Tatę zabrali razem z końmi, bo nie chciał ich oddać do kołchozu

-a A+

Wspomnienia Antoniny Kowalskiej-Płaszewskiej

Urodziłam się w Dowbyszu, jako półtoraroczne dziecko zostałam wywieziona do Kazachstanu, a gdy rozpoczęła się wojna, uciekliśmy stamtąd i wróciliśmy do Dowbysza, potem zamieszkaliśmy we Lwowie. Całe życie zamknięte w jednym zdaniu.

Mama – Paulina z domu Żurawska – wychowała nas dziesięcioro, czworo rodzeństwa zmarło w wieku niemowlęcym. Mama pracowała w pralni, ukończyła szkołę parafialną i uczyła nas czytać i pisać po polsku. Tata malował na porcelanie w manufakturze Potockich, jak większość Polaków w Dowbyszu.

Najpierw zabrali tatę. Razem z końmi, bo nie chciał ich oddać do kołchozu. Nie oddał też kluczy do kościoła i dlatego był wrogiem ludu. Kościół zniszczono, a tata zmarł na zesłaniu. Został po nim metalowy dzbanek i dokument o uniewinnieniu.

W 1936 lub w 1937 roku przyszli po nas. Miałam wtedy półtora roku. Wywieziono nas do Kazachstanu. Mieszkaliśmy w lepiance. Mama poszła do pracy, a mnie strasznie pogryzły karaluchy, cała byłam spuchnięta. Przykładano mi wtedy ośle mleko. Brat miał 7 lat, nosił ciężkie skrzynie w fabryce amunicji i od tego miał żylaki. Jak zaczęła się wojna, uciekliśmy stamtąd. Wróciliśmy do Dowbysza, który wtedy nazywał się Marchlewsk. Okazało się, że nasz dom zajęła Żydówka Cila, która doniosła na nas na milicję. Jakiś czas mieszkaliśmy u cioci Ady, a około 1945 roku pojechaliśmy do Lwowa. Tak naprawdę uciekaliśmy przed głodem. We Lwowie na Helanki zajęliśmy najmniejsze mieszkanko w suterenie po Polakach, którzy wyjechali lub zostali wywiezieni. Takich pustych domów było wtedy mnóstwo. Mama zajęła najmniejsze mieszkanie, z jednym oknem, żeby widzieć każdego, kto wchodzi. Bała się aresztowania.

Około 1943 roku moi dwaj bracia Stefan i Władysław oraz siostra Jadwiga pojechali do Seniowa na zarobek. Ja miałam 7 lat, zostałam w Dowbyszu.

Pod dom, gdzie był zameldowany Stefan, zajechała fura. Zapytali o Stefana Kowalskiego, Polaka. Stefan zgłosił się. Związali mu z tyłu ręce, wywieźli do lasu. Do wykopanego dołu wrzucili zmasakrowane ciało.

Władysława też zabili banderowcy.

Gdy jechałam po latach autobusem koło Równego i zobaczyłam tabliczkę Seniów, serce mi się ścisnęło, odżyły wspomnienia…

W II wojnie światowej brał udział brat cioteczny mojej mamy, Włodek Żurawski. Zawsze pokazywał medale, kiedy przychodziło się do niego w gości. Był sierotą, jego rodzice zmarli podczas Wielkiego Głodu. Był to człowiek nadzwyczajnej dobroci.

Po ucieczce z Kazachstanu przez dwa lata chodziłam do ukraińskiej szkoły w Dowbyszu. We Lwowie przypadkiem trafiłam do polskiej szkoły przy Unii Lubelskiej. Po prostu szłyśmy z mamą ulicą i zobaczyłyśmy wychodzące ze szkoły dziewczynki, które rozmawiały po polsku. Od razu poszłyśmy mnie tam zapisać. Do piątej klasy chodziłam już do szkoły nr 24 przy ul. Kochanowskiego, bo tamtą zlikwidowano. Potem skończyłam technikum bibliotekarskie i pracowałam w Ossolineum.

Antonina Kowalska-Płaszewska podczas pracy w bibliotece

Kocham Lwów. Kocham każdy kamień we Lwowie, chociaż się tu nie urodziłam. Nawet gdyby obiecywano mi złote góry, to stąd nie wyjadę.

Antonina została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za pielęgnowanie polskości.

Paulina Kompanowicz
Tekst ukazał się w nr 20 (336) 29 października – 14 listopada 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.