Ostatni bój stanisławowskiej fortecy. Część 2

-a A+

Dalsze wydarzenia, opisujące zajęcie stanisławowskiej fortecy, zaczerpnęliśmy ze wspomnień dwóch osób.

Pierwsze napisał Polak, ukrywający się pod pseudonimem „F.C.”. W 1809 roku był jeszcze chłopcem, ale wszystkie wydarzenia dobrze zapamiętał i gorąco sympatyzował ze swoimi rodakami. Kolejne wspomnienia należą do nieznanego mieszczanina, którzy zachowywał wierność Habsburgom. Z sarkazmem odnosi się zarówno do Polaków, jak i do żołnierzy austriackich, ma ponadto wspaniałe poczucie humoru…

Samotny Żyd z pistoletem
Przed południem 26 czerwca, w powszedni pochmurny dzień mieszkańcy Stanisławowa wysypali się gromadnie na wały przy bramie Halickiej. Tłum wykrzykiwał:

– Polacy! Polacy idą od Kałusza!

Pośród tłumu był również młody „F.C.”, któremu matka uszyła ułański mundurek. Mijały godziny, a „Polaków od Kałusza” wciąż nie było. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Wrócił do domu również nasz kronikarz.

Oczekiwani goście zjawili się dopiero po południu. Około godziny trzeciej do bramy Halickiej przybyło 26 dragonów 1 pułku Księstwa Warszawskiego pod dowództwem sierżanta Antoniego Szumlańskiego. Oddział rozdzielił się przed bramą na dwie grupy. 12 kawalerzystów zrobiło zwrot na lewo i ruszyło wzdłuż murów fortecznych na przedmieście Zabłotowskie. Reszta wjechała do miasta i mijając galopem Rynek zatrzymała się dopiero przy bramie Tyśmienickiej.

Stała tam straż, składająca się z pięćdziesięciu kordonierów pod dowództwem porucznika Gatwani. Sierżant rzucił zdecydowanie: „Poddać się! Rzucić broń!”. Rozkaz posłusznie wykonano. Po czym kawalerzyści pogalopowali dalej w kierunku Tyśmienicy.

„Proaustriacki” kronikarz te wydarzenia opisuje tak:

– Poszedłem ze sprawunkami do miasta. Wszedłem na most przed bramą Tyśmienicką (obecnie w tym miejscu stoi gmach główny Akademii Medycznej – aut.) i widzę, że idący do miasta ludzie uciekają, krzycząc, że przez miasto pędzi konnica. Schowałem się przy domu, stojącym koło mostu. Aż tu na koniach wylatuje saksońska kawaleria, na przedzie brodaty Żyd, ślepy na jedno oko, z pistoletem w ręku…

Prosty lud i studenci patrzą, co to będzie za gra. Pan Kajetan Horodyski biega z pałaszem w ręku na swoim koniku i woła: „Do broni, obywatele, Austriacy już zwyciężeni”. Ale nasi mieszczanie tego nie zrozumieli, gdyż broni nie mieli, chyba łopaty i pogrzebacze, i wcale nie chcieli zbroić się przeciwko swemu rządowi, z którego dotychczas byli zadowoleni”.

Autor trochę zmyśla. W porzucone rusznice kordonierów szybko uzbroili się studenci gimnazjum i najbardziej aktywni mieszczanie. Zamknęli jeńców w budynku straży i wystawili wartę.

Komendant ukrywał się w grochu
Tymczasem dragoni szykowali atak. Tam, gdzie przedmieście Tyśmienickie styka się z Zabłotowskim (okolice końca dzisiejszej „stumetrówki” – aut.), obydwa oddziały połączyły się i skierowały do karczmy Kajetana Horodyskiego z Pacykowa, stojącej naprzeciw żydowskiego cmentarza. Jeżeli myślicie, że odważni kawalerzyści chcieli „ugasić pragnienie”, jesteście w błędzie. W tej karczmie pozycję obrony zajęło 50 żołnierzy (batalion rezerwowy) 58 pułku piechoty pod dowództwem porucznika Murmana i 30 huzarów porucznika Magyara. Bez likwidacji tego austriackiego przyczółku przejęcie pełnej kontroli nad miastem było niemożliwe.

Drogę zagradzała rogatka (tzw. „schlagbaum”, „szlaban”), przy której pobierano opłaty od chłopów za wozy wjeżdżające do miasta. Niemiecki strażnik zobaczył jeźdźców i wystrzelił w powietrze. Piechota otworzyła ogień z okien karczmy, a z bramy do ataku na dragonów ruszyli husarze. Niebawem wzdłuż drogi rozpoczęła się walka kawalerii. Oddział Szumlańskiego stracił jednego dragona, jeden z huzarów został zastrzelony na początku bitwy, a drugi zmarł wkrótce, ciężko raniony w kolano. Wreszcie konnica austriacka przeszła most przez Bystrzycę i odstąpiła do Tyśmienicy.

W czasie walki kawalerzystów od Stanisławowa nadeszła uzbrojona młodzież, która otoczyła karczmę. Gdy powrócili tam strzelcy konni, którzy przepędzili huzarów, żołnierze skapitulowali.

Opis przebiegu tych wydarzeń bazuje na wspomnieniach „F.C.”, natomiast jego oponent przedstawia je nieco inaczej:

- Nasi panowie dowódcy byli na obiedzie u celnika rogatki i dobrze się stało, że rogatka była zamknięta. Pan porucznik od huzarów dopadł swego konia w karczmie za rogatką, wystrzelił kilka razy i uciekł ze swoimi. Tylko jeden z husarzy postąpił lepiej – zastrzelił jednego z Saksończyków, ale i sam poległ od kuli.

Porucznik od piechoty drzemał przy stole po obiedzie – co nie jest dziwne, bo był skwarny dzień letni, gdy zazwyczaj śpi się po dobrym obiedzie – ten nieborak, przestraszony ze snu, chwycił ze stołu nóż i widelec, ale zobaczywszy, że źle się dzieje, uciekł tylnymi drzwiami do ogrodu, przeskoczył płot i schował się w życie. Żołnierze bez dowódcy zmuszeni byli się poddać. A co, mieli dać się zasiekać?

Odważny porucznik Murman leżał w życie i nikt o tym nie wiedział. Myślano, że zginął w walce. Pod wieczór podniósł się, a widząc, że wokół jest spokojnie, chciał schować się w grochu koło żydowskiego cmentarza. Na nieszczęście Żydzi, którzy byli na cmentarzu, zauważyli go i donieśli na niego jako wierni poddani Saksończykom, którzy natychmiast przybiegli i wyciągnęli komendanta z grochu.

Stanisławów znów polski
W ten sposób 26 Polaków w ciągu godziny zajęło dobrze ufortyfikowane miasto: wzięli do niewoli 100 piechurów, a 30 huzarów zmusili do ucieczki. Do Austriaków jest wiele pytań. Dlaczego, wiedząc o zbliżaniu się wroga, nie zdobyli się przynajmniej na to, by zamknąć bramy miasta? Nie dość tego – w czasie, gdy trwała walka przy karczmie na rogatce Tyśmienickiej, w samej Tyśmienicy stał silny oddział gen. Kesslera – straż tylna korpusu księcia Hohenlohe. Generał nie mógł nie słyszeć wystrzałów, ale nawet nie ruszył palcem, by przyjść swoim z odsieczą. Nawet gdy wrócił do Tyśmienicy pobity oddział husarzy, zamiast zaatakować miasto i rozpędzić garstkę Polaków, nakazał odwrót do Tłumacza.

Wróćmy jednak do Stanisławowa. Panowała tam euforia zwycięstwa, którą wspaniale opisał nasz „germanofil”:

- Pan Kajetan Horodyski i jego egzaltowani zwolennicy chcieli natychmiast zwolnić wszystkich niemieckich urzędników, pomimo, iż starosta i komisarze okręgowi uciekli w Karpaty, a inni urzędnicy pochowali się po swoich domach. Pan Tadeusz Beńkowski, adwokat, napiwszy się wina krzyczał: „Gdzie gilotyna!”. Pan adwokat Krechowiecki pobiegł do apteki i tam wszystkie malowane orły austriackie pałaszem porąbał.

Ludzie zdzierali dwugłowe orły austriackie z urzędów i palili je na Rynku. Niektórzy powkładali na siebie stare polskie, zjedzone przez mole, mundury. Uformowano gwardię narodową, do której zapisało się 400 osób. Obrano nowych urzędników okręgowych, w tym wielce aktywnego Kajetana Horodyskiego, barona Rocha Czechowicza z Pułagiczów i Tadeusza Mysłowskiego z Zubrca.

Następnego dnia na cmentarzu miejskim uroczyście pogrzebano polskiego dragona. A dzień później, ze wszystkimi honorami, złożono obok austriackich huzarów.

Ogólnie w mieście panował spokój. Panowie utworzyli Radę, gdzie wiele mówiono o organizacji korpusu wojskowego, a jeszcze więcej popijano.

Austriacy wracają
Tymczasem wojska cesarskie szykowały kontratak. Przede wszystkim odwołano dowódcę korpusu rezerwowego księcia Hohenlohe, któremu nie przebaczono haniebnego poddania Lwowa. Zastąpił go bardziej aktywny hrabia Maksymilian Merfeld – były poseł w Sankt Petersburgu. Rzecz w tym, że 2 czerwca do Galicji weszła, jako sojusznik Napoleona, Rosja. Z Austriakami Rosjanie prawie nie walczyli, jedynie na wszelki sposób przeszkadzali Polakom i zajmowali większe miasta, by nie dopuścić tam wojsk Poniatowskiego. Do koordynacji wspólnych działań z Rosjanami doświadczenia Merfelda okazały się bardzo pomocne.

W połowie lipca korpus rezerwowy powrócił z Bukowiny i posunął się aż do Tyśmienicy. W boju kawalerii pod Podpieczarami Austriacy rozbili oddział polski. Wielu trafiło do niewoli, w tym Kajetan Horodyski. W tym czasie w Stanisławowie stacjonowała eskadra strzelców Księstwa Warszawskiego pod dowództwem majora Norberta Obucha. Pod koniec miesiąca opuścili oni miasto bez walki i odeszli w stronę Stryja.

Tymczasem losy wojny ważyły się nie w Galicji. W czasie, gdy niewielkie oddziały przeciwników ścierały się koło Dniestru, Napoleon rozgromił główne siły austriackie pod Wagram. 14 października 1809 roku podpisano układ pokojowy w Schönbrunn, zgodnie z którym teren Księstwa Warszawskiego zwiększył się prawie dwukrotnie. Rosji przypadły okręgi Tarnopolski i Zaleszczycki. Na żądanie cara Austriacy zmuszeni byli rozebrać fortyfikacje Stanisławowa, aby pozbawić go statusu przygranicznej twierdzy.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 14 (330) 30 lipca – 15 sierpnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.