Austriacka załoga Stanisławowa. Część 2

-a A+

Ciąg dalszy opowieści o jednostkach wojskowych, rozlokowanych w naszym mieście w przededniu pierwszej wojny światowej. Dziś odwiedzimy koszary kawalerii i rozejrzymy się po jednostkach zaplecza.

Smoki z ul. Wojskowej
W 1898 roku w Stanisławowie ukończono wielką budowę. Według danych krajoznawcy Mychajły Hołowatego, za sumę pół miliona złotych reńskich wojskowe ministerstwo wybudowało przy nowo wytoczonej ulicy Wojskowej (ob. Gwardii Narodowej) 20 bloków dla trzech eskadronów kawalerii i sztabu. Pośród tych budowli swoimi rozmiarami wyróżniała się kryta ujeżdżalnia – miejsce doskonalenia umiejętności jazdy konnej.

Od 1912 roku w tym miasteczku wojskowym gospodarzył CK Bohemski pułk dragonów „Książe von Lothringen” nr 7. Była to jedna z najstarszych jednostek armii austriackiej, której historia sięga roku 1663. Pułk nosił imię księcia Lotaryńskiego Franciszka III Stefana, który w XVIII wieku został małżonkiem następczymi tronu monarchii Marii Teresy i tym samym położył podwaliny pod dynastię Habsbursko-Lotaryńską.

Kim byli dragoni? Były to oddziały kawalerii, która w armii Austro-Węgier składała się z huzarów, ułanów i właśnie dragonów. Są dwie wersje pochodzenia tej nazwy. W XVI wieku francuski marszałek Brissac uformował nową jednostkę, wsadzając piechotę na konie i nadał jej sztandary z wizerunkiem smoka. To z powodu skrzydlatych potworów nowy rodzaj wojsk otrzymał swoją nazwę. Według innej wersji, nazwa „dragonii pochodzi od nazwy krótkiego muszkietu – dragona, w które uzbrojono kawalerzystów. Pierwotnie oddziały dragonów wykorzystywano jako kawalerię i jako piechotę, ale z czasem całkowicie przesiedli się na konie.

W odróżnieniu od piechoty oddziały kawalerii tworzono w różnych okręgach mobilizacyjnych – tzw. „bicyrkach”. Wypływało to z wyższych niż w przypadku piechoty wymagań wobec rekrutów. Pułk nr 7 tworzony był w Bohemii i 50% jego składu stanowili Czesi, resztę – Niemcy.

Dragoni w Stanisławowie dyslokowali się nie w pełnym składzie. W mieście stał sztab, 1 dywizjon, dowództwo mobilizacji i uzupełnień. 2 dywizjon (prawie połowa składu osobowego) stał w Kołomyi. Dowodził dragonami pułkownik Stanisław Krouski.

Dragoni nie byli jednak pełnymi właścicielami wojskowego miasteczka. Ich „sąsiadem” było dowództwo mobilizacji i uzupełnień pułku Ułanów „Hrabia Auersperg”, którego główną siedzibą były Czerniowce. Ułani uzbrojeni byli między innymi w lance i w 80% składali się z Polaków.

Koszary miały względne szczęście – część z nich się zachowała. W okresie międzywojennym stacjonował tu pułk ułanów, a po II wojnie światowej zabudowania przejęła szkoła milicji.

W sąsiedniej dwupiętrowej kamienicy zasiadali generałowie (pocztówka z kolekcji Ołeha Hreczanyka)

Szczury sztabowe
Stanisławowscy dragoni i czerniowieccy ułani wchodzili do składu 13 Brygady kawalerii, którą dowodził pułkownik Otto Brendt. Sztab tej jednostki stacjonował w naszym mieście.

Z kolei 13 Brygada podporządkowywała się 8 Dywizji kawalerii, której dowództwo również znajdowało się w Stanisławowie. Jeśli innymi zgrupowaniami dowodzili pułkownicy, to dywizją dowodził feldmarszałek-lejtnant Edler von Lemann. Dziś odpowiada to stanowisku generał lejtnanta, któremu podlega nie dywizja, lecz cały korpus.

Początkowo sztaby mieściły się na terenie pułku kawalerii, ale „aromat” końskiego nawozu i stałe rżenie koni nie pozwalały oficerom na spokojną pracę. Dlatego w 1906 roku wybudowano dla kancelarii wojskowych dwie kamienice przy ul. Sobieskiego (ob. Strzelców Siczowych 25 i 27 a). W pierwszej z nich mieści się obecnie redakcja gazety „Hałyczyna”.

Oprócz sztabów kawalerii w mieście stacjonowało również dowództwo garnizonu, które nazywano „komendą placu”. Był również oddział mobilizacji i uzupełnień, noszący nazwę „dowództwo landszturmu nr 20”. Mężczyźni w wieku od 19 do 42 lat (dawniej oficerowie do 60 roku życia), którzy byli zdolni nosić broń, figurowali tu w ewidencji. W czasie wojny wszystkich powołano do wojska i utworzono z nich pułki landszturmu (dosłownie – oddziały narodowe). „Na czołgi”, rzecz jasna, rezerwistów nie rzucano, wykorzystywani byli do akcji na zapleczu i w służbie garnizonowej. Ale podczas wojny różnie bywało.

Gmach sądu wojskowego (pocztówka z kolekcji Ołeha Hreczanyka)

Kiedy któryś z wojskowych podpadł, odsyłano go do aresztu. Gdy występek był poważny, nieszczęśnikowi groził sąd wojskowy. Z tego względu w 1905 roku ul. Wojskowa uzupełniona została dwiema kamienicami – sądem garnizonowym (Garnisonsgericht) i aresztem wojskowym. Pierwszą kamienicę niedawno rozebrano, szykując miejsce pod nowy gmach, w innej mieści się dziś wydział prawa Lwowskiego Uniwersytetu MSW.

Porządku w mieście i stanisławowskim garnizonie pilnowało 6 okręgowe dowództwo żandarmerii. Dostać się tam na służbę nie było łatwo – kandydaci mieli przejść służbę wojskową. Podczas patrolowania ulic i wykonywania innych funkcji służbowych żandarmi nosili nad łokciem na lewym ramieniu szeroką żółto-czarną opaskę z napisem „Feldgendarmerie”.

Tak na przełomie XIX-XX wieków w południowej okolicy miasta powstało wielkie osiedle wojskowe, na którym mniej-więcej pokojowo współistniała piechota, kawaleria i artyleria. Orientacyjny skład garnizonu stanem na 1914 rok stanowiło około 9 tys. żołnierzy.

W celu ich wyżywienia istniał w Stanisławowie wielki magazyn aprowizacyjny. Stał na skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Bandery i Niezależności, w miejscu dzisiejszego bloku Biur Technicznej Informacji (CNTI). Interesujące, że magazyny wykorzystywali potem i Polacy, i sowieci, aż do przeniesienia tych poza miasto po roku 1960.

Szpital garnizonowy mieścił się w dawnym pałacu Potockich (pocztówka z kolekcji Ołeha Hreczanyka)

Ludzie w białych fartuchach
Opowieść o austriackiej załodze Stanisławowa nie byłaby pełna, gdybym nie wspomniał o szpitalu garnizonowym. Stał w jednej z najstarszych dzielnic miasta i jego historia sięga początku XIX wieku. Po bankructwie Prota Potockiego, ostatniego właściciela Stanisławowa, miasto przeszło do skarbu państwa. W byłym magnackim pałacu Austriacy umieścili wojskowy szpital, którego niemiecka nazwa brzmiała nieco zabawnie – Truppenspital.

Takie instytucje medyczne istniały w miejscowościach, gdzie garnizony liczyły ponad 500 osób. Włoski historyk wojskowości Ciro Offelli pisze, że przy szpitalach istniały kursy sanitariów noszowych (Blessiertentraeger) i kursy bandażowych (Bandagentraeger). Z wybuchem I wojny światowej pełne ręce roboty mieli jedni i drudzy.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 18 (358), 29 września – 15 października 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.