Dwie Anny, dwie moje babcie – łączy je jedno, Greczany

-a A+

Wspomnienia Anny Dereżańskiej z domu Kozak i Anny Bujar z domu Dereżańska

Greczany to polska wieś, której już nie ma. Stała się częścią miasta Chmielnicki. Polacy przyjechali tu po wojnach kozackich z Mazowsza. Nazywani są Mazurami. Przywieźli swoje obyczaje i gwarę, którą mówią do dziś. Przed wojną w Greczanach mieszkało 3656 osób, w tym 3408 narodowości polskiej. Do rady wiejskiej wybrano 52 posłów (deputowanych): 51 Polaków i jednego Ukraińca. Administrację i korespondencję służbową prowadzono w języku polskim. W 1926 roku mieszkańcy wspólnymi siłami rozpoczęli budowę kaplicy na cmentarzu (dziś jest to kościół św. Anny). Wszystko to trwało do 1935 roku, kiedy zlikwidowano greczańską polską radę, w 1936 roku zamknięto polską szkołę.

Anna Dereżańska z domu Kozak
Nazwisko Dereżańska odziedziczyłam po swoim mężu Władysławie. Mój tata Stanisław przed wojną był kolejarzem w Greczanach, po wojnie inspektorem na torfowisku, a na emeryturze zajmował się pszczelarstwem. Mama Teofila prowadziła gospodarstwo i pracowała w cegielni. W domu było nas dwoje: ja i młodszy brat Józef.

Obaj moi dziadkowie byli represjonowani: Józef Kozak za działania antyradzieckie został w 1938 roku rozstrzelany przez NKWD jako wróg narodu, a jego rodzina zesłana do Karłówki w rejonie połtawskim; Janton Hamski za działania kontrrewolucyjne został skazany w 1937 roku na 10 lat obozu pracy, a jego rodzina zesłana do wsi Zachlupanka, też w rejonie połtawskim. Po wojnie stryj Wojciech, nie godząc się z bezpodstawnym oskarżeniem i rozstrzelaniem swojego ojca i w obawie o bezpieczeństwo swojej rodziny, zdecydował się na emigrację do Polski.

Jestem dumna z tego, że jestem Polką. Pamiętam krewnych, którzy przyjeżdżali do nas z Polski i opowiadali, że w Polsce można normalnie chodzić do kościoła , świętować bez obawy przed represjami święta narodowe, bo tu obchodziliśmy tylko święta kościelne. Cieszę się, że dziś mogę swobodnie rozmawiać po polsku i przekazywać wiedzę o Polsce moim potomkom.

Anna Bujar z domu Dereżańska
Moi rodzice tak jak ja urodzili się w Greczanach. Oboje pracowali w kołchozie, mama Rozalia w ogrodzie, tata Władysław jako koniuszy. Moja mama czytała i pisała po polsku, ponieważ uczyła się w polskiej szkole działającej w Domu Ludowym. Budynek ten w 1929 roku wybudowali i sfinansowali Polacy. W Domu, oprócz szkoły, była biblioteka, klub, sklep, a także punkt likwidacji analfabetyzmu. Prenumerowano 14 egzemplarzy polskiej gazety „Sierp” , działało 20 kółek różańcowych. Szkoła miała być siedmioklasowa, niestety, nie zdążyła, bo w 1936 roku została zamknięta. Do tej pory przechowuję zeszyty ze szkolnymi notatkami mojej mamy.

Wszyscy mówiliśmy po polsku, a raczej mazurską gwarą i w tej mowie wyrastały dzieci. Modliliśmy się po polsku, mieliśmy stare polskie modlitewniki jeszcze z XIX wieku. Obchodziliśmy przede wszystkim święta religijne, narodowych nie było wolno. W Wigilię mąż przynosił snop żyta, a ja siano. Mąż zapalał świecę, łamał dla każdego opłatek, a ja na każdym opłatku kładłam miód. Po kolacji dzieci szukały ukrytych w sianie słodyczy, orzechów i pieniędzy. Śmiechu i krzyku było przy tym co niemiara. Wychodząc na pasterkę, zostawialiśmy na wigilijnym stole potrawy dla dusz zmarłych. Mąż w tym czasie szedł do ogrodu, obwiązywał sianem owocowe drzewa i groził im siekierą, żeby dobrze rodziły, rzucał jeszcze jedzenie z wigilijnego stołu zwierzętom i doganiał pozostałych w drodze do kościoła.

Latem 1944 roku mój tata został zmobilizowany. Rozpłakał się wtedy, jakby przeczuwał, że nie wróci już do domu. Długo go szukaliśmy, dopiero w latach osiemdziesiątych otrzymaliśmy informację od sowieckich władz wojskowych, że poległ 9 października 1944 roku i jest pochowany w zbiorowej mogile we wsi Glink Niemiecki w Polsce. Pojechałam tam, ale nie odnalazłam nazwiska mojego ojca na żadnym pomniku. W domu rzadko wspominaliśmy tatę, było to zbyt bolesne. 9 maja był dla nas dniem żałoby, smutku i płaczu.

Stanisław Kozak na emeryturze zajmował się pszczelarstwem

Obie moje babcie są nierozerwalnie związane z Greczanami, bo to jest ich dom, ich Ojczyzna. Znają tu każdy kamień, przeżyły najszczęśliwsze i najtrudniejsze momenty w życiu. Tu minęło dzieciństwo i młodość, tu mieszkali ich przodkowie i będą mieszkać potomkowie. Tu miały wszystko, co potrzebne do życia, a jeśli czegoś brakowało, to zawsze był ktoś, kto pomógł, bo przecież każdy najlepiej czuje się u siebie w domu, a zwłaszcza, gdy ten dom znajduje się na Podolu, w centrum wielobarwnego wieńca polskiej historii i kultury.

Julia Jehrowa
Tekst ukazał się w nr 19 (335), 16–28 października 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.