Skaczące bomby

-a A+

Zachowana skacząca bomba (Fot. Duxford IWM)

Naloty bombowe były głównym środkiem niszczenie infrastruktury wroga. Zastosowywano różne taktyki i różne wagi samych bomb.

Waga tych ostatni wahała się od 50 do 1000 kg materiału wybuchowego. Z rozwojem techniki i zwiększeniem udźwigu samolotów zaczęto produkować bomby nawet do 5 i nawet 10 tys. kg. Co do taktyki, to ulubioną taktyką aliantów były zmasowane naloty, tzw. „dywanowe”. Setki samolotów, lecących na podobnej wysokości obok siebie w pewnym momencie zwalniało bomby i lecąc pokrywały zniszczeniami olbrzymi teren (do 15 tys. m²). Jednak nie wszystko można było zniszczyć w ten sposób.

Dowództwo angielskie jeszcze przed wybuchem wojny uznało uprzemysłowione Zagłębie Ruhry za obiekt o szczególnym znaczeniu strategicznym. Zwłaszcza jeśli chodziło o zapory wodne na rzekach. Dostarczały one energii elektrycznej, były także źródłem wody pitnej w regionie i zapewniały transport w systemie rzek i kanałów. Zdawało się, że tak olbrzymie obiekty są łatwymi celami. Jednak było inaczej. Zapory były mocno chronione przez artylerię przeciwlotniczą i służby naziemne. Trafienie w samą zaporę bombą o odpowiedniej sile niszczenia z dużych wysokości było niezwykle trudne. Bomba wybuchająca w wodzie traciła na sile, a spadła poza zaporą nie czyniła pożądanych zniszczeń. Głowiono się więc nad skutecznym sposobem niszczenia zapór. Szacowano, że zniszczenie jednego obiektu, który pozbawi prądu zakłady wojskowe i doprowadzi do naturalnych zniszczeń – powodzi – będzie bardziej efektywne. Ale nie było to takie proste. Alianci początkowo myśleli o zrzuceniu bomby o wadze 10 ton z wysokości 12 000 metrów, co miałoby wywołać efekt „trzęsienia ziemi”. Problem polegał na tym, że nie dysponowano bombowcem, który mógłby wznieść się na taką wysokość z takim ładunkiem. Do zniszczenia zapory wystarczyłaby znacznie mniejsza bomba, ale pod warunkiem, że eksplodowałaby tuż przy ścianie zapory poniżej poziomu wody, tymczasem tamy niemieckich zbiorników chronione były skutecznie sieciami przeciwtorpedowymi.

Na jednej z narad nad tą kwestią nieoczekiwane rozwiązanie zaproponował prof. Barnes Wallis. „Czy ktoś puszczał kaczki na wodzie?” – zapytał. Spojrzano na niego ze zdziwieniem. Co ma do poważnego problemu niewinna dziecięca zabawa. Profesor wyjaśnił po chwili: bombę zrzuci samolot nad samą wodą, a ta skacząc po powierzchni dotrze pod zaporę i wybuchnie, niszcząc tamę. Nie każdemu przypadło to do gustu, ale trzeba było rozważyć i taką możliwość.

Hop, hop, po wodzie
Prof. Wallis, jako pomysłodawca zabrał się do dzieła. Przede wszystkim należało wybrać najlepszy pod względem aerodynamiki kształt bomby. Początkowo naukowcy projektowali bombę w kształcie kuli dla uzyskania lepszych właściwości aerodynamicznych. Jednak nie była to najbardziej odpowiednia forma. Kształt wpływał znacząco na zdolność bomby do odbijania się od powierzchni wody, dlatego wybrano bombę w kształcie walca.

W taki sposób powstała bomba-beczka, którą samolot, lecąc z prędkością około 370 km/h na wysokości około 20 m nad powierzchnią wody, zrzucał tak, aby uderzając o płaszczyznę wody odbiła się od niej i zachowując energię „podskakiwała” kilkakrotnie (na odległość około 400 m), aż do osiągnięcia celu – korony zapory wodnej. Przed zrzutem bomby, używano specjalnego urządzenia które wprowadzało bombę w ruch obrotowy. Dzięki temu bomba łatwiej odbijała się od powierzchni, nie tonąc natychmiast po zetknięciu z nią. Po dotarciu do zapory, bomba tonęła i na głębokości około 10 m eksplodowała, niszcząc betonową zaporę. Waga bomby dochodziła do 4 tys. kg, a materiału wybuchowego – 3 tys. kg. Aby zamontować bombę, należało dokonać przebudowy w samolocie Avro Lancaster Mk III. Dla zmniejszenia wagi maszyn usunięto większość ich uzbrojenia, między innymi wieżyczki górnych strzelców. Rozmiary bomb i ich nietypowy kształt wymagały usunięcia drzwi luków bombowych, a bomby musiały być podwieszane na widłowym zawieszeniu, a przed zrzuceniem wprowadzane w ruch obrotowy przez specjalne silniki elektryczne, montowane pod kadłubem.

Próby zapoczątkowało wysadzenie gipsowego modelu zapory w zakładach doświadczalnych w Watford pod Londynem, a zakończyło przerwanie istniejącej, ale nie używanej zapory na zbiorniku wodnym Elan w Walii.

Nowa broń prof. Wallisa została zaakceptowana do użytku 26 lutego 1943 roku. Bomba otrzymała nazwę kodową „Upkeep”, zaś termin ataku wyznaczono na maj, kiedy poziom wód w zbiornikach miał być najwyższy, a przerwanie zapór spowodować największe szkody.

Mocowanie bomby pod samolotem (Fot. IWM)

Wychłostać wroga
Operacja dostała kryptonim Chastise (dosłownie „wychłostać”). Termin akcji określono na noc z 16 na 17 maja 1943 roku, a celem miały być zapory na niemieckich rzekach w Zagłębiu Ruhry. Akcję miał wykonać 617 Dywizjon Bombowy RAF nazywany od tego czasu „Dambusters” („Niszczyciele Tam”). Jako cele wybrano dwie kluczowe zapory na zbiornikach wodnych położonych powyżej zagłębia Ruhry: Möhne i Sorpe oraz zaporę na rzece Eder, która uchodzi do Wezery, jako cel dodatkowy. Wprawdzie przerwanie dostaw energii z hydroelektrowni miało duże znaczenie, większą wagę przykładano jednak do przerw w zaopatrzeniu w wodę ośrodków przemysłowych, miast oraz kanałów żeglownych. Po przerwaniu zapór spodziewano się niszczących powodzi.

Załogi musiały zdobyć odpowiednie umiejętności. Głownie chodziło o moment zwolnienia bomby. Na pomoc przyszła tu architektura samych zapór. Zarówno zapora Möhne jak i Eder miały wieże na obu końcach. Skonstruowano więc specjalne celowniki z dwoma ustawionymi pod odpowiednim kątem ramionami, przez które pilot w momencie ataku obserwował cel. Bombę można było zrzucić, gdy obie wieże pokryły się z krańcami ramion.

Drugi problem stanowiło ustalenie wysokości lotu, bowiem używane wówczas wysokościomierze barometryczne nie zapewniały wystarczającej dokładności. Poradzono sobie z tym w ten sposób, że pod nosem i kadłubem maszyny zamontowano reflektory pod takim kątem, że widziane na wodzie strumienie ich świateł zbiegały się z sobą dokładnie podczas lotu na pożądanej wysokości 20 m. Załogi ćwiczyły loty nad zbiornikami wodnymi w Leicestershire, Derbyshire i w pobliżu Dorset.

Godzina „0”
Bomby dostarczono do dywizjonu 13 maja. Rankiem 15 maja dowódca, Guy Gibson, doświadczony pilot i prof. Wallis odbyli odprawę z oficerami, a następnego dnia z resztą załóg. Kolejno odprawiano pilotów, nawigatorów i bombardierów.

Dywizjon został podzielony na trzy formacje.

Formacja nr 1 składała się z dziewięciu samolotów w trzech grupach. Celem formacji była zapora Möhne; każdy samolot, który nie zrzuciłby bomb, miał następnie atakować zaporę Eder.

Formacja nr 2 składała się z pięciu samolotów. Celem formacji była zapora Sorpe.

Formacja nr 3 stanowiła mobilną rezerwę. Formacja ta wystartowała dwie godziny później, z zadaniem bombardowania celów głównych lub zapór o mniejszym znaczeniu w Schwelm, Ennepe i Diemel.

Pierwsze samoloty zaczęły startować o godzinie 21:28. Bombowce leciały nisko, na wysokości około 30 m, dla uniknięcia wykrycia przez radar.

Pierwsze straty atakujący odnotowali zaraz po osiągnięciu brzegów Holandii. Szczególnie nie wiodło się formacji nr 2 – wybuch pocisku przeciwlotniczego spowodował, że jeden z samolotów stracił radio i musiał zawrócić nad Ijsselmeer. Kolejny leciał za nisko i uderzył o falę tracąc bombę – pozbawiony swej głównej broni również wrócił do bazy. Jeden z bombowców został zestrzelony niemal natychmiast po dotarciu nad ląd i rozbił się w wodach Waddenzee, a kolejne dwa roztrzaskały się po uderzeniu o linię wysokiego napięcia.

Formacja nr 1 przybyła nad jezioro Möhne i samolot dowódcy jako pierwszy przystąpił do ataku, zaraz za nim zaś leciał kolejny bombowiec, który został trafiony gdy leciał nisko nad wodą, przy czym pocisk spowodował wybuch jego własnej bomby, zniszczeniu uległo jedno ze skrzydeł, a samolot spadł do wody. Trzej członkowie załogi zdołali opuścić tonący samolot, ale przeżyło tylko dwóch. Dowódca formacji zawrócił, przelatując ponownie nad zaporą, by odciągnąć ogień dział przeciwlotniczych od trzeciej maszyny. Mimo, że samolot został uszkodzony, atak się powiódł. Następnie zaporę atakowały kolejne dwie maszyny. Ostatecznie zapora została przerwana. W czasie ataku na Möhne jeden z bombowców przesłał do bazy meldunek, ale odległość była zbyt duża dla radiostacji pokładowych – meldunku na bazie nie odebrano.

Atak na zaporę Eder też był trudny. Dolina rzeki Eder tonęła w gęstej mgle, ale nie była broniona. Myląca topografia otaczających jezioro wzgórz czyniła nalot nadzwyczaj trudnym i pierwszy samolot dowódcy formacji 2 próbował sześć razy podejść do ataku, po czym zdecydował się tymczasowo wycofać. Kolejny zaatakował, ale bomba wybuchła uderzywszy w szczyt tamy i poważnie uszkodziła bombowiec. Dowódca podjął jeszcze jedną próbę i tym razem udało mu się. Ostatni, trzeci, bombowiec formacji ostatecznie doprowadził do przerwania zapory.

Ataki na zapory Sorpe i Ennepe i na zaporę Bever nie powiodły się. Były to ziemne tamy, zupełnie inne niż zapory ze zbrojonego betonu, które udało się przerwać niemal bez trudu. Oprócz tego załogi miały problemy z nawigacją, dotarciem nad obiekt i zrzuceniem bomb.

W drodze powrotnej, ponownie na bardzo niskiej wysokości, stracono dwie kolejne maszyny.
Jedenaście pozostałych samolotów zaczęło lądować w Scampton krótko po godzinie 3. nad ranem. Ostatni samolot znalazł się na ziemi o 6.15.

Zniszczona zapora w Eder (Fot. Bundesarchiv)

Efekty bombardowania
Dowództwo angielskie chciało jak najszybciej otrzymać raport o skutkach bombardowań. Na rozpoznanie skutków bombardowań wysłano zwiadowczego Spitfire’a. Znalazł się nad doliną Ruhry w świetle dnia; zrobił zdjęcia przerwanych zapór i zalanych terenów. Pilot później zdał ustną relację z lotu.

- Gdy znalazłem się jakieś 150 mil (280 km) przed zaporą Möhne, zobaczyłem przemysłowy smog nad zagłębiem Ruhry, a dalej na wschodzie coś, co wyglądało jak chmura. Gdy podleciałem bliżej zobaczyłem, że to co brałem za chmurę było w rzeczywistości odbiciem słońca na szerokim rozlewisku powodzi. Zajrzałem w głąb doliny, która tak spokojnie wyglądała trzy dni wcześniej teraz to był szeroki potok. Cała dolina rzeczna znalazła się pod wodą, z której wystawały jedynie większe wzniesienia, drzewa i wieże kościołów. Byłem pod wrażeniem rozmiarów powodzi.

Dwa bezpośrednie uderzenia bomb w zaporę Möhne spowodowały powstanie wyrwy około 75 m szerokiej i 22 m głębokiej. Zniszczenie spowodowało wylanie się 330 milionów ton wody w doliny zachodniej części regionu Ruhry. Fala wysokości 10 m przetoczyła się z szybkością 24 km/h dolinami rzek Möhne i Ruhra. Zalanych zostało kilka kopalń, zniszczonych zostało 11 niewielkich zakładów przemysłowych i 92 domy, zaś 114 fabryk i 971 domów uległo uszkodzeniom. Powódź przerwała około 25 dróg, linii kolejowych i mostów. Woda zalała obszary do 80 km od zniszczonej zapory. Przerwy w dostawach energii elektrycznej okazały się najcięższym uderzeniem w produkcję zbrojeniową Zagłębia Ruhry. Dwie elektrownie wodne (produkujące 5 100 kilowatów) zostały zniszczone wraz z zaporami, a siedem dalszych uległo uszkodzeniom. W rezultacie fabryki i wiele gospodarstw domowych w regionie zostało pozbawionych prądu przez dwa tygodnie.

Jeśli chodzi o straty ludzkie według najnowszych badań zginęło co najmniej 1 650 osób: znaleziono około 70 ciał w dolinie rzeki Eder i 1 579 ciał w dolinach rzek Möhne i Ruhra. Przy czym setki osób uznano za zaginione. 1 026 ciał znaleziono poniżej zapory Möhne. Byli to jeńcy wojenni i robotnicy przymusowi z kilku obozów, pochodzący w większości ze Związku Sowieckiego. Najcięższe uderzenie przyjęło na siebie miasteczko Neheim (dziś część Arnsbergu) u zbiegu rzek Möhne i Ruhra, gdzie zginęło ponad 800 osób, wśród nich co najmniej 493 to kobiety-więźniarki ze Związku Sowieckiego.

Straty własne: zginęło 53 ze 133 członków załóg biorących udział w nalocie, co oznacza prawie 40%.

Bilans dyplomatyczny
Zastosowanie skaczących bomb przyczyniło się do niewyobrażalnych wcześniej zniszczeń w końcowych miesiącach wojny. Jednym z głównych powodów przeprowadzenia nalotu była chęć przekonania Stalina, że Wielka Brytania jest nadal pożądanym sojusznikiem. Stalin od początku wzywał Zachód do otwarcia drugiego frontu: rajd miał dowieść, że Brytyjczycy są zdolni do pokonania Niemiec i w konsekwencji wyzwolenia Europy Zachodniej.

W roku 1977 artykuł 56 I Protokołu Konwencji Genewskiej zakazał bombardowania zapór: „Zabrania się atakowania obiektów takich jak zapory, groble i elektrownie nuklearne, nawet jeśli obiekty te są obiektami wojskowymi, skoro atak taki może spowodować uwolnienie niebezpiecznych mocy i w konsekwencji narazić życie cywilnej ludności”.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 12 (184) 28 czerwca – 15 lipca 2013

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.