O wołyńskich strzelcach w rocznicę zbrodni katyńskiej. Część 10

-a A+

Z wołyńskiej kolekcji Tadeusza Marcinkowskiego

Jan Marcinkowski jako dobry organizator, ale i człowiek wesoły, pogodny i towarzyski odbierał słowa uznania ze strony przełożonych oraz dowody sympatii podkomendnych. W „Skarbach pamięci” jego syn Tadeusz Marcinkowski wspomina:

„Miłym przeżyciem, zapamiętanym przeze mnie z okresu dzieciństwa, były imieniny ojca. W tym dniu już o szóstej rano przychodziła pod nasz dom orkiestra strzelecka i grała specjalnie dla solenizanta „Sto lat”, ulubioną „Pierwszą Brygadę” lub „Hej, strzelcy wraz...”, wzbudzając sensację na całej Zamkowej. Ojciec wychodził do muzyków i częstował ich kieliszkiem wina lub wódki, a mama podawała zakąskę i ciasto. [...] Często w niedzielę wypływaliśmy też z ojcem parostatkiem na organizowane przez Związek Strzelecki wycieczki Styrem do Boratyna, Targowicy lub Rożyszcz. Towarzyszyła nam w tych rejsach ta sama strzelecka orkiestra. Gdy wchodziliśmy na pokład, grała zawsze ojcu ulubioną „Pierwszą Brygadę”. Imponowały mi te wyrazy szacunku okazywane ojcu i byłem z niego bardzo dumny”.

Dziadek był przysłowiową duszą towarzystwa, był lubiany i szanowany w pracy, w organizacjach, w których działał, i na ulicy Zamkowej, gdzie mieszkał. Wydawało się, że nie miał wrogów. Okres II wojny światowej szybko zweryfikował tę teorię.

Zdjęcie z rodzinnego archiwum Małgorzaty Ziemskiej

We wrześniu 1939 roku Jan Marcinkowski nie został zmobilizowany. Wykonywał jakieś prace, o których nic nie mówił rodzinie, a po wkroczeniu sowietów niespodziewanie wyjechał do Warszawy. Dla wołyniaków rozpoczął się trudny czas okupacji sowieckiej, czas szczególnie trudny przede wszystkim dla członków polskich organizacji paramilitarnych i kombatanckich, w tym Związku Strzeleckiego, uznanego przez NKWD za „organizację kontrrewolucyjno-faszystowską”. Niemal natychmiast aresztowano prezesa Okręgu Wołyńskiego Związku Strzeleckiego senatora Antoniego Staniewicza. W połowie października 1939 roku grupa operacyjno-czekistowska nr 3, dowodzona przez starszego lejtnanta bezpieczeństwa państwowego P. Krutowa, aresztowała w Łucku mecenasa Józefa Kurmanowicza, komendanta łuckiego Związku Strzeleckiego, oraz Władysława Leję, uwięziono również wiele innych związanych ze „Strzelcem” osób. Sowieci posiadali zatem dobre rozeznanie w miejscowych strukturach Związku. Aresztowania nie wydawały się przypadkowe.

I tu zaczyna się najbardziej zagadkowy wątek opowieści o wojennych losach łuckich strzelców. Niespodziewanie, wbrew ostrzeżeniom rodziny, mimo aresztowań wśród kolejnych członków Zarządu Związku Strzeleckiego, pod koniec listopada 1939 roku na Wołyń powrócił z Warszawy Jan Marcinkowski. Początkowo zatrzymał się u sióstr w Równem. Tu z kimś się spotykał, coś załatwiał. Siostry wielokrotnie przestrzegały go przed pojawieniem się w Łucku. Był tam zbyt dobrze znany. Tymczasem komendant Oddziału Łuck-Zamek wbrew ostrzeżeniom zjawił się w stolicy Wołynia 9 grudnia 1939 roku. Po przywitaniu się z najbliższymi, podobnie jak w Równem, gdzieś chodził, coś załatwiał, ale nikt z rodziny nie potrafił wyjaśnić, czym się tego dnia zajmował. Niemal natychmiast po przyjeździe do Łucka, w nocy z 9 na 10 grudnia 1939 roku, został aresztowany przez NKWD. Jego syn Tadeusz Marcinkowski tak opisuje ten moment:

„Do mieszkania weszli enkawudziści w obecności świadków, którymi byli sąsiedzi. Kazali ojcu wstać i ubrać się. Rozpoczęli rewizję, przeszukując wszystkie szafy, komody, łóżka, kanapę, zaglądali pod piec, a w pokojach, gdzie nie palono, do pieców. Tu znaleziono odznaczenia i legitymacje ojca oraz jakieś dokumenty schowane przez ojca lub mamę. Zabrano również dwa albumy naszych zdjęć i liczne zdjęcia luzem. W trakcie rewizji leżałem cały czas w łóżeczku. Nie otwierałem z przerażenia oczu. Udawałem, że śpię. Po sporządzeniu przez enkawudzistę protokołu rewizji (do dzisiaj przechowała się kopia protokołu, zostawiona przez enkawudzistów mamie) kazano ojcu ubrać płaszcz. Gdy go zabierano, poprosił, by pozwolono mu pożegnać się ze mną. Podszedł do mego łóżeczka, pochylił się nade mną i pocałował mnie w czoło. Byłem tak przeraźliwie przestraszony, że i wtedy nie odważyłem się otworzyć oczu, by pożegnać się z ojcem. Dalej udawałem, że śpię i dopiero gdy go wyprowadzali z kuchni, odważyłem się otworzyć oczy i popatrzeć na niego. Widziałem go wtedy po raz ostatni”.

Wielka akcja, przeprowadzona przez NKWD z 9 na 10 grudnia 1939 roku, była skierowana przede wszystkim przeciw „kadrze oficerskiej byłej armii polskiej” i stanowiła efekt specjalnego raportu Iwana Sierowa, ludowego komisarza Spraw Wewnętrznych Ukraińskiej SRS, w którym alarmował Moskwę, że polscy oficerowie gromadzą się na nielegalnych zebraniach, planując ucieczki do Rumunii, na Węgry, Litwę oraz do Francji, jakoby w celu formowania tam „polskich legionów” do zbrojnej napaści na Związek Sowiecki. Na skutek grudniowej akcji NKWD w obwodzie łuckim uwięziono 151 osób, w tym 35 oficerów rezerwy. Wśród aresztowanych było: 26 kapitanów, 2 majorów, 32 poruczników, 91 podporuczników.

Tablica epitafijna Jana Marcinkowskiego, sekretarza Sądu Okręgowego w Łucku i komendanta Oddziału Związku Strzeleckiego Łuck-Zamek, aresztowanego w Łucku przez NKWD w grudniu 1939 r. Polski Cmentarz Wojenny w Kijowie- Bykowni, 21 września 2012 r. Zdjęcie z rodzinnego archiwum Małgorzaty Ziemskiej z domu Marcinkowskiej

Jan Marcinkowski został osadzony w więzieniu w Łucku. Byli tu przetrzymywani aresztowani członkowie łuckiego „Strzelca”. O warunkach w łuckim więzieniu oraz o metodach przesłuchań przez NKWD w wydanej w Chicago książce „Syberyjskie wizje. Pieśń rogu obfitości” przejmująco opowiada Ryszard Łysakowski, wówczas, w marcu 1940 roku, szesnastoletni konspirator, aresztowany pod pretekstem wyniesienia czcionek na potrzeby drukarni konspiracyjnej z łuckiej drukarni kurii biskupiej. Zapamiętał naprawdę wiele! Grube mury dawnego klasztoru Brygidek i łoskot zamykania więziennej bramy, oddzielającej aresztowanego od całego świata. „ Byłem prowadzony jak największy w świecie zbrodniarz” – opowiada. – „Moja psychika była tak silnie napięta jak struna w dobrze dostrojonych skrzypcach, której tylko delikatne dotknięcie wydałoby silny dźwięk”. Wędrówka zimnymi, wilgotnymi korytarzami. Zdawanie rzeczy osobistych, które miały nigdy nie wrócić do właściciela. Obcinanie włosów do gołej skóry, a właściwie do krwi, z rowkami i bruzdami, po którym inteligent szybko zyskiwał wizerunek obszarpańca. Wędrówka zimnymi, wilgotnymi korytarzami. Popychanie twarzą do ściany, gdy przechodzą inni więźniowie. Mała, mroczna cela, a w niej około 20 aresztowanych. „Cała podłoga była zajęta śpiącymi, wynędzniałymi i wystraszonymi – cóż może jeszcze się wydarzyć? – młodymi mężczyznami...” – pisze autor. Noclegi na wilgotnej, zimnej podłodze, po których boli dosłownie wszystko. Strach. Głód. Pierwsze przesłuchanie po dwóch tygodniach „zmiękczania” aresztowanego. Krzyki i groźby. Mnóstwo pytań o rodzinę, kolegów, Kościół, organizację. Bezładne odpowiedzi, byle nie zdradzić nikogo! A później całonocne przesłuchania, w czasie których śledczy zmieniają się co cztery godziny. Niekiedy przesłuchania trwające dwie doby – z przerwą na odbijanie ciała od kości za pomocą tzw. deski. Ból nie do zniesienia. Poddani tej metodzie „po powrocie z przesłuchania z nikim nie rozmawiali, leżeli osamotnieni całymi godzinami, w depresyjnym nastroju, na ogół nieświadomi zupełnie tego, co działo się dookoła nich”. Później karcer po wręby wypełniony ludzkim łajnem. Konfrontacja ze świadkiem i ten przejmujący strach przed jego – nie swoim bólem. Ponad czterdziestogodzinne połączone z biciem, przesłuchanie z udziałem kilku zespołów, składających się z dwóch, trzech śledczych. Siedzenie w trakcie przesłuchań na wąskiej nóżce odwróconego stolika, która pod ciężarem bezwładnego ciała działa niczym pal. Znów bicie i kopanie. Polewanie zimną wodą. Znów karcer. Głód. Pusty pokój. Stanie 20–30 godzin bez jedzenia i picia w jaskrawym świetle żarówki w otoczeniu śledczych, wciąż zadających pytania i żądających błyskawicznych odpowiedzi. Znajomy głos zza uchylonych drzwi – wystarczy się tylko przyznać, by wrócić do kochanych, bliskich osób i dawnego życia. Pusty pokój. Ściana z plamami krwi i śladami kul. Dźwięk odbezpieczanego rewolweru i znów ponaglanie, by przyznać się do winy...

Więzienie znajdowało się około 500 m od rodzinnego domu Marcinkowskich przy ulicy Zamkowej. Najbliżsi usiłowali dowiedzieć się czegoś o losie aresztowanego. Dobrze, że nie znali metod prowadzenia śledztwa. Za grubymi murami dawnego klasztoru Brygidek cierpiał katusze ten, którego tak mocno kochali i z którego działalności dla Polski byli tak dumni. Co tydzień odprawiali ten sam rytuał miłości i nadziei – chodzili pod więzienie, próbując przekazać aresztowanemu coś do jedzenia i czystą bieliznę. Jednak rzadko kiedy strażnik przyjmował przygotowane rzeczy. Pod koniec kwietnia 1940 roku funkcjonariusz więzienny nie chciał odebrać paczki, informując, że Jan Marcinkowski nie przebywa już w łuckim więzieniu i prawdopodobnie został przeniesiony do innego. To była ostatnia wiadomość o komendancie Oddziału Związku Strzeleckiego Łuck-Zamek.

Tablica epitafijna Jana Marcinkowskiego na grobie rodziny Marcinkowskich na Cmentarzu Komunalnym w Zielonej Górze. Zdjęcie z rodzinnego archiwum Małgorzaty Ziemskiej

Wszystkie starania o uzyskanie informacji o losie więźnia, podejmowane przez rodzinę w czasie wojny i po niej, nie przyniosły żadnych rezultatów. Ta „obezwładniająca niewiedza” stała się udziałem wielu strzeleckich rodzin – aż do 1994 roku, czyli do przekazania przez władze Ukrainy prokuratorowi Stefanowi Śnieżce tzw. wykazów Cwietuchina. Na jednej z list śmierci znajdowało się nazwisko mojego dziadka Jana Marcinkowskiego (lista 43/3 poz. 4). Były tu też nazwiska innych wołyńskich strzelców, między innymi mec. Józefa Kurmanowicza (lista 57/1 poz. 63 ), Władysława Lei (lista 57/1 poz. 92), Edwarda Herbe (lista 43/3 poz. 9), Stanisława Łukomskiego (lista 66/1 po. 48), Waleriana Wyszyńskiego, komendanta Powiatu Zdołbunów (lista 66/1 poz. 27), Feliksa Urbanowicza, inżyniera mechanika z Państwowych Kamieniołomów Bazaltu w Janowej Dolinie, komendanta miejscowego oddziału strzeleckiego i twórcy sportowej potęgi Janowej Doliny (lista 41/3 poz. 234). Senator Antoni Staniewicz, Prezes Okręgu Wołyń Związku Strzeleckiego, zginął nieco później, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, w czasie ewakuacji kijowskiego więzienia do Tomska.

Publikacje, poświęcone „ukraińskiej liście katyńskiej”, uzupełniły kolejną lukę, dotyczącą losów łuckich strzelców. Transport skierowano do Kijowa. Opis kijowskich kazamatów KGB zachował się we wspomnieniach lwowskiej poetki Beaty Obertyńskiej. „To kolos, ta kijowska tiurma. Podwórza, dziedzińce, korytarze, mury, bramy, sklepione sienie i znowu dziedzińce, korytarze, podwórza” – pisała w wydanej w Rzymie w 1946 roku książce „W domu niewoli”. Po przyjeździe polski transport cały dzień trzymano pod więziennym murem. W nocy, wywołanych z nazwiska, zmęczonych, zziębniętych ludzi pędzono przez długie, ciemne korytarze. Nie sposób było się zorientować, gdzie kto jest. Po dwudziestu wpychano więźniów do wilgotnych, ciemnych cel, których betonową posadzkę pokrywały ludzkie odchody. Tłok był tak wielki, że trzeba było stać na jeden nodze. Głód. Ci, wyciągani pojedynczo z cel, już nie wracali. Stosowano wobec nich szczególnie upokarzające dla polskich oficerów procedury. W zalanym krwią pomieszczeniu skazanego siłą zmuszano do uklęknięcia. Następnie przytrzymywano mocno i przyginano głowę do dołu, by oprawca wygodnie mógł trafić w potylicę. Egzekucje odbywały się nocą... człowiek za człowiekiem... Tak wyglądały ostatnie chwile życia wołyńskich strzelców. Ich zwłoki przewożono ciężarówkami do podkijowskiej Bykowni, by pogrzebać je w bezimiennych dołach śmierci.

W bieżącym roku przypada 80. rocznica śmierci mojego dziadka Jana Marcinkowskiego, komendanta powiatowego i członka Zarządu Związku Strzeleckiego Powiatu Łuck, a tajemnica jego powrotu z Warszawy na Wołyń pozostaje niewyjaśniona. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dziadek wrócił po pewną śmierć. Tyle razy w Łucku prowadził swój oddział ulicą Jagiellońską, pracował w Sądzie Okręgowym, działał w wielu łuckich stowarzyszeniach. Był osobą znaną i rozpoznawaną. Dlaczego zatem, mimo wiedzy o aresztowaniach przeprowadzonych przez NKWD, zdecydował się na takie szaleństwo?! Nigdy nie zapytałam krewnych, czy dziadek przyjechał z Warszawy sam. Może wówczas wyruszyła na Wołyń grupa osób. Kim byli? Dlaczego podjęli to ryzyko?! Dlaczego dziadek narażał się tak bardzo?! Przecież mógł zostać w Warszawie, gdzie mieszkali jego krewni. Również moja babcia Olimpia Marcinkowska nie była w Łucku sama. Mieszkała wraz z mamą i siostrą. W Łucku znajdowała się też rodzina jej brata i siostra męża z najbliższymi, a dwie kolejne siostry męża mieszkały w Równem. Z kim dziadek spotykał się w Równem i w Łucku? Jak w logiczny sposób wyjaśnić motywy jego powrotu na Wołyń? Czy data przyjazdu dziadka do Łucka oraz jego aresztowania z 9 na 10 grudnia i data wielkiej akcji przeprowadzonej przez NKWD z 9 na 10 grudnia 1939 roku, podczas której aresztowano wielu polskich działaczy, to zaskakujący i niefortunny zbieg okoliczności? A może w tym powrocie na Wołyń – prócz tęsknoty za rodziną – był jeszcze inny cel?!

Po tylu latach, na skutek wojennych i powojennych zawirowań politycznych, celowego ukrywania i niszczenia dokumentów, naprawdę niełatwo wyjaśnić tajemnicę powrotu dziadka na Kresy oraz sprawę jego błyskawicznego aresztowania po przyjeździe do Łucka. Pozostaje pamięć tych, którzy niegdyś opuścili Wołyń, pozostaje wiedza naukowców, znawców tematu w kraju i poza jego granicami, z którą wiążę spore nadzieje, w tym dysponujących szczególnie bogatym materiałem źródłowym badaczy ukraińskich. Czy w osiemdziesiątą rocznicę śmierci mojego dziadka Jana Marcinkowskiego, pracownika Sądu Okręgowego w Łucku i komendanta Powiatu Łuck Związku Strzeleckiego, poznam wreszcie tajemnicę jego zagadkowego powrotu na Wołyń, powrotu, który po prostu nie mógł zakończyć się szczęśliwie, powrotu po pewną śmierć...

Małgorzata Ziemska
Tekst ukazał się w nr 19 (359), 16–29 października 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.