Turcy na froncie wschodnim I wojny światowej

-a A+

Działania bojowe zazwyczaj znaczą swój przebieg cmentarzami wojennymi. Niewielu znany jest fakt istnienia w Galicji cmentarzy wojsk tureckich. Tak, tak – wojsk tureckich walczących wspólnie w koalicji niemiecko-austro-węgierskiej i broniących Europy przed barbarzyńcami ze wschodu…

Skąd Turcy w Galicji?
Gdy w styczniu 1916 r. ostatni aliancki żołnierz został ewakuowany z Półwyspu Gallipoli i tamtejszy front uległ likwidacji, tureckie ministerstwo wojny uznało, że sytuacja militarna Imperium jest na tyle dobra, że można pozwolić sobie na udzielenie wojskowej pomocy sojusznikom w Europie.

Odpowiednią ofertę skierowano do niemieckiego Sztabu Generalnego, a ten wyraził chęć przyjęcia wsparcia. Turcja przygotowała więc złożony z dwóch dywizji piechoty (19. i 20.) korpus, liczący niespełna 33 tys. żołnierzy. Korpus ten walczył wcześniej bohatersko na wspomnianym Półwyspie Gallipoli, broniąc go przed desantem państw Ententy. Teraz tureccy żołnierze (zwani potocznie Mehmetami) mieli trafić do... Galicji i bronić jej przed nacierającą armią rosyjską.

19 Dywizja Armii Imperium Osmańskiego, której pierwszym jej dowódcą był Mustafa Kemal Atatürk, współtwórca i pierwszy premier Republiki Tureckiej, została sformowana w czasie od sierpnia do października 1914 roku w Tekirdağ w Tracji. W 1915 roku dowodzona przez Mustafę Kemala wzięła udział w bitwie o Gallipoli. Wchodziła wtedy w skład III Korpusu 5 Armii. W bitwie tej poniosła znaczne straty, po jej zakończeniu została przeformowana, uzupełniona i przydzielona do XV korpusu. W sierpniu 1916 roku wraz z 20 dywizją została skierowana na front galicyjski, gdzie wzięła udział w ciężkich walkach z Rosjanami w czasie ofensywy Brusiłowa (1916) oraz ofensywy Kiereńskiego (1917). Ponieważ specyfika walki na froncie europejskim była diametralnie odmienna od sposobu walki o Gallipoli (większa manewrowość, większe użycie artylerii, używanie przez Rosjan gazów bojowych etc.), Turcy ponosili początkowo znaczne straty. Pewnego czasu wymagało też wypracowanie właściwej współpracy między oddziałami tureckimi a niemieckimi i austriackimi. Po zmianach dowodzących wyższego szczebla (sztab korpusu, sztaby dywizji) Turcy odnosili znaczne sukcesy na froncie i dawali dowody męstwa. Po ustaniu walk na froncie galicyjskim 19 dywizja wróciła do Turcji w lipcu 1917 roku.

W jakich bojach przelewali krew żołnierze tureccy
Gen. Brusiłow zgromadził 4 armie (40 dywizji piechoty, wspartych 15 dywizjami kawalerii). Miały one stawić czoła 39 dywizjom austro-węgierskiej piechoty i 10 kawalerii, okopanym na potrójnej linii obrony. W dodatku w odwodzie Austriacy mogli liczyć na pomoc jednostek niemieckich. Rosyjski generał chciał przeprowadzić niespodziewany atak na odcinku długości prawie 500 km.

4 czerwca 1916 po krótkim przygotowaniu artyleryjskim Rosjanie uderzyli na austro-węgierską linię obrony. Trzy armie rosyjskie całkowicie przełamały front i parły dalej.

8 czerwca siły rosyjskie zdobyły z marszu Łuck. Armia Austro-Węgier przeszła do odwrotu na linii całego frontu, zostawiając 200 000 jeńców. Jednak niezdecydowanie rosyjskich sztabowców dało Niemcom upragniony czas, by ściągnąć posiłki i przejść do obrony. Szef niemieckiego sztabu generalnego generał Erich von Falkenhayn wpłynął na swojego austriackiego odpowiednika, feldmarszałka Franza Conrada von Hötzendorfa, który postanowił ściągnąć jednostki austro-węgierskie z frontu włoskiego, by wesprzeć obronę Galicji.

24 lipca Alexander von Linsingen zaatakował Rosjan na Wołyniu, na południe od Kowla. Brusiłow kontynuował swoją ofensywę i 20 września osiągnął łuk Karpat. Jednak zgromadzenie w jednym punkcie zbyt wielkiej liczby jednostek rosyjskich i pozbawienie ich zaopatrzenia w trudnym terenie górskim spowodowało, że ofensywa straciła impet. Liczebność Rosjan stała się dla nich teraz przekleństwem. W dodatku Austriacy i Niemcy zagrozili teraz lewej flance Brusiłowa, wyprowadzając uderzenie na Rumunię.

Po roku względnego spokoju na froncie Wschodnim pod silną presją Aliantów Kiereński i Rząd Tymczasowy zgodzili się na rozpoczęcie nowej dużej ofensywy, mimo że armia rosyjska szybko się rozpadała. Korzystając z najbardziej oddanych jednostek, jakimi dysponował, generał Brusiłow zaplanował atak w dwóch kluczowych punktach, chociaż miało być również kilka drobnych powiązanych operacji. Główny atak został skierowany przeciwko Austro-Niemieckiej Armii Południowej (generał von Bothmer) pod Brody 1 lipca 1917 r. Jedenasta i siódma armia rosyjska (31 dywizji) zrobiła dobry postęp pierwszego dnia, zbliżając się do Lwowa na 40 mil.

Jednak niskie morale Rosji i wsparcie niemieckich rezerw sprawiły, że ofensywa wkrótce się zatrzymała. Po lewej stronie armii południowej austriacka siódma armia była w stanie powstrzymać wroga. Dalej na południu sytuacja początkowo była korzystniejsza dla Rosjan. Ósma Armia (Korniłow) posunęła się od Stanisława w ataku, który zaskoczył broniącą się Trzecią Armię Austriacką. Generał Korniłow przesunął się o ponad 60 mil do przodu i wkrótce zobaczył pola naftowe Drohobycza. Ponownie niskie morale Rosji i obecność silnych niemieckich rezerw ostatecznie zatrzymały postęp.

Dzięki posiłkom szybko przeniesionym z frontu zachodniego Niemcy skoncentrowali się na zachód od Brodów i 19 lipca rozpoczęli kontratak. Po masowym siedmiogodzinnym bombardowaniu artylerii nastąpił atak piechoty, która przedarła się przez rosyjskie linie, a następnie skręciła na południowy wschód, posuwając się 10 mil pierwszego dnia. Przerwali front z niewielkim oporem, gdyż tysiące zmęczonych wojną rosyjskich żołnierzy rzuciły broń i uciekły z pola bitwy.

Rozpoczęły się dwutygodniowe odwroty, w których utracono wszystkie korzyści ofensywy Kiereńskiego, a mocarstwa centralne przesunęły się poza linię początkową wroga. Ostatnia akcja miała miejsce w Rumunii, kiedy 22 lipca Rosjanie i Rumuni zaatakowali między Foscani a Karpatami na 60-milowym froncie. Osiągnęli początkowy sukces, ale 6 sierpnia kontratak niemieckiego feldmarszałka, dowódcy wojsk niemieckich i austro-węgierskich Augusta von Mackensena odepchnął wroga. Nie miał on jednak wystarczającej liczby żołnierzy, aby osiągnąć decydujące zwycięstwo. Gdy wojna okopowa powróciła na tę część frontu, ostatnia ofensywa rosyjska pierwszej wojny światowej zakończyła się niechlubnie.

Wspomnienia z walk w dalekiej dla Turków Galicji, zatytułowane „Gdzież ta Galicja, Panie dowódco?”, ukazały się w 1928 roku. Ich autor, Mehmet Şevki Yazman, był młodym oficerem w stopniu porucznika, dowódcą plutonu w 20. dywizji. Razem ze swoją jednostką odbył całą kampanię galicyjską. Jego praca zdobyła w Turcji popularność i doczekała się kilku wydań (m.in. w 1940, 1953 i 2007 r.). Ostatnie z nich ukazało się całkiem niedawno – w 2011 r.

W Polsce o wspomnieniach Yazmana nikt nie wiedział, aż do momentu, gdy w Turcji natknął się na nie dr Piotr Nykiel z Katedry Turkologii UJ. Badacz uznał, że materiał jest na tyle ciekawy, że warto go udostępnić polskim czytelnikom. Przetłumaczył więc tekst, opracował naukowo, wzbogacił fotografiami i w setną rocznicę przybycia Turków do Galicji, książka ukazała się w Krakowie nakładem wydawnictwa Wingert.

O czym to wspomina porucznik Yazman?
Turecki korpus został skierowany do Wschodniej Galicji, na odcinek frontu ciągnący się wzdłuż rzeki Złota Lipa. Osmanie obsadzili go w sierpniu 1916 r. i przystąpili do obrony przed ponawiającymi się zaciekłymi atakami Rosjan. Armia carska była bowiem w trakcie przeprowadzanej z rozmachem ofensywy nazywanej ofensywą Brusiłowa (od autora jej planu, gen. Aleksieja Brusiłowa). W założeniu miała ona doprowadzić do przełamania frontu w Galicji, a Rosjanie nie szczędzili sił i środków, by przedrzeć się przez pozycje niemieckie, austriackie i teraz też tureckie.

Okazało się jednak, że Turcy to zaprawieni w bojach żołnierze z doświadczeniem ciężkich walk na Gallipoli i wytrwale broniący swojego odcinka frontu, nierzadko zacieklej niż sąsiadujący z nimi Niemcy i Austriacy. Wynikało to z doświadczeń wyniesionych z półwyspu, gdzie pierwsza linia obrony była często i ostatnią. Dlatego Turcy nie byli przyzwyczajeni do wycofywania się i walczyli do upadłego. Takie podejście dowództwa tureckiego korpusu, a zwłaszcza jego pierwszego dowódcy płk. Yakupa Şevkiego (Subaşı), który nie dostosował taktyki do warunków frontu wschodniego i nie bardzo chciał słuchać rozkazów niemieckiego dowództwa armii, doprowadziło do bardzo dużych strat wśród żołnierzy, podoficerów i oficerów. W ciągu całego pobytu w Galicji (od sierpnia 1916 do października 1917 r.) XV Korpus stracił aż 18 tys. żołnierzy (w tym 12 tys. zabitych).

Przyjeżdżając na nowe odległe od ich domu tereny Turcy przeżyli pewnego rodzaju szok kulturowy. Sporo miejsca w swoich wspomnieniach por. Yazman poświęca szokującemu dla Turków zetknięciu się z odmienną kulturą i obyczajowością mieszkańców Galicji. Ogromna większość tureckich żołnierzy pochodziła z prowincji i nie była wcześniej nigdzie poza Turcją. W dodatku miała wpojoną tradycyjną muzułmańską obyczajowość. Tymczasem w Galicji przyszło im np. mieszkać w chatach razem z kobietami.

Ciekawe jest jednak to, że relacje Turków z miejscową, przeważnie polską ludnością układały się jak najlepiej. Yazman opisuje, że Mehmety szybko znalazły wspólny język z mieszkańcami wsi, w których przyszło im kwaterować. Szybko też nawiązano relacje damsko-męskie o charakterze intymnym, zdarzyło się nawet jedno turecko-polskie małżeństwo. Przybycie Turków na front wywołało sensację wśród Galicjan. Szybko przypomniano sobie jedną z przepowiedni Wernyhory. Głosiła ona, że Polska zmartwychwstanie, gdy „Turek konia napoi w Wiśle” (inna, starsza wersja brzmiała: „Gdy mahometanin napoi konia w Horyniu”). Oddziały tureckie rzeczywiście walczyły niedaleko Horynia, a w drodze na front przejeżdżały m.in. przez Kraków, gdzie zatrzymywały się na kilka godzin, żołnierze jedli posiłek, a konie były pojone wodą z Wisły.

W jakimś stopniu można powiedzieć, że przepowiednia się spełniła – w czternaście miesięcy po opuszczeniu Galicji przez ostatni turecki oddział Polska odzyskała niepodległość.

Inna ciekawa obserwacja zanotowana nie tylko przez Yazmana, ale i przez tureckich korespondentów wojennych, to częsty na wsiach strach przed Turkami, wywodzący się z doświadczeń wojen z Osmanami, jakie przetoczyły się przez te tereny w XVII w. Po stu latach Turcy nadal kojarzyli się mieszkańcom Wschodniej Galicji i Podola z wojną, rabunkiem i uprowadzaniem ludzi w jasyr. Stąd początkowa obawa wielu galicyjskich włościan przed przyjmowaniem u siebie Turków. Jak jednak wynika z lektury książki Yazmana, strach ten szybko był przełamywany.

Szczególną osobliwością było towarzyszenie oddziałom tureckim… krakowskiego fotografika Kazimierza Kuzyka.

Fot. Kazimierz Kuzyk, 1916-1917

Turcy nie wysłali do Galicji własnego fotografa, który dokumentowałby pobyt osmańskiego wojska. Korzystali natomiast z miejscowych fotografów. We wrześniu 1916 r. został nim krakowianin, który został oddelegowany do 19. Dywizji tureckiej i towarzyszył jej z aparatem do maja 1917 r. Do dzisiaj zachowało się 48 zdjęć jego autorstwa, odnalezionych w 2014 r. w Muzeum w Chrzanowie. Mają ogromną wartość historyczną, emocjonalną i są jednym z niewielu dokumentów z tych dawnych wydarzeń. Proponujemy oryginalne zdjęcia Kuzyka jako ilustracje wydarzeń na naszych terenach.

My, swoją drogą, proponujemy Szanownym Czytelnikom kilka zdjęć z cmentarzy żołnierzy tureckich, które są w okolicach Rohatyna i Brzeżan, a jest ich na tych terenach około 50. Tam walczyły oddziały Armii Tureckiej, okupując swoją ofiarą przyszłą niepodległość Polski.

z archiwum Mariana Baranowskiego

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 12 (352), 29 czerwca – 16 lipca 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.