Złoty wrzesień w Stanisławowie. Jak to było

-a A+

Równo przed 80 laty, 17 września 1939 roku Armia Czerwona przekroczyła granicę Polski i rozpoczęła swój „pochód wyzwolenia Zachodniej Ukrainy i Białorusi”. Ta data stała się punktem, który radykalnie oddzielił okres panowania II Rzeczypospolitej i początek krótkotrwałej ery „pierwszych sowietów”.

W oczekiwaniu na „bratnią” armię
Historycy różnie oceniają wydarzenia tych odległych lat.

Przewodnik po Iwano-Frankiwsku z roku 1970 podaje wszystko w bajkowo-romantycznym świetle: „Coraz jaskrawiej rozpalało się ognisko walki rewolucyjnej. I nadszedł dzień, gdy w jej płomieniu spłonęły sztuczne granice, oddzielające Galicję od reszty Radzieckiej Ukrainy. Jak promienie porannego słońca rozpędzają nocny mrok, tak złoty wrzesień 1939 roku zaświtał nad zachodnioukraińskimi terenami słońcem wolności i prawdy”.

Ale historyk z diaspory ukraińskiej Petro Isajew, pisze w tonie bardziej depresyjno-pesymistycznym: „Nastały smutne, ciężkie i pochmurne, straszne i po prostu tragiczne czasy pod bezbożnym, okrutnym bolszewicko-moskiewskim reżymem”.

Są to jednak tylko ogólne frazesy i wielkie słowa. O wydarzeniach w samym Stanisławowie wiadomo bardzo mało. Spróbujmy przelać nieco światła na te burzliwe czasy dalekiego września.

„Mieszkańcy! Za kilka najbliższych godzin do naszego miasta wejdą wojska ZSRR.
Mieszkańcy! Wzywam was do spokoju i porządku. Nie wolno występować przeciwko armii i władzy radzieckiej.
Wzywam was do nieopuszczania pracy na przedsiębiorstwach.
Przywitajmy rosyjskie wojsko – armię braterskiego słowiańskiego narodu jak przyjaciół.
Niech żyje słowiańska przyjaźń”.

Tak brzmiała odezwa prezydenta miasta pana Kotlarczyka, która pojawiła się na ulicach miasta 18 września. Ale mieszkańcy miasta i okolic różnie spotykali nadciągające wojsko.

Krew na ratuszu
Jak wspominają świadkowie tych wydarzeń, w miejscowości Ottynia najbardziej cieszyli się z przyjścia bolszewików Żydzi. Zdecydowali się nawet wywiesić w oknach czerwone sztandary. Ponieważ nie mieli oryginalnych, powywieszali poduszki i kołdry w czerwonych wsypach. Radość Żydów można było zrozumieć – dobrze wiedzieli jak Niemcy traktują ich rodaków w Austrii i Czechach.

Dlatego wywieszali nie tylko poduszki. Decyzją podziemnego komitetu komsomołu Augustyn Jewczuk zawiesił na ratuszu czerwony sztandar. Odważny komsomolec wykonał zadanie, ale dokonał tego za wcześnie – w mieście były jeszcze oddziały polskie. Zastrzelono wówczas chłopca, a sztandar zdarto. Na ul. Czornowoła polski oficer zastrzelił Berla Gunderta, który rzucał kamieniami w przechodzących polskich żołnierzy. Później radzieccy historycy połączyli te dwa fakty w jedno i od 1960 roku Augustyn Jewczuk oficjalnie zawieszał sztandar wraz z Berlem Gundertem. Świadczy o tym nawet tablica pamiątkowa na ratuszu.

Wprawdzie w tych dniach zabijano w mieście nie tylko komsomolców i Żydów. Rozumiejąc bezcelowość dalszego oporu, marszałek Edward Rydz-Śmigły wydał rozkaz – „z Armią Czerwoną w potyczki nie wchodzić, wycofywać się do Rumunii i na Węgry”. Po tym rozkazie wielu polskich oficerów popełniało samobójstwo. W Kałuszu puścił sobie kulę w skroń gen. Stanisław Głowaty – rodak ze Stanisławowa.

Tak wyglądało stanisławowskie lotnisko pod koniec lat 30. (z archiwum autora)

Pierwsi sowieci spadli z nieba
Kiedyż weszła do miasta Armia Czerwona? Różne źródła podają 18 lud 19 września. Faktycznie pierwsi czerwonoarmiejcy pojawili się tu już wieczorem 17 września. Historia ta przypomina film przygodowy.

Zgodnie z tajnym protokołem do paktu Ribbentrop-Mołotow tereny polskie podzielone zostały na strefę niemiecką i sowiecką. Ale Niemcy, wbrew tym ustaleniom, „wleźli” na „nieswoje” tereny, zajęli Drohobycz i posuwali się dalej. Aby nie dopuścić Niemców do Stanisławowa, radzieckie dowództwo skierowało tam swoich oficerów, którzy mieli przejąć władzę i utrzymać miasto do chwili nadejścia głównych sił. Tymi oficerami byli lotnik-instruktor charkowskiego okręgu wojskowego Dmytro Nikitin i komisarz wojskowy Iganow. Zadanie było utrudnione tym, że Niemcy poprzedniego dnia zbombardowali lotnisko w Stanisławowie i lądowanie ciężkich samolotów stało się niemożliwe.

Ci dwaj w skórzanych kurtkach, przewiązani taśmami do karabinów maszynowych i uzbrojeni w mausery, ruszają na zdobycie Stanisławowa. Lekkim samolotem treningowym UT-2 lądują na usiane lejami po bombach pole lotniska i trafiają pod ostrzał karabinów maszynowych wycofujących się wojsk polskich.

Na lotnisku spotykają ich członkowie podziemia – pięcioro komsomolców i komsomołek. Przede wszystkim Nikitin idzie do miejskiego więzienia, aby wyzwolić stamtąd 27 komunistów. Oto jak opisuje to sam lotnik:

– Zahamowaliśmy koło administracji więzienia i szybko minęliśmy wartownię. Wąsaty Polak w konfederatce szybko wyskoczył zza stołu, ale nie dałem mu nawet otworzyć ust. Rozkazałem: „Jestem przedstawicielem dowództwa radzieckiego, od tej chwili całkowicie podlegacie mnie”. Nieoczekiwanie ten oddał mi honory i powiedział: „Tak toszno!”. Mówię mu: „Toszno nie toszno, a podporządkujecie się mnie. Dawaj klucze!”. Otworzyłem sejf, wyciągnąłem księgę zatrzymanych. Sprawdziłem według listy i zaznaczyłem, kto z komunistów w jakiej celi siedzi. Zamknęliśmy księgę w sejfie i poszliśmy wypuszczać naszych. Kryminalistów pozostawiliśmy w celach. Wyzwoliliśmy wszystkich, rozbroiliśmy ochronę i pozostawiliśmy ich pełnić swe obowiązki bez broni pod kontrolą naszego człowieka”.

Czerwoni mieli dobry gust. Rozlokowali się w „Unionie” – najlepszym hotelu w mieście (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

Sztab w najlepszym hotelu
Potem sprawy potoczyły się lepiej. Bolszewicy wzięli pod kontrolę telegraf i telefon, węzeł kolejowy, banki (zdziwiony Nikitin naliczył ich aż 20) i nie wiadomo dlaczego rynek. Następnego dnia lokalni konspiratorzy zorganizowali około 300 osób z końmi, wozami, a nawet autem do naprawy zrujnowanego lotniska. Zasypali leje po bombach, wyrównali teren, usunęli resztki polskich maszyn. Wieczorem na niebie zjawił się klucz I-16 z dowódcą eskadry Samochinym. Nim wylądowali, zademonstrowali nad lotniskiem figury pilotażu i imitację walki powietrznej, czym wywołali pełny zachwyt większości mieszkańców.

Wyzwoliciele osiedli w najlepszym hotelu miasta – „Unionie” (ob. centrum biznesowe „Kijów”), który z czasem przekształcono w sztab armii. Po latach na tym budynku pojawiła się tablica głosząca, że „w tym miejscu miało miejsce spotkanie mas robotniczych Stanisławowa z przedstawicielami Armii Czerwonej”.

Sam Nikitin nieco inaczej opisuje te wydarzenia:

– Pod koniec trzeciego dnia widzę w oknie, jak na pusty plac przed restauracją zajechał nasz lekki czołg i stanął przed restauracją, kręcąc wieżyczką. Wyskoczyłem i porozmawiałem z czołgistami – była to przednia grupa, którą wysłano do pomocy. Za nimi przybyły inne jednostki i sztab armii. Dowództwo, prokurator Griaznow i inni rozlokowali się w pokojach hotelu.

Tak, albo mniej więcej podobnie rozwijały się wydarzenia w naszym mieście przed 80 laty. O nich przez dłuższy czas przypominała ul. 17 Września, nosząca obecnie nazwę Ulica Plac Rynek.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 17 (333), 13 – 30 września 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.