. Honorata była jednak niewprawna w rzemiośle mordercy i próba otrucia dwukrotnie się nie powiodła. Wówczas ojciec, namówiwszy do pomocy sługę i jeszcze jednego mieszkańca wsi, udusili nieszczęśnika.

Sprawa wkrótce jednak wyszła na jaw, a mordercy zostali ujęci. Piotr Makowski, jako przywódca i pomysłodawca został skazany na najcięższą karę – śmierć przez darcie pasów, z uprzednim łamaniem kości. Jego córka Honorata, wówczas zaledwie 21-letnia, została potraktowana „łagodniej” – skazano ją na obcięcie rąk, a potem głowy. Ich wspólnicy także otrzymali karę śmierci. Poćwiartowane ciała morderców miały być wystawione na widok publiczny ku przestrodze innym, którym by podobne pomysły na rozwiązanie rodzinnych problemów przychodziły do głowy.

Jako, że sprawa była niecodzienna i miała ogromny rezonans w całej Galicji, karę wykonywano publicznie we Lwowie. Pierwsza pod miecz kata położyła głowę Honorata... potem jednak niepodziewanie coś poszło nie tak. Kat zupełnie nie mógł sobie dać rady z egzekucją jej ojca. Mimo, iż męczył skazanego na wszystkie sposoby, ten wciąż nie chciał wyzionąć ducha, a jeszcze znajdował w sobie dość sił, aby wydawać nieludzkie krzyki bólu. Siły utracił za to sam mistrz sprawiedliwości i zemdlał w czasie wykonywania obowiązków służbowych. Tłum mieszczan rozbiegł się zgorszony i przerażony tym widowiskiem... po niedługim czasie jednak pojawiły się w radzie miejskiej skargi na niewykwalifikowanego kata, który nie potrafi zabić skazanego. Groziła mu nawet utrata posady, ale jako że wcześniej służył miastu nienagannie przez długie lata, oszczędzono go.

Aby jednak zapobiec w przyszłości podobnym wypadkom, Lwów (już wówczas pod zaborem austriackim) postarał się w Wiedniu o pozwolenie na zatrudnienie w mieście... drugiego kata. Kosztował on niemało, bo jego pensja wynosiła 150% zwyczajowej pensji kata, a przyjechał aż z Pragi.

***
Inna gorsząca historia miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie w miasteczku Krupa (lub Krupińce) koło Łucka. W czasie odpustu w miejscowym kościele wśród modlących się był obecny Henryk Niemirycz. Był to młodzieniec miły, dowcipny i lubiany w towarzystwie, do tego wykształcony, oczytany i bogaty – po rodzicach odziedziczył majątek wart kilka milionów, przez rok codziennie wydawał obiady na sto osób, konkurując w tym z samym królem Poniatowskim. Był jednak przy tym wszystkim niezbyt pobożny. Uważano, że to wynik jego podróży do Francji, gdzie przesiąkł „zgnilizną oświecenia” i został ateuszem.

Po cóż więc zjawił się w kościele? Otóż po to, aby zakpić sobie z religii i swoich pobożnych znajomych. W tym samym celu towarzyszył mu na mszy przyjaciel, Kajetan Miączyński. Już po drodze żartowali sobie, że wyspowiadali się wzajemnie, więc mogą przystąpić do komunii. Być może nikt nie brał tego poważnie, ale Niemirycz rzeczywiście do komunii poszedł, co wywołało oburzenie wobec jego ogólnie znanego szyderczego stosunku do religii. Zepsuty młodzieniec nie poprzestał jednak na tym. Otrzymaną hostię wypluł natychmiast do modlitewnika siedzącej obok damy.

W kościele zapanowała zgroza na widok tak otwartego i bezczelnego świętokradztwa. Pewien szlachcic zdążył już nawet wyjąć szablę, aby natychmiast ukarać bluźniercę, ten jednak, ostrzeżony przez przyjaciela, zdążył uciec.

Sprawą zajął się sąd biskupi. Biskup łucki rzucił na Niemirycza klątwę, wymierzenie sprawiedliwości pozostawiając sądowi świeckiemu. Ten skazał młodzieńca na utratę czci i praw publicznych, obcięcie języka, darcie pasów i poćwiartowanie. Niemirycz widząc, że żarty się skończyły, salwował się ucieczką za granicę – najpierw do Galicji, później Francji, gdzie zaciągnął się do wojska.

Do kraju powrócił dopiero po trzydziestu latach. Podobno car Aleksander I darował mu karę. Pozbawiony majątku tułał się po krewnych, rozpił się. Do końca życia zachowując pogardę dla religii, na łożu śmierci prosił o księdza. Ten jednak nie zdążył przybyć, aby rozgrzeszyć konającego. Został pochowany w Tajkurach na Wołyniu pod nagrobkiem ze złamaną kolumną, symbolizującą ruinę, w którą przekształciło się jego życie po odejściu od Boga.

***
W poprzednich numerach opisywaliśmy niezwykłego oryginała tamtych czasów – Karola Radziwiłła. Radziwiłł żenił się dwa razy, ale żadne z tych małżeństw nie okazało się szczęśliwe. Drugą małżonką księcia była Teresa Rzewuska, córka hetmana wielkiego koronnego i poety, Wacława Rzewuskiego.

Kiedy małżonek jej był zmuszony do politycznej emigracji, Teresa Rzewuska pozostała w rodzinnym Białym Kamieniu koło Oleska i zabawiała się w najlepsze, otaczając się gronem wielbicieli. Kiedy pogłoski o jej trybie życia dotarły do Radziwiłła, ten wysłał do Białego Kamienia posłańca, niejakiego Czeszejkę, który miał uprzejmie poprosić księżną, aby na czas nieobecności męża zamieszkała w klasztorze, by nie szargać swojego i jego dobrego imienia. Miał ona także przywieźć od księżnej ogromnej wartości radziwiłłowskie perły, które książę postanowił spieniężyć wobec kłopotów finansowych.

Teresa Rzewuska przyjęła posłańca niezbyt grzecznie. Przekazanym przez niego prośbom nie tylko odmówiła, ale i poradziła nie wtykać palca między drzwi. Doszło także do sprzeczki o drogocenne perły, a kiedy znalazły się one w ręku Czeszejki, ten po prostu zabrał je jako własność swojego pana i natychmiast wyjechał z Białego Kamienia, spełniając przynajmniej połowę powierzonej sobie misji.

Teresa Rzewuska nie zamierzała jednak puścić mu tego płazem. Wysłała za nim pościg, a schwytanego oskarżyła o kradzież i wtrąciła do lochu zamkowego, gdzie miał oczekiwać na wymiar sprawiedliwości. Nie doczekał się jednak sprawiedliwego procesu. Mimo, iż był szlachcicem, osądził go sąd miejski, w dodatku przekupiony przez Rzewuską. Wyrok brzmiał: kara śmierci.

Wyrok wykonano wkrótce zachowując wszystkie pozory sprawiedliwości – skazańcowi przysłano księdza do ostatniej spowiedzi, który jednak był jedynie przebierańcem; podobnie wyroku nie wykonał kat, a udający go i szantażowany przez księżną miejscowy rzeźnik.

Wszystko to odbyło się na oczach narzeczonej Czeszejki, która była dwórką księżnej.

Rodzina zamordowanego nie zamierzała puścić sprawy płazem i szukała sprawiedliwości przed trybunałem szlacheckim, sprawa jednak nie została rozwiązana, gdyż jeszcze w trakcie jej trwania nastąpił rozbiór Polski i trybunały zlikwidowano. Kiedy próbowano szukać sprawiedliwości w Wiedniu, Rzewuska sama pojechała do nowej stolicy i leżała krzyżem w kościele do którego zwykła chadzać cesarzowa Maria Teresa, aby przy najbliższej okazji przekonała ją, że jest osobą niezwykle pobożną i nigdy nie dopuściłaby się podobnej zbrodni, a całą winą obarczyła sąd krzemieniecki, który skazał Czeszejkę.

Tym samym uniknęła kary, ale nie oszczędził jej los. Na starość straciła cały majątek i wielbicieli, aby przeżyć musiała żebrać w domach swoich dawnych poddanych – białokamienieckich mieszczan.

Wybitny poeta polski, Franciszek Karpiński, był przekonany, że to właśnie takie „niedawne kryminały” przekonały ostatecznie cesarzową austriacką o konieczności dokonania rozbioru Polski, jako kraju dotkniętego moralną zgnilizną.

***
Na koniec jeszcze mała dygresja o pewnym grzechu, z którego ostatecznie wyszło coś dobrego.

W 1769 r. w Gdańsku Maria Dealire, pochodząca z angielskiej rodziny arystokratycznej, spodziewała się potomka. Kiedy nastąpiło szczęśliwe rozwiązanie, okazało się, że... dziecko jest czarne. Nobliwa dama tłumaczyła, że musiało to być wynikiem nadmiernego picia kawy w czasie ciąży, otoczenie jednak wolało wiązać kolor skóry dziecka z czarnoskórym służącym, który tę kawę damie przynosił do łóżka.  

W wyniku skandalu wyrodna matka porzuciła nowonarodzone dziecko. Wówczas zaopiekował się nim, wychowując jak własnego syna i dając nazwisko, Konstanty Jabłonowski, wywodzący się ze znanej i zasłużonej rodziny kresowej. Dziecko, które otrzymało imię Władysław, wychowywało się we Francji, ale w tradycjach polskich. W efekcie młodzieniec brał udział w powstaniu kościuszkowskim, był generałem w Legionach Dąbrowskiego, był jednym z głównych członków Centralizacji Lwowskiej – jednej z pierwszych polskich tajnych organizacji niepodległościowych pod zaborami.

Później walczył u boku Napoleona, którego znał podobno jeszcze ze szkoły oficerskiej w Paryżu.

Jako oficer napoleoński Jabłonowski został wysłany na Haiti, gdzie, sam czarnoskóry, miał tłumić bunt murzyńskich niewolników. Zmarł tam na żółtą febrę, mając zaledwie 33 lata.

Ostatnie tygodnie jego życia wspomniał Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”: Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie, / Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie / Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju / Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju”.

Katarzyna Łoza
Tekst ukazał się w nr 16 (212) za 29 sierpnia – 15 września 2014

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.