Horacy Safrin i Stanisławów

-a A+

Satyryk, poeta, tłumacz, dyrektor teatru żydowskiego im. A. Goldfadena w Stanisławowie w latach międzywojennych. 120. rocznica urodzin (1899–1980).

Horacy Safrin urodził się 11 stycznia 1899 w Monasterzyskach pod Buczaczem jako syn Sebastiana Safrina, przemysłowca, publicysty, i Dory z domu Łukaszer. Początkowo uczył się w chederze, następnie w polskiej szkole ludowej w Stanisławowie. Już jako dziecko poza językiem polskim i żydowskim (jidysz) znał język hebrajski, niemiecki, francuski i ukraiński. W 1909/10 rozpoczął naukę w I Gimnazjum im. M. Romanowskiego w Stanisławowie. Później pisał o tych latach w swoich książce wspomnień:

„Dziś z perspektywy półwiecza mogę stwierdzić z całą pewnością: spełniwszy już w pewnej mierze „ojców” ambicje, przejąłem od papy skłonność do chaotycznej, nieskoordynowanej lektury. Zanim przestąpiłem progi Gimnazjum im. Romanowskiego – a zdałem egzamin wstępny summa cum laude — znałem już Irydiona, Księdza Marka i Konfederatów barskich, przeplatałem lekturę Króla Ducha z Grażyną i Przedświtem, zachwycałem się Melodiami biblijnymi Kornela Ujejskiego. A ojciec, mimo przestróg i lamentów matki, nie odrywał mnie od książek, przeciwnie – sam mi podsuwał wiersze Schillera i Heinego, ballady Chamissa i Uhlanda, Dzwon zatopiony i Hanusię Hauptmanna, Pieśni CH. H. Bialika i krwią przepojoną twórczość proletariacką Morisa Rozenfelda. Uprawiając taką czytelniczą partyzantkę, z dnia na dzień wzbogacałem zasób słów polskich, niemieckich, hebrajskich i żydowskich. Ponadto – również z inicjatywy ojcowskiej – uczyłem się nadobowiązkowo języka ukraińskiego, co ułatwiło mi w dużej mierze pierwsze i ostatnie spotkanie z wielkim poetą i wszechdziałaczem bratniego narodu – Iwanem Franką...”

W wieku 14 lat, w roku 1913 wydał w Stanisławowie pierwszy tom wierszy w języku polskim Poezje, do której przedmowę napisał słynny stanisławowianin, zamieszkały we Lwowie, poeta, dziennikarz i dramatopisarz Stanisław Rossowski, którego Horacy Safrin wspomina w swoich dygresjach:

„Stanisław Rossowski — wysoki, szczupły, o zapadłych policzkach i rzedniejącej, szpakowatej czuprynie — późniejszy Laureat Nagrody Literackiej Miasta Lwowa, patronował moim pierwszym próbom poetyckim. Zawdzięczam mu bardzo dużo. On to zmusił mnie do dbałości o zrozumiały język, o formę, piętnował odstępstwa do sylabotoniki. W długim dydaktycznym liście zwrócił mi uwagę na niedopuszczalność rymów częstochowskich i wszelkich wulgarnych zwrotów. A wreszcie, pragnąc mnie ustrzec od niewychowawczego statusu „cudowne dziecko”, napisał przedsłowie do mego pierwszego zbiorku”.

Podczas I wojny światowej przebywał wraz z rodziną w Wiedniu, gdzie kontynuował naukę w polskim gimnazjum; w 1917 zdał maturę. Utwory literackie publikował w pismach „Wiedeński Kurier Polski” oraz „Zdrój”. W 1918 został powołany do austriackiego wojska, ukończył szkołę oficerską w Morawskiej Ostrawie w stopniu chorążego i został wysłany na front włoski. Po zawieszeniu broni powrócił do Wiednia. Następnie studiował anglistykę na uniwersytecie w Wiedniu. W 1920 roku powrócił do Stanisławowa. W 1921 roku zaczął działać w Stanisławowie teatr żydowski jako Towarzystwo muzyczno-dramatyczne im. A. Goldfadena. Jednym z najgorliwszych jego uczestników stał się Horacy Safrin, mając za sobą studia w szkole dramatycznej Egona Brechera w Wiedniu, której zawdzięczał sprawność techniczną, mimikę i gestykulację, a zwłaszcza – swobodę ruchów. W „arkana żywego słowa” został Safrin wtajemniczony przez znanego niemieckiego aktora żydowskiego pochodzenia Ludwika Wüllnera w Wiedniu w czasie I wojny światowej. Z takim właśnie doświadczeniem i zamiłowaniem do teatru, z marzeniem o scenie teatru żydowskiego: „Przyrzekłem sobie, po zrzuceniu munduru wojskowego, wszystkie moje skąpe siły i umiejętności poświęcić teatrowi żydowskiemu”.

Później napisał: „Trafiłem do lokalu Towarzystwa muzyczno-dramatycznego im. A. Goldfadena – pozostałem tam przez niespełna dwadzieścia lat”.

Horacy Safrin, mieszkając w Stanisławowie, pisywał w języku jidysz rewie, programy oraz przekładał utwory dramatyczne. Pracował jako reporter w tygodniku żydowskim „Stanislawer Glok”, wiersze i prozę drukował w pismach polskich, m.in. „Ziemia Stanisławowska”, „Głos Stanisławowski”, „Chwila”, „Nowy Dziennik”, „Nasza Opinia” itd. W 1925–26 studiował jako wolny słuchacz polonistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W 1926 został członkiem Związku Literatów i Dziennikarzy Żydowskich. W 1934 był redaktorem odpowiedzialnym tygodnika „Echo”. Pod koniec lat trzydziestych Horacy Safrin objął kierownictwo artystyczne nad Towarzystwem Muzyczno–Dramatycznym im. A. Goldfadena (przemianowanego później na Studio Dramatyczne im. Goldfadena). Reżyserował tu przedstawienia i występował jako aktor. Wspominał, że w latach trzydziestych [XX wieku] dział dramatyczny „Goldfadena” zaczął się stopniowo „przeobrażać się w teatr objazdowy” i „nie ominęliśmy ani jednego miasta i miasteczka od Bugu po Zbrucz”.

Po wybuchu II wojny światowej we wrześniu 1939 roku, po zajęciu Stanisławowa przez władze sowieckie prowadził nadal Studio Dramatyczne im. A. Goldfadena (upaństwowionego w 1940 przez sowietów), a od lutego 1940 pracował jako kierownik Działu Teatralnego Obwodowego Domu Twórczości Ludowej w Stanisławowie. W czerwcu 1941 roku został ewakuowany w głąb ZSRR i pracował kolejno jako nauczyciel języków obcych w szkole na chutorze Kułyłga pod Stalingradem, jako kierownik artystyczny Okręgowego Domu Kultury w Osakarowce (Kazachstan), wykładowca literatury w Technikum Górniczym i konsultant teatralny w Wydziale Sztuki Obwodowego Komitetu Wykonawczego w Karagandzie (1944). Po wojnie wrócił do Polski i zamieszkał w Łodzi. Był redaktorem Żydowskiej Agencji Prasowej oraz kierownikiem działu literackiego miesięcznika organizacji Haszomer Hacair „Mosty” (1946–1949). Od 1946 należał do SDP. Publikował utwory satyryczne, recenzje teatralne, artykuły literackie, przekłady z języka jidysz, hebrajskiego, ukraińskiego i niemieckiego w wielu czasopismach. Brał udział w działalności Związku Literatów i Dziennikarzy Żydowskich; w 1949–1950 był sekretarzem Związku. W 1950 został członkiem Związku Literatów Polskich, w 1955–1960 należał do zarządu Oddziału Łódzkiego. W 1955 został członkiem PZPR. Od 1956 pełnił funkcję radcy do spraw artystycznych Wydziału Kultury Prezydium Rady Narodowej w Łodzi. Był też stałym współpracownikiem rozgłośni Polskiego Radia w Łodzi (głównie cyklicznej audycji „Estradka satyryczna”), kierował pracami zespołów amatorskich przy Klubie Ludowym Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów. Otrzymał trzykrotnie Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki (1958, 1960, 1964). Po przejściu w 1961 na emeryturę pracował społecznie w Komisji Kultury przy Komitecie Łódzkim PZPR oraz w oddziale Łódzkim Związku Literatów Polskich. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (1956), Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (1961), odznaką „Zasłużony Działacz Kultury”, odznaką Honorową m. Łodzi. Zmarł 22 lipca 1980 roku w Łodzi.

Zostawił obfitą spuściznę literacką, wśród której najbardziej znane są zbiory humoru żydowskiego „Przy szabasowych świecach”, który były wielokrotnie przedrukowane (1963, 1966, 1967,1976, 1986, 1988, 1989 itd.).

Stanisławowianom zostawił bardzo miłe i ciekawie spisane wspomnienia z lat dziecięcych, studenckich, z czasów swej działalności jako aktora i dyrektora teatru żydowskiego – Studium dramatycznego im. A. Goldfadena – Ucieszne i osobliwe historje mego życia: Wspomnienia z dwudziestolecia międzywojennego. Miasto Stanisławów, w którym spędził okres dzieciństwa i młodości, na zawsze pozostało dla niego symbolem tolerancji i wysokiego poziomu kultury trzech zamieszkujących go narodów – Polaków, Żydów, Ukraińców.

Pragnę przedstawić fragmenty wspomnień pisarza z okresu życia w Stanisławowie.

Horacy Safrin. Ucieszne i osobliwe historje mego życia: Wspomnienia z dwudziestolecia międzywojennego.
...Nie ukształtowały mnie bowiem ani lilipucie Monasterzyska, ani historyczny Buczacz, lecz najbliższe memu sercu miasto, zwane na starych mapach austriackich „Stanisławowem obok Tyśmienicy”, które w rekordowo krótkim czasie zrobiło błyskotliwą karierę, awansując kolejno do rangi ośrodka powiatu, okręgu, wreszcie — województwa.

A była jeszcze inna nazwa, określająca ten kompleks kilkupiętrowych kamienic, równolegle biegnących ulic, schludnie zamiatanych chodników, ze staroświeckim rynkiem, kolegiatą i resztkami murów obronnych, w głębi lesistej okolicy, objęty ramionami dwóch wartkich Bystrzyc. Mawiano o naszym mieście „perła Pokucia”. Wystarczało bowiem spędzić niecałe pół godziny w pociągu osobowym, zdążającym z naszej stacji do granicy węgierskiej, aby znaleźć się u podnóża Karpat, zaszyć się w zieleń świerków i zaczerpnąwszy pełną piersią żywicznego ozonu zapomnieć o bożym świecie.[...]

Last not least: miasto moje – począwszy od Wiosny Ludów – mogło się poszczycić bujnym rozkwitem czasopiśmiennictwa. Autor annałów, nie bez odcienia dumy, zanotował w latach osiemdziesiątych, że w Stanisławowie „rozchodziło się 827 egzemplarzy gazet rozmaitych”. Pozwalam sobie podać niektóre tytuły: „Dziennik Stanisławowski”, „Omnibus”, „Kurier Stanisławowski”, „Goniec”, „Postęp”, „Hasło”, „Gazeta Podkarpacka”, „Kronika”, „Głos Stanisławowski”, „Echo Pokucia”, „Mieszczanin”, „Światełko” [...]. Ze wszystkich wymienionych tu pism utrzymały się jedynie „Kurier” i „Głos Stanisławowski”, którego byłem najmłodszym współpracownikiem, no i... organ diecezji grecko-katolickiej, redagowany w języku ukraińskim „Wistnyk”.

[...] Piszę o prasie stanisławowskiej moich czasów. Ten bujny rozkwit nastąpił dopiero w połowie lat dwudziestych. Przed pierwszą wojną światową słowo drukowane reprezentowały w naszym mieście: rzecznik interesów mieszczaństwa „Kurier Stanisławowski”, organ „izraelickiej” inteligencji „Głos Stanisławowski” i jedyny tygodnik w języku żydowskim o dźwięcznej nazwie „Stanislauer Glocke” (Dzwon Stanisławowski), w którym debiutował utalentowany poeta i dziennikarz Szymon Szpund.

W charakterze reporterów tego pisma uczestniczyliśmy z Szymonem w wielu różnych wydarzeniach niesłychanie burzliwego u nas okresu schyłku wojny, lat rewolucji i początków państwa polskiego ... miasto nad Bystrzycami nie mogło uskarżać się na brak domorosłych talentów. Broń Boże! Poeci i publicyści mnożyli się jak grzyby po deszczu.

Toteż nie dziwcie się, że opisując uroki „Świtezi” stanisławowskiej, graniczącej z Krechowcami sławetnej „Sielanki”, poświęciłem miejscowym mistrzom pióra chwalebną wzmiankę w cotygodniowych „Strofach na czasie”:

Ktokolwiek będziesz w krechowieckiej stronie
na bryczce czy na furmance,
przed parkiem pomnij zatrzymać swe konie,
byś się przypatrzył „Selance”.

A jeśli nocną zawitasz tam dobą,
ciemność cię nagła ogarnie –
gwiazdy nad tobą i błoto pod tobą,
i dwie zobaczysz latarnie.

I staw zobaczysz rozlany szeroko,
w drzewa przybrany miluchnie,
czasem wygląda jako Morskie Oko,
częściej natomiast... cuchnie.

Tenże niemiły poczuwszy wszak odór
racz uprzytomnić sobie,
że tu tworzyli i Hernicz , i Stodor,
i ja – we własnej osobie.

Że miasto nasze jest w rymy bogate,
że nas ścigają na przemian,
jako bogini groźnych nieszczęść Ate,
i „Lolo”, to znowu Demian...

W „Strofach na czasie” znalazł także swój konterfekt rabin świątnicy postępowej „Templum”, Godel Bertisz, co miał oryginalny zwyczaj każde ze swoich kazań poprzedzać podniosłym wierszem... własnego układu. Znalazł ów konterfekt nie sam, lecz pospołu ze swym adwersariuszem, nauczycielem religii gimnazjum żydowskiego Markiem Aszem, który – dość kiepsko i nie wiadomo dla kogo – przełożył na język hebrajski monografię Sieroszewskiego o Józefie Piłsudskim, za co otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi.

Ponieważ wspomniany tłumacz przyjęty został w dość zagadkowych okolicznościach do związku Kombatantów, zaznaczyłem na wstępie:

Nie wiem, gdzie walczył, gdzie się odznaczył,
jedno wiem tylko, że przetłumaczył
Sieroszewskiego cud–monografię,
a takich rzeczy ja nie potrafię,
choć wierszokletom służę za model
I rymy składam jak rabin Godel.

Poetycką atmosferą naszego miasta zaraził się nawet dyrektor koncesjonalnej Szkoły Tańców, brzuchaty pan Feuer, który chyba nie wymyślił przypisywanej mu przez plotkę, niezbyt gramatycznej zwrotki:

Z prawym rękim
na panienkim,
z lewym nogim
na podłogim.

Sam jednak, jako „wolny słuchacz” jego dokształcających kursów, słyszałem z ust mistrza makaroniczny dwuwiersz:

Frajlajn, prosie, Frajlajn, bitte,
machen Sie zwej Schritte!

Z racji uprawianego zawodu i chyba talentu cenionym improwizatorem był śpiewak weselny Mojsze Mendel Kuker, zwany pospolicie „marszelikiem”. Te jego ex tempore wygłaszane wierszyki nie zawsze miały wydźwięk humorystyczny, ba, czasem zawierały ziarenka gorzkiej prawdy.

Doszła do mych uszu taka prawie fraszka, którą „marszelik” sklecił na poczekaniu podczas uroczystości weselnych w Haliczu, gdzie krezus miejscowy, a zarazem notoryczny skąpiec wydawał za mąż najmłodszą latorośl. Kukier, któremu wręczono śmiesznie niskie honorarium, wgramoliwszy się na stół, zacytował werset z Trenów Jeremiasza:

„Słychać głos na pustyni, to Rachela płacze”:
Niech się spalą wszyscy haliccy bogacze!

– Co to za żart?! – spytał gniewnym basem pan domu.

– Ja wcale nie żartuję – odrzekł spokojnie śpiewak weselny...

Byli wśród tej plejady zawodów i „hobbystów” pióra również pisarze z prawdziwego zdarzenia.

Wszystkich ich zaćmił sławą – rzecz można, po obu stronach Oceanu – znakomity liryk Ber Horowic, który w prześliczne, urzekające swą prostotą wiersze potrafił zakląć niepowtarzalny urok Huculszczyzny. Jego tomik „O moim domostwie w górach” miał w sobie siłę rwącego potoku, który ożywił zamulone różnorakimi „izmami” koryto młodej poezji żydowskiej.

Ceniłem też ogromnie jego zebrane w niewielkiej książeczce „Przedziwne opowieści”, osnute w głównej mierze na legendach chasydzkich. Ber rozczytywał się w krążących wśród ludu broszurkach o wiekopomnych czynach niezwykłych duszpasterzy – i wyławiał z nich głębsze, humanistyczne treści.

Oto w streszczeniu jedna z tych apokryficznych historii:

Pewnego roku, pod koniec Sądnego Dnia, rabbi Bal-Szem zawołał: „Niechaj Ołeksa natychmiast zaprzęga konie!” Uczniów wielkiego cadyka i cudotwórcy obleciał strach. Bo i jakże? Mistrz ich, acz żyjący z Panem Bogiem na dobrej stopie, śmie naruszyć świętość najszacowniejszego ze wszystkich szabasów!

Rabbi, wyruszając w drogę, zabrał ze sobą jedynie swego ulubionego ucznia, Nachmana z Kosowa. Powóz zatrzymał się w małej wiosce przed chatą samotnego Żyda – wdowca. Bał-Szem, przekroczywszy próg izdebki, spytał:

– Powiedz mi, bracie, jak modliłeś się dzisiejszego dnia?

– Ciężko zgrzeszyłem, rabbi! – jął kajać się zagadnięty biedak. – Nie zdążyłem na czas do miasta, a nie mam w domu modlitewnika... Wzniosłem tedy oczy ku niebu i wyszeptałem: „Adonaj, Stwórco Świata! Mało uczyłem się za młodu i znam li tylko alfabet... Alef, bet, gimel, daled... Nazwę zatem wszystkie litery, a Ty, Panie Zastępów, sam sobie z nich ułóż modlitwę”.

Cadyk złożył pocałunek na czole zmartwionego Żyda:

– Nie smuć się, mój bracie! Niebiosa już od dawien dawna nie usłyszały tak żarliwej modlitwy!...

Natomiast w życiu codziennym ten wielce utalentowany poeta (Ber Horowic – O.C.) należał do „zjadaczy chleba” w prawie dosłownym tego słowa znaczeniu. Wysoki, otyły, z dużą głową, o bujnej czuprynie, niebieskich roześmianych oczach i zmysłowych wargach – uchodził w naszym mieście za... nienasyconego żarłoka. Jego wrodzona wesołość i apetyt nie znały granic. W latach trzydziestych zamilkł, ograniczając się do sporadycznej współpracy z gazetami i... do rysunków. Ciekawe były te jego szkice piórem, tyle, że rzadko udawało nam się uchwycić podobieństwo do portretowanych osób.

Zapamiętałem dowcipne słowa wiceprezydenta miasta, który na widok swego domniemanego konterfektu wyraził się:

– Doskonała robota! Gdyby nie Złoty Krzyż Zasługi, to sam bym siebie nie poznał!...[...]

Po śmierci ojca przenieśliśmy się z matką, do małego domku z ogrodem warzywnym i sadem, położonym na peryferiach miasta. Na przestrzeni dwóch dziesiątków lat – z krótkimi przerwami na wyjazdy do uzdrowisk i wojaże zagraniczne – nie rozstawaliśmy się prawie nigdy.

Nie było mi jednak sądzone zamknąć jej powiek i odprowadzić na miejsce wiecznego spoczynku. Matka zginęła w getcie, w dzielnicy biedoty żydowskiej.

O świcie, podczas pierwszej akcji wysiedleńczej, dwóch gestapowców załomotało kolbami do drzwi matczynej izby. Otworzyła im mała dziewczynka, Witka, wnuczka naszego dozorcy.

– Juden raus!!!

Leżąca w łóżku siedemdziesięcioletnia staruszka odpowiedziała czystym dialektem wiedeńskim, że jest obłożnie chora i nie może nawet unieść głowy z poduszki. Gestapowcy spojrzeli po sobie, po czym jeden z nich odbezpieczył pistolet i strzelił w pierś matki.

Witka, obecnie nauczycielka w Gliwicach, nie mogła mi podać ani dnia śmierci, ani miesiąca, ani nawet pory roku...

Olga Ciwkacz
Tekst ukazał się w nr 11 (327) 15-27 czerwca 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.