Plagi

-a A+

Do naszego miasta przyszła plaga i miasto zadrżało ze strachu. Początkowo starało się z nią walczyć, jednak wszelkie wysiłki okazały się daremne.

Jako pierwsi uciekli lekarze. A właściwie ta ich niewielka część, którzy mieli szczęście nie zarazić się od swych pacjentów. Za nimi poszli studenci. Potem zaczęła się masowa ucieczka mieszkańców z miasta. Jednak znalezienie jakiegoś schronienia poza nim okazało się trudne – okoliczne wioski zajęły pozycje szczelnej obrony i nieproszonych gości spotykano strzałami. Najśmielszymi okazali się kapłani, którzy spowiadali umierających i starali się w miarę możliwości złagodzić cierpienie chorym.

Ich odwadze można pozazdrościć, ponieważ w mieście działo się coś okropnego. Trupy leżały na ulicach pod gołym niebem i nie miał ich kto grzebać. Nie mówię już o śmietnikach, które przemieniły się na olbrzymie zwaliska wszelkich nieczystości, które wiatr rozwiewał na wszystkie strony. Służby komunalne nie działały. I nie tylko one. Gospodarka miejska i przemysł zostały sparaliżowane. Sklepy, których nie zdążono rozgrabić, stały zamknięte ze szczelnie opuszczonymi żaluzjami. Po rynku wałęsały się jedynie bezpańskie psy, a na ratuszu rządziły wrony, które wolno zajmowały kolejne pomieszczenia, wlatując przez okna z wybitymi szybami. W grudniu na ulicach pojawiły się wilki, ale nikogo to już nie dziwiło.

Pojedynczy przechodnie, niczym widma, szybko przebiegali pustymi ulicami, zawijając twarze w byle jakie szmaty. Większość siedziała w domach, zabarykadowawszy drzwi, cierpiąc głód i chłód. Ale podstępna zaraza i wśród nich znajdowała swe ofiary. Wobec śmierci wszyscy byli równi – zarówno najbiedniejsi, jak i najbogatsi mieszkańcy miasta pomiędzy dwiema Bystrzycami.

Działały jedynie świątynie, nabożeństwa odprawiano prawie przez całą dobę, a treść wszystkich modlitw była taka sama: „Boże, uratuj nas!!!”. Jednak z każdym dniem wiernych było coraz mniej… mniej… mniej…

No i co – przestraszyliście się Państwo? Ale nie warto wpadać w panikę. Ta apokaliptyczna wizja nie przedstawia rozwoju koronawirusa w Iwano-Frankiwsku. Jest to opis epidemii dżumy, która dotknęła nasze miasto w XVIII wieku.

Ofiary epidemii. Rycina z XVIII wieku (z archiwum autora)

Dżuma I
Dżuma (czarna śmierć, mór, zaraza morowa) – bardzo groźna choroba, gorsza nawet niż AIDS. Liczba przypadków wyzdrowienia sięga jedynie 5% ogólnej liczby chorych. Przekazywana jest drogą powietrzną. Symptomami są: gorączka (do 40ºC), zwiększenie węzłów chłonnych, ostre zapalenie płuc. Chory umiera w ciągu kilku dni.

Po raz pierwszy „czarny gość” zawitał do Stanisławowa w 1730 roku. Przywlekli ją Ormianie z dalekiej Turcji, którą sprawiedliwie uważano za siedlisko zarazy. Dokładna liczba ofiar nie jest znana, wystarczy powiedzieć, że na grzebanie ofiar musiano otworzyć na przedmieściu Tyśmienickim nowy cmentarz. Dokładna jego lokalizacja nie jest znana, ale przypuszcza się, że było to koło kościoła św. Józefa (przypuszczalnie tam, gdzie obecnie Ukreksimbank na Deptaku).

Gdy epidemia nareszcie się skończyła, miasto odetchnęło z ulgą i wystawiło w podzięce pomnik. Stał on w okolicy dzisiejszego hotelu „Nadija” i przedstawiał postać Chrystusa z kulą ziemska w ręku i napisem po łacinie: „Zbawicielu świata, ratuj nas”.

Dżuma II
Następnym razem (czyli w roku 1770) dżumę przywlekli do miasta Moskale. Toczyła się akurat wojna rosyjsko-turecka, w czasie której Stanisławów był bazą wojsk carskich. W swych plecakach żołnierze przywieźli tureckie trofea, skażone zarazkami dżumy.

Tym razem sprawa okazała się o wiele poważniejsza. Największa liczba ofiar była w dzielnicach biedoty, co zmusiło żebraków uciekać w okoliczne lasy. Tam, w wykopanych ziemiankach, wielu z nich zmarło z głodu, chłodu i zarazy. Zamożni kupcy ormiańscy starali się wspomóc biedaków. Ryzykując własnym życiem, rozdawali darmo jedzenie. Przy tym wielu z nich zaraziło się i zmarło.

Zaraza szalała nie tylko w Stanisławowie, dotarła nawet do Moskwy. Generał-gubernator tego miasta nakazał rozklejać plakaty z informacją, jak zachować się w tej sytuacji, aby się nie zarazić. Oto ich treść:

„Ciało często zimną wodą z octem obmywać. W pokojach ocet na rozpalone cegły polewać, okurzać pokoje często jałowcem, kadzidłem, nie wychodzić z pustym żołądkiem na powietrze. Chodząc po ulicach, trzymać w ustach jakieś zioła: imbir, korzeń dziurawca, lub inny, aby wydzielała się obficie ślina, którą należy spluwać. Często wąchać ocet balsamiczny lub ocet „czterech rozbójników” i zmywać nim ciało pod pachami i w pachwinie. Nosić na ciele woreczek z kadzidłem i kamforą…”.

Najprawdopodobniej w Stanisławowie było podobnie. Wreszcie, czy to kamfora pomogła, czy mrozy zabiły zarazki choroby, dość że dżuma odstąpiła. Zabrała 1332 osoby. Dla porównania w 1792 roku ludność Stanisławowa liczyła 5,5 tys. osób. Czyli umierał co piąty. Zwycięstwo nad zarazą uczczono kolejną figurą. Tym razem na przedmieściu Łysieckim (w okolicy dzisiejszej ul. Mazepy) jezuici wznieśli na pamiątkę kolumnę.

Cholera
Cholerę zwą jeszcze „chorobą brudnych rąk”. Jest to infekcja żołądkowa, wywołująca nieustanną biegunkę. W wyniku odwodnienia organizmu śmierć następuje w kilka godzin. Rozwój choroby jest na tyle błyskawiczny, że chory czasem nie zdążył dotrzeć do szpitala. A jeżeli nawet mu się to udało, czekał na niego specjalny materac z otworem po środku, pod który podstawiano nocnik. Jedynym ratunkiem było picie dużych ilości wody. Praktykowano też leczenie dietą – jabłkami i serem.

Epidemia azjatyckiej cholery nakryła Stanisławów w 1831 roku. Trudno dociec, kto ją przywlókł do miasta: kupców ormiańskich już tu nie było, a Moskale zajęci byli tłumieniem polskiego powstania. Może będzie to powiedziane dosadnie, ale wówczas z powodu cholernej biegunki zmarło kilka tysięcy mieszkańców. Wspomnieniem tych groźnych dni stał się cmentarz choleryczny w okolicy dzisiejszego wiaduktu kolejowego na ul. Niezależności.

Hiszpanka
Hiszpanka, zwana też hemoroidalną grypą lub „dżumą płucną”, to faktycznie ostra grypa, powodująca komplikacje płucne. W przypadku zakażenia twarz chorego sinieje, pojawia się krwisty kaszel, wkrótce płuca napełniają się krwią i chory po prostu się nią zachłystuje.

Do Stanisławowa ta choroba dotarła koleją. Jesienią 1918 roku rozpadło się Imperium Austro-Węgierskie. Liczne pociągi z Czechami, Węgrami, Polakami i innymi wracały do domu ze Wschodniej Ukrainy. Ścisk, chłód, wielka koncentracja mas ludzi, brak podstawowych warunków sanitarnych i środków higienicznych stały się idealnym siedliskiem rozwoju epidemii.

Gdy na stacji Stanisławów otwarto wagony, znaleziono w nich wiele martwych ciał. Jeszcze żyjących skierowano do szpitala, który i tak był już pełen rannych żołnierzy ukraińskich (ZURL walczyła wówczas z Polakami). Niebawem epidemia objęła wszystkie lazarety, skąd przerzuciła się na miasto. W warunkach braku medykamentów i braku odporności śmiertelność była wprost porażająca. Według skromnych szacunków liczba ofiar epidemii sięgnęła trzech tysięcy. Epidemia wygasła dopiero na wiosnę 1919 roku. Na starym cmentarzu pozostały groby Strzelców Siczowych, których wielu zmarło właśnie na hiszpankę.

Groby Strzelców Siczowych na stanisławowskim cmentarzu (z kolekcji Wasyla Iwanoczki)

Podsumowując powyższe, można wysnuć logiczny wniosek. Miasto, które przetrwało epidemie dżumy, cholery i hiszpanki, bez szczególnych trudności pokona również COVID-19.

A więc bądźcie zdrowi i nie kaszlajcie!

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 9-10 (349-350), 29 maja – 15 czerwca 2020

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.