Reminiscencje wojenne. Cz. I (1939-1943)

-a A+

Zdjęcie aktualne autora wspomnień

Dlaczego trzeba powracać do zdarzeń wojennych, najczęściej przykrych, czasem zagrażających egzystencji? Komu potrzebne są powroty do czasów cierpień, niedostatku i tułactwa? Myślę, że niezależnie od rodzaju odpowiedzi na te pytania, czas wojny na każdym z nas odcisnął trwałe piętno, zwłaszcza, jeśli trzeba było go przeżyć w wieku 5-10-12 lat.

To wiek bardzo istotny dla kształtowania osobowości, psychiki i zdrowia fizycznego. Trudno byłoby zrozumieć siebie i swoich rówieśników, nie uwzględniając doświadczeń owego czasu. Jestem prawie pewny, że na mój odbiór rzeczywistości, wydarzenia wojenne (którymi obejmuję lata 1939-1947) wywarły wpływ, od którego nie sposób się uwolnić. Dusza dziecka, poddana takiej edukacji nie mogła nie wykształcić i utrwalić określonej postawy wobec wydarzeń.

„Dał Pan i zabrał Pan”
(Stary Testament, Ks. Hioba 1, 21)

Moje doświadczenia wojenne trzeba podzielić na dwie części. Pierwsza – to lata 1939-1943 (pobyt na Kresach Wschodnich) i druga - 1943-1947 (pobyt w Bażanówce, pow. sanocki). Ograniczę się do opowiedzenia niektórych wydarzeń, które pozostawiły trwały zapis w mojej pamięci.

Pierwsze „wyzwolenie”
Druga wojna światowa zastała moją rodzinę w powiecie samborskim, gdzie moi rodzice pracowali w szkole powszechnej w wiosce Monasterzec. To 15 km na płd. od Sambora i ok. 30 km na południowy wschód od Chyrowa. Wieś była prawie w 100% zamieszkała przez Ukraińców (czy też – jak ich określano – Rusinów). Ojciec był kierownikiem szkoły, a mama – nauczycielką. 1 września 1939 r., gdy po naszym niebie leciały już samoloty niemieckie, miałem niespełna 5 lat, a rodzice – ok. 30 lat. Z wrześniowej wojny niewiele zapamiętałem. Zapisały się w pamięci obrazki nisko lecących samolotów, drogi, pełne uciekających cywilów i wojska polskiego, wycofującego się w kierunku Lwowa i węgierskiej granicy, około dwugodzinne odwiedziny mojego stryjka (studenta Uniwersytetu Lwowskiego), udającego się wraz ze swoim oddziałem na Węgry. Te niezwykłe wydarzenia raczej mnie interesowały, niż niepokoiły. Wojsk niemieckich nie widziałem, być może ominęły naszą wioskę.

Nie ominęły natomiast Monasterca wojska sowieckie, które wkroczyły w drugiej połowie września. Mieszkaliśmy przy drodze. Byłem z ojcem koło szkoły, gdy ujrzeliśmy jadący drogą znany nam samochód, jedyny w okolicy polski Fiat-500, należący do Polaka, właściciela pobliskiego majątku ziemskiego i dworku. Za kierownicą siedział sołdat, a na tylnym siedzeniu – ku ogromnemu zdumieniu – dojrzeliśmy dorodną świnię. Zrozumieliśmy, że sołdaci na samym wstępie „wyzwolili” naszego dziedzica z jego auta i inwentarza żywego. Wkrótce zapanowały sowieckie porządki i rozpoczęły się ukraińskie porachunki z „polskimi panami”. Późną jesienią, głęboką nocą zostaliśmy zbudzeni waleniem do drzwi. Otworzyła mama. Okazało się, że to NKWD zapragnęło „porozmawiać” z ojcem. Mieszkanie wywrócono do góry nogami, a ojca zabrali ze sobą i został osadzony w areszcie w Samborze. Przez 3 miesiące – jak mówił ojciec – był wzywany na nocne przesłuchania, w trakcie których zadawano mu ciągle te same pytania. Nie był bity, ale raczej dręczony różnymi kombinacjami pytań, wśród których powtarzało się dociekliwe: „kogo masz za granicą?” Ojciec miał „za granicą” (tj. za Sanem) liczną rodzinę w Bażanówce, brata na Wołyniu, siostrę w Ameryce. Wyliczanie tych krewnych ciągle nie zadowalało śledczych. Po kilku tygodniach przesłuchań okazano ojcu kilka kartek pocztowych, nadanych z Węgier przez wyżej wspomnianego stryja. Kartki zawierały informację, że żyje i jest zdrowy. Kartki do nas nie doszły, ale były w komplecie na NKWD i chodziło o ustalenie, czy to był oficer. Śledczy uważał, że to pisał oficer, bo widać było wyrobiony charakter pisma, a przecież prosty żołnierz nie umiałby tak pisać. Mozolne wyjaśnianie, że studenci polscy umieli ładnie pisać i nawet mobilizacja wojenna tej umiejętności nie mogła ich pozbawić, z trudem torowała sobie drogę do śledczego. O stryju ojciec nie wspominał, bo nie wiedział nawet, czy przeżył wrzesień, czy dotarł na Węgry?

Była już zima (luty 1940) i zaczęły się pierwsze wywózki na Syberię. Regułą było, że rodzina aresztowanego „wroga ludu” była wywożona do np. Kazachstanu, a sam aresztant, jeśli przeżył, trafiał do Gułagu (jak ładnie mówiono „na białe niedźwiedzie”). Mama znała sowieckie zasady, bo kilka lat – przed wojną – mieszkała w Rostowie. Korzystając z tej wiedzy, spakowała walizki z ciepłą bielizną i ubraniem, i nocami nadsłuchiwała, przygotowana na walenie do drzwi i uprzejme „sobirajteś”. Chcąc ratować przed wywozem, mama odwiozła mnie do swego domu rodzinnego koło Halicza (Kryłos) i powierzyła opiece swojej siostry i mojego dziadka. Sama wróciła do domu i pracy w szkole. Od czasu do czasu dojeżdżała do mnie w niedzielę. Ciotka i dziadek otoczyli mnie ogromną miłością i wszelką, możliwą w ówczesnych warunkach, opieką.

Wydaje się, że po kilkumiesięcznej „konwersacji” śledczy uwierzył ojcu, że mój stryj z Węgier nie był oficerem i ojca zwolnił do domu. A może chciał uwierzyć? Może odstawał od stereotypu enkawudzisty? Gdyby zachował się typowo, to nie uniknęlibyśmy poznania pięknych stepów Kazachstanu lub uroków życia w Gułagu jako wrogowie ludu. Ja w tym czasie byłem w domu dziadka i ciotki, gdzie czułem się dobrze i jak wydawało się, nieco bezpieczniej. To poczucie bezpieczeństwa zburzyły incydenty, o których wspomnę.

Pewnego popołudnia przyjechali na koniach do naszego domu dwaj skośnoocy sołdaci, wyraźnie pod wpływem wódki i zabrali się za rabowanie domu. Kiedy dziadek i ciotka stanęli w obronie dobytku, wyprowadzili domowników, pod lufami karabinów, w kierunku zarośli nad pobliską rzeczką (Łukiew) w celu – jak nie ukrywali – rozstrzelania. Opór, stawiany Armii Czerwonej, był - jak wiadomo - dość często karany śmiercią. Ja podniosłem spazmatyczny płacz, bo zostawili mnie samego na podwórzu. Na szczęście sąsiedzi dziadka, widząc zdarzenie i wiedząc, że „bajcy” nie żartują, błyskawicznie zawiadomili dowództwo jednostki, które stacjonowało kilka domów dalej. Szybko zjawiła się żandarmeria na koniach i nim dzielni Azjaci doprowadzili moją rodzinę nad rzeczkę, to ich zwinęli i uwolnili 80-letniego dziadka, ciotkę i starą służącą. To zdarzenie wywarło na mnie wielki wpływ. Od tego czasu bałem się, jak ognia, rosyjskich i wszelkich innych mundurów. Wkrótce po tym zdarzeniu mój dziadek nagle zmarł. Zostałem z ciotką i starą służącą oraz jej synową z dzieckiem.

Nadeszła zima 1940/41. Pewnej zimowej nocy, już po śmierci dziadka, rozległo się – znane mi już – walenie do drzwi naszego domu. Zjawiło się NKWD w towarzystwie ukraińskiego policjanta i po sprawdzeniu personaliów mieszkańców, rozkazało w ciągu pół godziny spakować się starej, 70-letniej służącej wraz z jej synową i małym, rocznym dzieckiem. Zrobiono gruntowną rewizję, rozpytywano o syna służącej, który miał rzekomo należeć do jakiejś nacjonalistycznej organizacji ukraińskiej. Nasza służąca była Ukrainką i służyła u dziadka przez kilkadziesiąt lat, wychowała mu dzieci, bo wcześnie owdowiał, była traktowana jak członek rodziny. Nas szczęśliwie nie było na liście, więc nas pozostawiono w spokoju, a ich, Ukraińców, wywieziono na Syberię. Za około dwa miesiące otrzymaliśmy od nich karteczkę z Krasnojarska. Służąca Nastia, jak również małe dziecko, zmarły na Syberii w ciągu miesiąca. Przeżyła młoda synowa służącej, która, powróciwszy po wojnie, została ponownie wywieziona do Kazachstanu i tam już pozostała. Wiosna i lato 1941 r. nie były dla mnie udane, nie chciałem jeść, nauczyłem się od moich ukraińskich rówieśników palenia papierosów, skręcanych w gazecie z liści ziemniaczanych, po czym dość ciężko chorowałem, a moja kochana ciotka miała ze mną niezłe utrapienie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że warunki egzystencji, jak i opisane powyżej emocje spowodowały poważne zakłócenia mojego rozwoju fizycznego i emocjonalnego. Latem 1941 walec wojenny przetoczył się na wschód. Sowieci uciekli w popłochu, a my dostaliśmy się pod „opiekę” Niemców i „samostijnej” Ukrainy.

Autor wspomnień wieku lat 4,5 – w towarzystwie matki i ojca.(zdjęcie wykonano w Samborze w historycznym dniu 1. września 1939 roku)

Drugie „wyzwolenie”
To było wyzwolenie spod opieki sowieckiej. Dostaliśmy się spod sowieckiego deszczu pod ukraińsko-niemiecką rynnę. W tydzień po przejściu frontu (a dokładniej 30.06.1941) Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów-OUN, na zjeździe we Lwowie ogłosiła powstanie niepodległej (samostijnej) Ukrainy. Niemcy, gdy tylko trochę zorientowali się w sytuacji, samostijną zamienili na „Reichkomisariat Ukraina”, niemniej jednak miło widzieli aktywność Ukraińców, skierowaną przeciw Polakom i Żydom. Rozpoczęły się rządy ukraińskiej administracji i nowy rozdział porachunków etnicznych. Wojna i rozpad sowieckiego systemu kołchozowego spowodowały, że z pól kołchozowych nie zebrano zbóż i innych płodów rolnych. Prawie wszystko zgniło na polach i już jesienią rozpoczął się w tej części Ukrainy głód, potęgowany jeszcze przez Niemców surowymi represjami za przewożenie i szmugiel żywności z innych rejonów.

Moje siedmioletnie oczy napatrzyły się wówczas na dramaty ludzi głodujących, zdolnych do każdego czynu za odrobinę jedzenia, umierających wśród cierpień, obrzęków i zaburzeń psychicznych. W całej okolicy zostały zjedzone wszystkie pokrzywy, lebiody, a nawet drobne zwierzęta domowe. Zimą i wczesną wiosną 1942 r. spora ilość ludzi zmarła z głodu. W domu mojej ciotki, gdzie się wychowywałem, ukryto trochę kukurydzy i kartofli. Mieliśmy też kozę, dzięki której było trochę mleka, przeznaczonego prawie w całości dla mnie. Moja racja żywnościowa składała się z dwóch posiłków dziennie. Posiłek to była miseczka kaszy kukurydzianej z kozim mlekiem, sporadycznie ziemniaki w łupinie z lebiodą (smakowała jak szpinak) lub z gotowaną pokrzywą. Dorośli obywali się tym, co pozostało po nakarmieniu mnie. Taka była gradacja potrzeb żywieniowych. Właśnie w czasie głodu wymieniałem zęby mleczne na stałe, które urosły mi zniekształcone, pobruzdkowane, słabe i brzydkie. Niektóre z nich posiadam do dzisiaj. Nie mam wątpliwości, że stan mego uzębienia zawdzięczam opisanej sytuacji. Dopiero późnym latem i jesienią 1942 pojawiło się trochę więcej żywności, pochodzącej z bieżących żniw.

Tejże jesieni nasz dom został nagle zajęty, bodaj na jakieś cele wojskowe, a my zostaliśmy wyrzuceni –dziś powiedziałoby się – na bruk. Zdołaliśmy zabrać trochę bielizny, ciepłych ubrań, a także kozę, która nadal była moją główną żywicielką. Znaleźliśmy schronienie w innej wsi, u znajomych mojego, już nieżyjącego, dziadka, gdzie zamieszkaliśmy w małym pokoju: ciotka, moja ciężarna mama i ja. Koza mieszkała w stajni. Nasi gospodarze byli Ukraińcami, a dom stał samotnie pod dużym masywem leśnym, w pobliżu rzeki Bystrzycy. Mama wkrótce powiła bliźnięta (2 dziewczynki), które niestety po 2-3 tygodniach zmarły wskutek biegunki, a właściwie wskutek fatalnych warunków, w jakich wegetowaliśmy i braku jakiejkolwiek pomocy medycznej.

Autor wspomnień w roku 1942 (Kryłos) w towarzystwie matki Marii (pierwsza od lewej) i ciotki Zofii

W tych warunkach otrzymałem pierwsze poważne i samodzielne zadania. Miałem obowiązek rano i po południu wypasać naszą kozę i jej dwie maleńkie kózki, czasem gospodarze dodawali mi do pasienia też ich krowę. Pasałem to towarzystwo pod lasem oraz na leśnych polanach. Bardzo lubiłem to zajęcie, bo miałem poczucie wolności i swobody, kontakt z ładną przyrodą, możliwość podjadania różnych jagód leśnych, zbierania szczawiu itp. Miałem też obowiązek zbierania gałęzi i chrustu, który następnie musiałem porąbać na małe polanka. Suchych gałęzi musiało być tyle, aby wystarczyło na palenie pod kuchnią w następnym dniu. Z pastwiska wracałem zwykle jadąc wierzchem na kozie, która całkowicie rolę wierzchowca akceptowała. Za kozą biegły małe koźlęta i ciągnęły się rozmaite suche gałęzie na opał. Nie wiem, czy dzisiaj ktoś puściłby siedmiolatka samotnie z kozami i krową na pastwisko i do lasu. Widocznie, warunki życia przyspieszają dorastanie, skoro byłem w stanie z takich zadań się wywiązywać. I tylko jeden raz pobłądziłem w lesie. Wyprowadziła mnie krowa, na której instynkt się wówczas zdałem. Natomiast mój kontakt z siekierką zaowocował rozbiciem kolana obuchem, co zresztą nie spowodowało zwolnienia mnie z rąbania gałęzi. Jadałem nadal dwa razy dziennie: dostawałem miskę kukurydzianki z kozim mlekiem po porannym wypasaniu kóz oraz jakąś inną kaszę lub ziemniaki z mlekiem i np. kapustą na kolację.

Okres ten wspominam mimo wszystko jako „dobry”, także dlatego, że nie byliśmy tam przez jakiś czas niepokojeni przez rozmaitych umundurowanych łotrów. Walec wojenny, po Stalingradzie, zaczął się znów toczyć w naszym kierunku. Front w 1943 r. był jeszcze daleko, gdzieś pod Charkowem, gdy w naszym lesie pojawiła się radziecka partyzantka pod dowództwem gen. Sidora A. Kowpaka, napadając i grabiąc niemieckie i nie tylko majątki, małe miasteczka i wsie. Przecież musiała się sama wyżywić, a było tam podobno ok. 10 000 ludzi (dywizja). Partyzantka zatrzymała się na jakiś czas w lesie, pod którym stał samotnie dom naszych gospodarzy. Niemcy, którym partyzanci dezorganizowali zaplecze, zebrali trochę sił i rozpoczęła się regularna bitwa z użyciem lotnictwa i artylerii. Trwało to 2-3 dni, a nasz dom był regularnie ostrzeliwany i zajmowany przez obie strony. Spaliła się tylko stodoła, a dom był dokładnie podziurawiony przez pociski, ale nikt z domowników nie zginął. Uważaliśmy to za ewidentny cud Opatrzności Bożej. Przez te kilka dni siedzieliśmy w piwnicy, pod domem, ale od czasu do czasu trzeba było pójść po wodę, wydoić kozę, dać jej jeść, załatwić potrzeby fizjologiczne itp. Mama wówczas surowo mi nakazała, że mam chodzić tylko i wyłącznie z nią razem. Wyjaśniła też, dlaczego jest to konieczne: „jeśli mnie zabiją, to musimy zginąć razem, abyś nie został sierotą”. Te słowa mamy brzmią mi w głowie do dzisiaj. Polecenie zrozumiałem i bez szemrania trzymałem się maminej spódnicy, gdy tylko wychodziła z piwnicy. Po bitwie partyzantka, częściowo rozbita, zmieniła swe lokum, ale dom nie nadawał się do zamieszkania. Również nasi ukraińscy gospodarze dali nam do zrozumienia, że dalej tu nie możemy mieszkać, a sami też zaczęli się rozglądać za innym mieszkaniem.

Rok 1943 to także czas masowych mordów Polaków przez UPA. Jak dzisiaj wiemy, w imię samostijnej Ukrainy, wymordowano wówczas ok. 120 tys. Polaków. Ideologia OUN-UPA zakładała wyrżnięcie Polaków do 7 pokolenia. Warto dodać, że zabijano także Ukraińców, którzy próbowali pomagać Polakom lub wchodzili w małżeństwa mieszane. W lipcu 1943 wymordowano i spalono ponad 100 wsi na Wołyniu, po czym podobne działania rozszerzono na lwowskie, tarnopolskie i nasze woj. stanisławowskie. W miastach, gdzie było więcej Polaków, było bezpieczniej, natomiast na wsiach mordowano równie brutalnie jak na Wołyniu. Z zewsząd dochodziły przerażające wieści. Rodzice uznali, że nie można dłużej czekać i trzeba uciekać w rodzinne strony ojca, tj. do Bażanówki. Bestialstwo banderowców szczęśliwie nie dotknęło naszej rodziny, ale nie brakowało wielokrotnych ostrzeżeń o takiej możliwości. Może, dlatego warto jeszcze wspomnieć o naszych relacjach z Ukraińcami, które – być może – miały jakieś znaczenie w szczęśliwym zażegnaniu zagrożeń. A może po prostu znowu Opatrzność nad nami czuwała?

Jak już wspomniałem, od urodzenia do 8 roku życia wzrastałem w środowisku ukraińskim. Tylko w domu było po polsku. Na ulicy i w najbliższym sąsiedztwie dominowała ludność i dzieci ukraińskie. Nawet służąca dziadka była Ukrainką i mówiła do mnie po ukraińsku. Język ukraiński znałem, więc tak samo dobrze jak polski, a może nawet lepiej i często posługiwałem się oboma językami w tym samym zdaniu. Bawiłem się z moimi ukraińskimi rówieśnikami, bardzo ich lubiłem, z wzajemnością. Jednakże w chwilach nieporozumień nieźle od nich obrywałem fizycznie i słownie jako „laszek”. Wiele czasu spędzaliśmy wspólnie na podglądaniu dziupli i gniazd ptasich, włażeniu na drzewa, zabawach nad rzeką itp. To oni uczyli mnie dorosłości, jak np. palenia papierosów, podkradanych dziadkowi lub zwijanych z liści ziemniaczanych, co – jak wspomniałem – skończyło się dla mnie poważnym zatruciem. Mój ojciec, jako przedwojenny polski nauczyciel na ukraińskiej wsi, miał powody, aby obawiać się nacjonalistów ukraińskich. Przez większość miejscowej ludności był jednakże szanowany, lubiany i ochraniany, bowiem – chociaż Polak – szanował ich obyczaje, święta, chronił niejednokrotnie przed głupotą i arogancją polskich urzędników, pomagał materialnie i w edukacji ukraińskich dzieci. Nawet miejscowi nacjonaliści, mający dostęp do informacji o planowanych antypolskich akcjach, dawali w porę tzw. cynk, co pozwalało ojcu na czas zagrożenia znikać. Szczególnie pomocny w tym względzie był woźny szkolny Hryń, który wielekroć ojca ostrzegał i wskazywał kryjówki. Gdy ojca aresztowało NKWD, Hryń bez wahania wsiadł na rower (pociągi nie kursowały) i pojechał spod Sambora aż pod Stanisławów, aby zawiadomić moją mamę. Wydaje się – jak sądził ojciec – że Hryń był współpracownikiem nacjonalistów, jak i władz sowieckich, co jednak nie przeszkadzało mu w zachowaniu lojalności i wierności mojemu ojcu. Jemu też ojciec pozostawił cały nasz dobytek, gdy umykał do Bażanówki, po raz kolejny ostrzeżony przez Hrynia wiosną 1943 r. Jest prawdopodobne, że to lojalności Hrynia zawdzięczamy, że uszliśmy cało. Piszę o tym dlatego, aby podkreślić, że nie wszyscy Ukraińcy byli rezunami. Ojciec wyjechał do Bażanówki, a my z Mamą niecierpliwie oczekiwaliśmy wiadomości od niego, określającej termin naszego wyjazdu w nieznane.

Eugeniusz Niemiec
Tekst ukazał się w nr 23-24 (75-76) 16 grudnia 2008 - 16 stycznia 2009

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.