Katastrofa Galicyjskiej Kasy Oszczędności

-a A+

Późnym wieczorem 3 sierpnia 1899 roku Lwów obleciała sensacyjna wieść, mianowicie w śledczym więzieniu na Batorego zmarł nagle Franciszek Zima, były dyrektor urzędujący Galicyjskiej Kasy Oszczędności (GKO).

Towarzyszyły temu pogłoski o śmierci nienaturalnej, o otruciu dyrektora, o spisku w bardzo wysokich sferach w celu mordu Zimy, który był nie tyle oskarżonym, co niezwykle niebezpiecznym świadkiem potajemnych finansowych machinacji na bardzo wysokich szczeblach władzy.

Aresztowany 26 lutego 1899 roku Franciszek Zima przebywał w więzieniu 6 miesięcy. W tragicznym dniu 3 sierpnia wręczono mu akt oskarżenia na 425 stronach dużego formatu, oprawiony w błękitny papier, skąd otrzymał w prasie nazwę „błękitnej księgi”. Razem z 72-letnim dyrektorem Zimą oskarżono jeszcze cztery osoby, mianowicie buchaltera (księgowego) GKO Eugeniusza Wędrychowskiego, przedsiębiorcę Stanisława Szczepanowskiego, majstra murarskiego Franciszka Karpińskiego i prostytutkę Marię Stefanię Fuhrmannównę. Wszystkich oskarżono o zbrodnię oszustwa, dokonaną przez fałszowanie bilansów, rachunków i ksiąg kasowych GKO oraz doprowadzenie GKO do niewypłacalności lub o ukrywanie tych przestępstw.

Nawet na pierwszy rzut oka taka kompania oskarżonych wyglądała bardzo dziwnie, a nawet egzotycznie. Tylko pobieżnie przeglądając akt oskarżenia Zima miał powiedzieć: „gdyby dziesiąta część tego, co zarzuca się mnie, było prawdą – to powinienem był już dawno wisieć na haku!”. Prasa tak opisywała ostatnie godziny życia dyrektora. „Po południu odwiedziła go w celi żona i zięć, a rozmowa odbyła się w obecności sędziego śledczego. Kiedy spotkanie skończyło się, pozostał Zima w najwyższym stopniu rozdrażniony, a potem zażądał syfonu wody sodowej, wypił jedną szklankę, położył się do łóżka i zaczął czytać jakąś książkę. Po godzinie dziewiątej wieczorem uczuł, że jest mu niedobrze. Co chwilę ból narastał do tego stopnia, że z piersi jego zaczęły się wydobywać straszne jęki, a ciało w strasznych konwulsjach poczęło się formalnie wić z boleści”. Zawołano strażnika, który wezwał natychmiast naczelnego dozorcę. W całym więzieniu zapanowało wielkie poruszenie, a kiedy przybyli lekarze sądowi dr Gabel i dr Schmidt, Zima wydawszy okrzyk „Jezus Maria” skonał. Stało się to o godzinie trzy kwadranse na dziewiątą wieczorem.

Kim był dyrektor Franciszek Zima? Urodził się w 1827 roku w rodzinie raczej niezamożnej. Po ukończeniu gimnazjum zapisał się na Akademię Techniczną we Lwowie, ale wypadki 1848 roku przerwały jego studia. Udał się do powstania węgierskiego, odbył całą kampanię w legionie generała Wysockiego. Internowany został po upadku powstania w Serbii, a później wysłany do Anglii. W 1863 roku wrócił do Polski, brał udział w powstaniu styczniowym. Odbył 26 bitew i potyczek, został mianowany majorem. Po upadku powstania był uwięziony na rok, a potem wrócił do Anglii. W 1869 roku całkiem niespodzianie dostał wezwanie od wpływowych osób w Galicji, przybył do Lwowa i objął kierownictwo filią lwowską Austriackiego Banku Centralnego, a po jego likwidacji powołano Zimę w 1871 roku na dyrektora urzędującego Galicyjskiej Kasy Oszczędności. Pozostawał na tym stanowisku do początku 1899 roku.

Śmierć Franciszka Zimy nastąpiła w przeddzień rozpoczęcia procesu sądowego w sprawie nadużyć w GKO tzw. „procesu o miliony”. Właśnie dyrektor Zima znał wszystkie tajemnice kasy, wszystkie podejrzane operacje z kredytami i wekslami, udział w nich wysoko postawionych osób i jawna rozprawa sądowa mogła „usunąć te straszne tajemnice”. Część prasy lwowskiej i wiedeńskiej wprost pisała, że za otrucie Zimy obiecano 500.000 zł. „Kurier Lwowski” uważał, że „przyczyny krachu GKO szukać trzeba w spekulacjach pewnego konsorcjum”. Inne dzienniki donosiły, że w GKO przez 10 lat nie było kontroli nad wekslami. Naczelny dyrektor GKO Włodzimierz Zajączkowski był człowiekiem chorym i sprawami Kasy praktycznie się nie zajmował, jego zastępca adwokat Romanowski – również. Wszystkie sprawy GKO znajdowały się w rękach dyrektora urzędującego, czyli Franciszka Zimy.

Komisja rewizyjna corocznie oświadczała, że wszystko w Kasie jest w porządku, a tak nie było. Wydział nadzorczy Kasy wykonywał kontrolę nad wszystkimi operacjami GKO, ale dziwnym zbiegiem okoliczności tylko nie nad wekslami. Komisarz rządowy w GKO radca Juliusz Kleeberg miał z tego powodu stałe zatargi z Zimą. W 1894 roku złożył on wszystkie swoje uwagi i wszystkie znane mu nieprawidłowości w działalności GKO, które uważał za bardzo groźne dla instytucji, w obszernym memoriale, który wręczył „wiceprezydentowi Namiestnictwa Lidlowi z wyraźnym żądaniem, aby dotarł on do rąk Namiestnika i sprowadził poprawę fałszywych stosunków w GKO”. Namiestnik hrabia Kazimierz Badeni był poinformowany, że w kasie dzieją się szokujące nieprawidłowości, ale z niezrozumiałych powodów w konflikcie Kleeberga z Zimą stanął po stronie ostatniego i przyjął dymisję Kleeberga” (były pogłoski, że w machinacjach finansowych GKO był zamieszany ktoś z bliskich krewnych Namiestnika). Kleeberga odesłano do Wiednia. Jego następca dr Piwocki oświadczył na procesie GKO, że Kleeberg ostrzegał go o korupcji w Kasie i oświadczał, że w Kasie „dzieje się jakaś tajemnicza historia, podejrzanym jest to, że Zima nigdy nie bierze urlopu, nikogo nie dopuszcza do zastępstwa, ani wglądania w swe czynności”.

Jednak Kleeberga nie zaproszono jako świadka na proces we Lwowie, zaś jego memoriał Namiestnictwo odmówiło przekazać do dyspozycji sądu. Podczas tegoż procesu Heyderer, prokurator i reprezentant rządu, również sprzeciwił się ogłoszeniu tego memoriału. Prasa lwowska była pełna pogłosek, że przy budowie nowego gmachu GKO wystawiano nieprawidłowe zawyżone rachunki, że z fikcyjnych rachunków Kasy pokryto deficyt Wystawy Krajowej w 1894 roku i wiele innych.

Opinia publiczna wymagała niezależnej ekspertyzy medycznej okoliczności nagłej śmierci Franciszka Zimy, ale administracja krajowa nie dopuściła takowej. Lwowscy medycy sądowi w rezultacie sekcji zwłok stwierdzili, że śmierć Zimy nastąpiła „wskutek udaru sercowego, zaś bezpośrednią przyczyną śmierci było porażenie mięśnia sercowego”, co miało być naturalnym w jego wieku. Żołądek nieboszczyka przekazano do analizy chemicznej do laboratorium lwowskiego zaprzysięgłego chemika sądowego Włodzimierza Włodzimirskiego, jednej z najbardziej egzotycznych postaci Lwowa tego czasu. Ten długo odkładał ogłoszenie rezultatów, a w końcu oświadczył, że żadnych śladów substancji trujących nie odnaleziono przy badaniach” przeprowadzonych w trojaki sposób, mianowicie „optyczny, elektryczny i za pomocą odczynników chemicznych”. Jednak nadal szerzyły się plotki i pogłoski o nienaturalnej śmierci dyrektora Zimy i jego śmierć na zawsze pozostała tajemnicą.

Ścisłym sekretem były otoczone też inne szczegóły działalności Kasy i nigdy nie zostały nazwane nazwiska innych osób, zamieszanych w machinacje finansowe. Jak pisała wiedeńska Neue Freie Presse, „Wielkie hyeny, machlerzy i potentaci, którzy poza kulisami ciągnęli zyski z przedsiębiorstwa, do odpowiedzialności pociągnięci nie zostali i nigdy przed forum publiczne pociągnięci nie będą”. Wysiłek śledztwa skupił się tylko na głośnej sprawie długów Stanisława Szczepanowskiego. Inne nadużycia, które miały miejsce w Kasie, jakby nie zainteresowały śledztwo, jakby nie były przez prokuratorów zauważone. Kurier Lwowski pisał: „Obca jakaś ręka zmyliła ślad i śledztwo poszło mylnymi poszlakami”. Była to być może najważniejsza tajemnica, najważniejszy sekret w całej historii krachu Galicyjskiej Kasy Oszczędności. Na pewno ślady prowadziły bardzo wysoko, do Namiestnictwa, do kręgów konserwatywnej arystokracji, która rządziła w tym czasie w Królestwie Galicji i Lodomerii wraz z Księstwem Oświęcimskim i Zatorskim, tudzież Wielkim Księstwem Krakowskim.

Żeby zmylić opinię publiczną, zjawiły się w procesie o krach GKO, największego banku krajowego z kapitałem 33 275 414 złr., naprawdę dziwne osoby. Do oskarżonych, obok buchaltera Wędrychowskiego i inżyniera Szczepanowskiego, dołączono Karpińskiego, majstra murarskiego, i Fuhrmannównę, dziewicę o „wątpliwej moralności” – czytaj prostytutkę. Pierwszy z nich podobno miał namawiać kilku swoich znajomych do pobrania drobnych kredytów w Kasie, za co otrzymał od nich swój procent i był przez śledztwo oskarżony „o występek lichwy”. Fuhrmannówna, według tegoż śledztwa, była w ciągu ostatnich dziesięciu lat kochanką Franciszka Zimy, wzbogaciła się z tego tytułu nie tylko z jego własnej kieszeni, ale też z aktywów GKO. Prasa z ochotą podchwyciła tak pikantny materiał i zamiast poszukiwania konkretnych winnych na wysokich stanowiskach opisywała miłosne przygody dyrektora, jak na przykład: „Sprawdzono, że Zima był wielkim i bardzo hojnym wielbicielem płci pięknej. W szczególności wiedziano we Lwowie o stosunkach jego z niejaką Malcią, po wychrzczeniu się Marią Stefanią Fuhrmann. Ona była przed 10 laty bez żadnego majątku, dziś ma kamienicę wartości 40.000 zł., a nadto 45.000 zł. gotówki złożonej w Banku Krajowym. Fuhrmannówna twierdzi, że ten majątek nie pochodzi od Zimy, a zarobiony usilną pracą w zawodzie, za co trafiła na ławę oskarżonych za rozmyślne złożenie fałszywego świadectwa”.

Już po śmierci dyrektora Zimy czterech innych oskarżonych postawiono przed sądem przysięgłych. Na kilkudziesięciu posiedzeniach przesłuchano ponad 60 świadków. Wśród nich jednak nie było najważniejszych, mianowicie radcy Kleeberga, przedstawicieli Namiestnictwa i Komisji rewizyjnej GKO. Natomiast prokurator „do sali sądowej sprowadził cały legion stróżów kamienicznych, kuplerek, kobiet wątpliwej moralności itp. … Wtajemniczeni bardzo dobrze tłumaczą, dlaczego to się stało. Oto powiadają, że zeznania np. Kleeberga mogłyby się okazać wielce kompromitującymi dla filarów stronnictwa konserwatywnego…”.

9 listopada 1899 roku przewodniczący ławy inżynier Chylewski odczytał werdykt sądu, uwalniający wszystkich oskarżonych. Głównego oskarżonego Stanisława Szczepanowskiego wszyscy 12 przysięgłych uznali niewinnym.

W części społeczeństwa taki wyrok wywołał ostrą negatywną reakcję. Prezydent wyższego sądu krajowego dr Tchórznicki wystosował do ministra sprawiedliwości telegram o następującej treści: „Ku oburzeniu wszystkich uczciwych ludzi oskarżeni zostali uwolnieni”. Kurier Lwowski pisał: „Społeczeństwo było oburzone malwersacjami odkrytymi w Kasie, ale też kilkoma samobójstwami, które miały związek z Kasą. Skutek tego: w GKO działały się nadużycia, na przedsiębiorstwa Szczepanowskiego, Wolskiego i Odrzywolskiego poszło ponad 5 milionów funduszu rezerwowego Kasy, że fałszowano księgi i rachunki, że wydzierano z ksiąg kartki – i mimo to nie ma winnych!”.

Grobowiec rodzinny, w którym spoczywają szczątki Franciszka Zimy (fot. Jurij Smirnow)

Tak skończyła się smutna historia katastrofy Galicyjskiej Kasy Oszczędności i jej dyrektora Franciszka Zimy, pełna niedomówień, tajemnic i sekretów, ale też ludzkich tragedii i śmiertelnych wydarzeń.

Jurij Smirnow

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.