Dopiero w czasach niepodległej Ukrainy można swobodnie wejść do kościoła, modlić się i obchodzić polskie święta

-a A+

Wspomnienia Wandy Reszetniak

Ałma Ata to bardzo piękne miasto, położone u podnóża gór Tienszan, stolica Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i więzienie dla tysięcy Polaków. To także miejsce mojego urodzenia. Moi rodzice zostali tu deportowani jako „wrogowie ludu”. Tatę rozstrzelano, mama została sama z noworodkiem i dwuletnią córką Irenką. Dzięki Bogu spotkała tam Walentynę, wspaniałą kobietę, która pomogła jej pielęgnować dzieci i podtrzymywała na duchu w momentach zwątpienia. Nie wszyscy sąsiedzi byli życzliwi, bo wszechogarniający był strach przed komunistami.

Matka, ojciec, babcia, kuzyn, kuzynka, ciocia, wujek – wielu członków mojej rodziny przeszło przez prześladowania, deportacje, wielu nie przeżyło Wielkiego Głodu i nieludzkiej zesłańczej ziemi. Miejsce pochówku moich bliskich nie jest znane. Może był to wspólny grób dla „wrogów ludu”?

Mama urodziła się w 1909 roku w Wilnie, po powrocie z zesłania w 1941 roku ukończyła instytut medyczny i od razu została zmobilizowana jako chirurg do szpitala wojskowego; był początek wojny, wielu rannych. Kiedy rozpoczęła się ewakuacja Odessy, dla naszej rodziny nie było miejsca na statku. Zostaliśmy.

Dorośli między sobą rozmawiali po polsku ukradkiem i szeptem, z dziećmi, ze względów bezpieczeństwa, mówiono po rosyjsku. Mama bardzo lubiła Mickiewicza, recytowała jego wiersze z pamięci. Książki trzeba było ukrywać przed wzrokiem sąsiadów. Pamiętam, że w szkole nr 1 w Odessie, do której chodziłam, mówiono tylko o PRL (Polska Rzeczpospolita Ludowa) i o PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza), a moje imię w dzienniku zapisano Janina zamiast Wanda. Po wojnie władze sowieckie zamknęły wybudowany w XIX wieku kościół katolicki i urządziły w nim salę sportową, w miejscu ołtarza były toalety. Świątynię zwrócono wiernym w 1991 roku, już za czasów niepodległej Ukrainy.

Najbardziej jestem związana z Odessą, bo tu po strachu deportacji znalazłam swój dom. Teraz już możemy świętować po polsku święta religijne i państwowe.

Po raz pierwszy pojechałam do Polski w 1974 roku na zaproszenie kuzynki babci, Jadwigi Borys ze Słupska. Zwiedziłam Kraków, Poznań, Słupsk, ale największe wrażenie zrobiła na mnie Jasna Góra.

Agnieszka Głuszczak
Marcin Głuszczak
Tekst ukazał się w nr 18 (334), 30 września – 14 października 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.