Katastrofa na Krakowskiej

-a A+

W 1922 roku Lwów przedstawiał się jako miasto biedne, z zaniedbaną gospodarką miejską, nękane, jak i cały kraj, inflacją, ostro przeżywające konsekwencje działań wojennych I wojny światowej, okupacji rosyjskiej, wojny polsko-ukraińskiej i obrony przed bolszewikami w sierpniu 1920 roku.

Stabilność życia miejskiego naruszały strajki bezrobotnych, działania grup nacjonalistów ukraińskich, podziemia komunistycznego, agentów i szpiegów bolszewickich.

W mieście czasowo zamieszkało dość dużo uchodźców, emigrantów rosyjskich i ze wschodniej Ukrainy, biedoty żydowskiej, uciekinierów z małych miasteczek dotkniętych wojną. Dla wszystkich brakowało mieszkań, nowe budownictwo od roku 1914 stało w punkcie martwym. To samo można powiedzieć o remontach starych domów. Właściciele (w większości Żydzi) nie mieli na to pieniędzy, zaś mieszkańcy nieregularnie płacili czynsz, wielu miało ogromne zadłużenia.

W tych okolicznościach nikogo nie dziwiły dziury na ulicach, nieremontowane zaniedbane kamienice, brak kanalizacji na przedmieściach, obszarpane fasady również zabytkowych budowli historycznych, na przykład Pałacu Lubomirskich w Rynku pod liczbą 10, lub XVII-wiecznej Kaplicy Boimów.

Symbolem tego zaniedbania stało się zawalenie trzypiętrowej kamienicy przy ulicy Krakowskiej 8-10, na lwowskim śródmieściu. Ta przerażająca katastrofa wstrząsnęła całym miastem i na długo pozostała w pamięci kilku pokoleń lwowian.

Tragiczny wypadek miał miejsce 1 czerwca 1922 roku o godzinie 22.45 wieczorem, kiedy większość lokatorów znajdowała się już w swoich mieszkaniach. Tego strasznego wieczoru jak gdyby sprawdziła się przepowiednia niejakiej kobiety, która w 1858 roku podczas groźnego pożaru w tymże miejscu w sklepie Jana Zeha, wynalazcy lampy naftowej, powiedziała, że to będą nie ostatnie tragiczne ofiary przy tej ulicy. Wówczas w strasznych mękach zginęły żona Zeha Dorota i jej siostra Hermina Obłoczyńska. Ludzie mówili, że władze i straż pożarna działały z opóźnieniem i niezbyt fachowo i „jakoby inspektor pompierów (strażaków) przeszkodzić miał ocaleniu pewnych osób zagrożonych podczas pożaru”. Bilans ofiar przy zawaleniu starej kamienicy 1 czerwca 1922 roku był naprawdę straszliwy. Zginęło 21 osób, zaś spod gruzów wydobyto 38 rannych i pokaleczonych, część w bardzo ciężkim stanie.

Lwowski „Wiek Nowy” dokładnie opisał przebieg i skutki katastrofy, podkreślił, że kamienica na rogu ulic Krakowskiej i Ormiańskiej rozsypała się w ciągu kilku minut w jedną olbrzymią kupę gruzu i drewna. Wszystko wydarzyło się pięknego letniego wieczoru, kiedy „nad miastem rozpostarła skrzydła cudowna pogoda, a ciche niebo było obsiane gwiazdami”. Na ulicach w centrum miasta było bardziej rojno i gwarno niż zazwyczaj. I oto w jednej chwili ulica została zawalona rumowiskiem, zaś w powietrzu „unosiły się nieprzebyte, duszące chmury dymu i kurzu, z których chwilami wydzierał się obłąkany, nieludzki krzyk kobiecy”. Jak się później okazało, właśnie kobiety i dzieci stanowiły większość ofiar.

Kamienica była własnością Ignacego Schönwettera i techniczny stan murów już od dawna budził obawę. Skargi mieszkańców jednak nie miały żadnego odzewu u właściciela, jak też u władz miejskich, zaś odpowiedni departament magistratu nie prowadził obowiązkowej kontroli stanu nie tylko tej, ale i wielu innych starych kamienic w mieście. Inny problem polegał na tym, że w kamienicy przy Krakowskiej 8-10 było zameldowanych 78 osób, a tak naprawdę mieszkało tam ponad 200. Były to w większości wielodzietne, biedne rodziny żydowskie, które często nie spłacały czynszu.

Sam moment katastrofy policja opisała w następny sposób: „kilka minut przed godziną dziesiątą przejechało wąską w tym miejscu ulicą wysoko obładowane ciężarowe auto, które wstrząsnęło mury domów. W dwie lub trzy minuty później runął dom pod numerem 8 zasypując ulicę, a razem, jak opowiadają świadkowie, dwoje młodych ludzi przechodzących ulicą”.

„Słowo Polskie” pisało, że widok katastrofy był okropny. Dom, mający kilkanaście okien od frontu, runął cały aż do poziomu ulicy. Pozostały tylko dwa skrzydła, opierające się o sąsiednie kamienice. Część dachu od ulicy Ormiańskiej wisiała w powietrzu i mogła runąć w każdej chwili. Na miejscu domu zostało ogromne rumowisko z cegieł, belek, śmieci i innych gruzów. Całkiem zawalone było skrzyżowanie ulic Krakowskiej i Ormiańskiej.

Na pierwszą wieść o katastrofie na miejsce wypadku przybył oddział policji z komisarzem Oleksiukiem na czele i straż pożarna z komendantem Cećkiewiczem, która znajdowała się niedaleko – na placu Strzeleckim. Pracując „z całym poświęceniem” rozpoczęli strażacy rozbiórkę gruzów, również na linach i przy pomocy drabin ewakuowali mieszkańców z ocalałych części budynków. Spod gruzów wyciągnięto ciała zabitych i pierwszych jedenaścioro rannych. Znaczna część z nich otrzymała ciężkie kontuzje lub okaleczenia. Niektórzy ze strażaków działali zbyt ryzykownie i z ogromną determinacją. W rezultacie o godzinie piątej rano zawaliła się dalsza część budynku (zwisający okap dachu i wiązania dachowe) przygniatając kilku strażaków i żołnierzy z oddziału technicznego saperów, którzy przybyli z pomocą i specjalnym sprzętem aż z Przemyśla. Na miejsce katastrofy przybyły również kompanie techniczne 19 i 40 pułków piechoty stacjonujące we Lwowie.

Na miejscu katastrofy znajdowali się również prezydent miasta Neumann, dyrektor policji Reinbender. Przybyło pogotowie straży ratunkowej i przedstawiciele departamentu budownictwa magistratu. Przy usunięciu gruzów znaleziono kamień węgielny kamienicy z datą jej budownictwa – 1640 rok, zaś na jednej z belek trzeciego piętra była wyryta data AD 1722. Przedstawiciel magistratu wyjaśnił prasie, że kamienica według dokumentów archiwalnych liczyła 282 lat i była zbudowana jako dom parterowy, ale z czasem właściciele postanowili ją dobudować i w 1722 powstało I piętro, po roku II piętro, po upływie zaś dalszego roku dodano III piętro. Nikt oczywiście nie udzielał na to pozwolenia i nie badał fundamentów. Wszystkie dobudowy prowadzono tylko na odpowiedzialność właściciela. Przed katastrofą w 1922 roku groźnych objawów złego technicznego stanu kamienicy nie brakowało, ale ani właściciel Ignacy N. Schönwetter, ani departament budownictwa magistratu nie użyli żadnych środków bezpieczeństwa i nie zajmowali się remontem zagrożonej kamienicy. Od szeregu dni zarysował się mur kamieniczny, a w szczelinę w murze, według świadków, „można było laskę włożyć” i ona powiększała się z dnia na dzień. Z sufitów na głowy mieszkańców sypał się tynk. Właściciel co prawda wezwał komisję urzędu budowlanego, ale po zbadaniu murów i piwnic inżynierowie z magistratu „nie zrobili żadnej opozycji”. Ponadto trzech architektów oglądało po kolei kamienicę i każdy podejmował się jej rekonstrukcji bez demontażu. Z jednym I. Schönwetter nawet spisał umowę o rekonstrukcję kamienicy bez wysiedlenia lokatorów. Właśnie dzięki temu I. Schönwettera, który został tymczasowo zatrzymany w areszcie, wypuszczono po kilku dniach.

Wyznaczono też komisję miejskiego biura budowlanego dla ustalenia okoliczności i powodów katastrofy kamienicy przy ul. Krakowskiej 8 i zbadania stanu wszystkich innych starych kamienic w śródmieściu. Równocześnie powołano komisję dla ustalenia osób i urzędów odpowiedzialnych za katastrofę i ustalenia odszkodowania lokatorom i sklepom, które znajdowały się na parterze. Kierownikiem komisji wyznaczono sędziego Witoszyńskiego, członkami prokuratora Sywulaka i rzeczoznawców architektów, profesorów Politechniki Lwowskiej Władysława Derdackiego i Stanisława Chołoniewskiego. Komisja miejskiego biura budowlanego doszła do wniosków, że budowa kamienicy była „ohydnie partacką”. Na przykład graniczny mur był w parterze cieńszy, zaś na piętrze grubszy. Jak z taką „anomalią architektoniczną” kamienica mogła stać paręset lat, współcześni inżynierowie objaśnić nie mogli. Trawersy trzymające ciężar wyższych pięter były wpuszczone w mur na głębokość połowy cegły, a miałyby na głębokość dwóch lub trzech. Niestety, zapytać o to budowniczych z roku 1640, a nawet z 1722 już nie było możliwe, jednak ktoś musiał za to ponieść odpowiedzialność!

Komisja stwierdziła również, że „cały szereg domów we Lwowie znajduje się w stanie opłakanym, na co dopiero teraz baczniejszą zwraca się uwagę”. W stanie awaryjnym były między innymi kamienica przy ul. Łazarza 2, która od dłuższego czasu nie miała porządnego dachu, również kamienice przy ul. Żółkiewskiej 95, Marcina 126, Kopernika 17, Janowskiej 20 i nawet przy centralnej ulicy Legionów 41. W sumie komisja wytypowała we Lwowie aż 93 domy, które „powinny ulec całkowitemu lub częściowemu zdemolowaniu”. Z tego 20 domów wpisano do natychmiastowej rozbiórki.

Ale w warunkach kryzysu gospodarczego, braku funduszy na remont i rekonstrukcję właściciele i biuro budowlane mało co mogli zdziałać. Postanowiono rozebrać, przylegające do zawalonej, kamienice pod numerem 4 i 12 przy ulicy Krakowskiej oraz przy Ormiańskiej 12. Ale na szerszą skalę na obszarze starego miasta prace nie ruszyły i wynikiem tego były kolejne katastrofy budowlane, może nie takie groźne, bo bez ofiar śmiertelnych. Tak w 1924 roku zawaliła się jedna z ubikacji gmachu dawnego Teatru Skarbka. Kolejna komisja uznała, że cały ten ogromny zabytkowy gmach „wskutek długiego zaniedbania w ostatnich czasach” chyli się bardzo niebezpiecznie ku ruinie. 3 stycznia 1925 roku rozebrano grożącą zawaleniem oficynę kamienicy przy Kochanowskiego 10. „Słowo Polskie” z tego powodu pisało, że „to dopiero pierwsza jaskółka, to awizo dalszych podobnych utrapień mieszkańców Lwowa. Takich kamienic porysowanych i grożących zawaleniem jest u nas dosyć”. Następna alarmowa informacja pochodzi z 28 marca 1927 roku. Otóż „o godzinie 4.40 przy ul. Owocowej 12 zawaliła się część trzypiętrowej kamienicy, wywołując popłoch w sąsiednich budynkach, z których mieszkańcy uciekli na ulicę”. Według departamentu budowlanego magistratu tylko w dzielnicy żydowskiej znajdowało się 160 domów zagrożonych ruiną.

Tragiczne losy mieszkańców kamienicy przy Krakowskiej 8-10 opisywały wszystkie lwowskie czasopisma. Na przykład Chaim Ozjasz Dinner, lat 61, i jego żona Mechla (Mina) Dinner, lat 52, widząc, że dom zaczyna się walić, zdążyli wybiec na ulicę, ale przypomnieli sobie, że w mieszkaniu zostawili pieniądze. Wbiegli z powrotem na drugie piętro i w tym momencie zostali zawaleni cegłami i belkami. W gruzach znaleźli śmierć. Pieniądze odgrzebali później strażacy wraz ze zwłokami Dinnerów. Było tam dokładnie 860.000 marek i srebrny zegarek damski. Znaleziono w ich mieszkaniu jeszcze 36.400 marek należące do ich syna i różne inne cenne rzeczy.

W innym mieszkaniu odnaleziono zwłoki 27-letniego kupca Ludwika Bicka. Ten młody człowiek przyjechał na zaręczyny aż z Czechosłowacji. Miał ożenić się z Haberówną, która mieszkała w tym nieszczęśliwym domu. Zginął razem z narzeczoną i całą rodziną Haberów. „Wiek Nowy” pisał, że Ludwik Bick był „w nowym ubraniu i modnych bucikach, które sprawił sobie na tę uroczystą chwilę, ale niestety wpadł w tak fatalny moment”.

Na trzecim piętrze mieszkała wielodzietna rodzina Linków. W tej rodzinie zginął ojciec Wilhelm Link i siedmioro dzieci. Najmłodszy synek miał 1,5 roku. Wyszła żywą z katastrofy tylko żona, a matka dzieci. „Wśród gwaru, pyłu i zgiełku wszystkie dni wisiał na ocalałej ścianie ich mieszkania obraz Matki Boskiej, który widać było z ulicy”.

W pierwszych godzinach katastrofy strażacy chwilami słyszeli spod gruzów słaby płacz dzieci. Pod gruzami znajdowało się ponad 40 dzieci, większość udało się uratować. Niestety, nie wszystkie. Wśród uratowanych znalazło się dwoje małych dzieci, po które nikt się nie zgłaszał, mianowicie chłopaczek około 1,5 lat i trzy lub czteromiesięczna dziewczynka. Umieszczono je w sierocińcu.

Jedna kobieta w szczelinę między belkami wyciągała ręce, wołała o pomoc, chwytała się belek, „a po chwili znikała, bo padała zemdlona, by znów po chwili odzyskać przytomność i z jękiem wzywać pomocy. Wydobyto ją wreszcie dopiero po kilku godzinach. Oprócz lekkich potłuczeń nie poniosła żadnego szwanku. Śmiało można mówić o cudownym ocaleniu”.

W dzień obok kordonu policyjnego zebrało się niemało gapiów. Opowiadali jeden drugiemu straszne historie, które były nierzadko jedynie grą wyobraźni. Wśród nich kręcili się również złodzieje, kieszonkowcy. Jednego takiego – Mikołaja Engla – złapała policja, kiedy ten wsadził rękę do kieszeni doktora Eliasza Bryczystego, który pomagał w ratowaniu rannych. Inni złodzieje próbowali kraść mienie ofiar katastrofy i towary ze sklepów na parterze.

Katastrofa spowodowała wysokie szkody materialne dla właścicieli tych sklepów. Na dole znajdowały się sklepy z obuwiem, galanterią, odzieżą męską i damską. Na założenie takiego sklepu – pisała prasa – trzeba było włożyć kapitał 50-60 milionów marek. Łączną szkodę właścicieli oceniono na 1 miliard marek. Były też wyjątki. Prawie nie ucierpiał olbrzymi skład win p. Ludwiga w piwnicy. Ocalały liczne beczki z winem i setki butelek. W piwnicach również nie znaleziono żadnych ludzi – ani żywych, ani martwych. Największe straty poniósł skład farb p. Ulricha, „niedużą stratę poniosła firma konfekcyjna p. Bojki, bez szkód zaś wyszły skład futer Fischa, konfekcja Pischla i Kohna, sklep przyborów szkolnych Bardacha”.

Znany lwowski rzeźbiarz Zygmunt Kurczyński umieścił w „Gazecie Lwowskiej” swoje wspomnienia związane z tą nieszczęśliwą kamienicą, ale nieco innego rodzaju. Otóż mistrz przypomniał, że w II połowie XIX wieku w lokalach parterowych mieściła się popularna wśród lwowskiej cyganerii restauracja Józefa Dobrowolskiego pod nazwą „Piekiełko”. W latach prosperity bywało tutaj niemało znanych literatów, dziennikarzy i rewolucjonistów różnego koloru i maści. Nie brakowało też kombatantów powstań narodowych. Przy kielichach dobrej monopolowej wódki i piwa z lwowskiego browaru Domsa lub Kisielki snuli oni plany nowych powstań, zamachów na koronowane osoby, zakładali loże masońskie. W gorących umysłach literatów powstawały tematy niezwykłych, fantastycznych powieści, zaś dziennikarze pisali przy stolikach reportaże do swoich czasopism. Oczywiście kręcili się między nimi różni szpicle policyjni wysłani przez samego Sacher-Masocha, szefa Dyrekcji Policji lwowskiej, a ojca znanego później literata Leopolda von Sacher-Masocha. Z czasem jednak porządna restauracja „zeszła na psy”, przekształciła się w zwykłą mordownię, a pod koniec XIX wieku splajtowała. W 1922 roku, kiedy kamienica się zawaliła, o „Piekiełku” nikt już nie pamiętał i nawet batiarzy nie wspominali o nim w swoich piosenkach.

Nieszczęśliwe miejsce na rogu Krakowskiej i Ormiańskiej przez 100 lat odstraszało zwykłych obywateli i inwestorów. Nawet, gdy straszna śmierć sióstr Obłoczyńskich w 1858 roku i katastrofa kamienicy w 1922 zatarły się w pamięci następnych pokoleń lwowian i urzędników rady miejskiej. Coś powstrzymywało wszystkich przed nowym budowaniem w tym miejscu. Dopiero w latach 2018-2019 ruszyła budowa wielkiego kompleksu hotelowego, który zajął wszystkie puste parcele od ulicy Krakowskiej, jak też od Ormiańskiej. Miejmy nadzieję, że będzie on miał bardziej szczęśliwą przyszłość.

Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 23-24 (339-340), 20 grudnia – 16 stycznia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.