Gen. Sikorski – A teraz ja!

Gen. Sikorski – A teraz ja!

Kiedy na jesieni 1939 roku powstał we Francji polski rząd na uchodźstwie, generał Sikorski został w tym rządzie premierem, ministrem spraw wojskowych, ministrem spraw wewnętrznych i ministrem sprawiedliwości. Generał został też na poły Prezydentem RP (umowa paryska!), a wkrótce po tym, generalnym inspektorem sił zbrojnych i wodzem naczelnym odradzającego się Wojska Polskiego.

Pan życia i śmierci
To dość groteskowe kolekcjonowanie wciąż nowych zaszczytnych tytułów wybitnie świadczy o tym, jak bardzo generał był tego spragniony i jak bardzo skrzywdziła go sanacja odstawiając od możliwości zdobywania takich stanowisk w przedwojennej Polsce. Ale teraz sytuacja się zmieniła! Teraz wszystko będzie podlegało tylko generałowi i teraz to generał będzie rozliczał swych wrogów. Będzie ich sądził. Żywych i umarłych. Zobaczmy więc, kto miałby podlegać jurysdykcji generała. – Byliby to z pewnością Polacy przebywający na terytorium okupowanej Polski oraz Polacy, w tym wypadku żołnierze polscy i cywilni uciekinierzy, przebywający w obozach internowania na terenie Węgier, Rumunii, Litwy, Łotwy i gdzie tam jeszcze. Ściślej, ci spośród internowanych, którym udałoby się przedostać z obozów internowania do Francji.

W okupowanej Polsce generał starał się utworzyć podziemną administrację terenową i podziemną organizację wojskową, ale podlegającą tylko jemu. Dlatego Służba Zwycięstwu Polski, istniejąca w Polsce już od 27 września 1939 organizacja wojskowa dowodzona przez generała Michała Tokarzewskiego-Karaszerwicza, uznana została przez Sikorskiego za nienawistny twór sanacji i tylko dlatego 13 listopada 1939 została rozwiązana, zaś na jej miejsce powstała już „generalska” organizacja ZWZ, czyli Związek Walki Zbrojnej. To z niej powstanie później słynne AK, czyli Armia Krajowa. Jakiekolwiek organizacje polskie, mające choć cokolwiek wspólnego z przedwojenną sanacją, były bezlitośnie rozwiązywane. Nie było dla nich miejsca w Polsce kontrolowanej przez generała.

Węgrzy odśnieżają stację kolejową, luty 1940 r. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Dwa przyjazne Polsce kraje, gdzie Polaków było najwięcej, czyli Węgry (40,3 tysiące Polaków) i Rumunia (prawie 30 tysiące Polaków), chętnie pozbywały się internowanych i przez palce patrzyły na ich masowe wyjazdy do Francji, ale w tej akcji musiały obowiązywać pewne reguły przyjęte w prawie międzynarodowym. Wyjeżdżający musieli mieć wizy. Tranzytowe, od państw, przez które mieli jechać i francuską wizę wjazdową. Organizacja przerzutu Polaków do Francji działała doskonale. Żołnierze dostawali komplet wiz (czasami nie na swoje nazwisko i podczas podróży musieli być kimś innym), bilety, pieniądze. Ale w tej doskonałej organizacji widać było wstrętną małostkowość pana generała. Polskim ambasadom w Bukareszcie i Budapeszcie przysyłano z Paryża „czarne listy” Polaków, którzy nie powinni byli dostawać wiz.

Kto nie dostawał wiz? Oczywiście Sanacja, ale nie tylko prawdziwa Sanacja. Na listę można było trafić za to, że służyło się kiedyś w oddziale dowodzonym przez znanego sanatora, albo, że się kogoś takiego znało przed wojną, albo, że się komuś podobał Piłsudski i jego polityka, albo choćby tylko na podstawie złośliwego, niczym nie popartego donosu. W środowisku polskim zaroiło się bowiem od szpiclów podpatrujących, co kto robi i podsłuchujących, co kto mówi. Czasami było odwrotnie. Ktoś, do kogo generał Sikorski odczuwał szczególnie silną animozję, dostawał wizy i bilety na przejazd tylko po to, żeby pojawił się we Francji. A tu już na niego czekała polska żandarmeria. Była też kategoria Polaków, od której pan generał zdecydowanie się odciął. To byli ludzie starsi, a takich wśród polskich uciekinierów było niemało. Generał skazał ich na dożywotnią właściwie wegetację w węgierskich i rumuńskich obozach, nawet nie próbując ulżyć ich doli. Polakami masakrowanymi przez reżim Józefa Stalina, pan generał też się nie zajmował. A tam polskich żołnierzy w niewoli było właśnie najwięcej, bo kilkaset tysięcy. Do tego doszły jeszcze przesiedlenia. Koszmarne! W pierwszej fali wysiedleń – 140 tysięcy ludzi! Generał nawet nie próbował im pomagać poprzez jakieś akcje dyplomatyczne państw neutralnych, czy działania organizacji charytatywnych. Tych nieszczęsnych nigdy, ani teraz, ani później, generał starał się nie widzieć.

Gen. Józef Haller (Fot. commons.wikimedia.org)

Polscy żołnierze z Rumunii i Węgier zaczęli się pojawiać we Francji pod koniec września 1939. Żeby więc nie przegapić jakiegoś sanatora, już 10 października 1939 roku generał Sikorski powołał Komisję do rejestracji „faktów, uwag i spostrzeżeń dotyczących przygotowań i działań wojennych”. Cóż to za fakty i spostrzeżenia rejestrowała Komisja? – Ano tylko takie, które by dawały jak najwięcej argumentów dla udowodnienia tezy, że to głupia i zbrodnicza polityka Sanacji doprowadziła do przegrania kampanii. Przewodniczącym tej Komisji został generał Józef Haller, zaś członkami byli wicepremier, a wkrótce i minister informacji Stanisław Stroński oraz minister Aleksander Ładoś. Do Komisji wszedł również pułkownik Izydor Modelski, który został zastępcą przewodniczącego do spraw wojskowych. Skład komisji, dobrany celowo, gromadził zdeklarowanych wrogów Sanacji i miał gwarantować, że żaden wróg generała, prawdziwy, czy rzekomy, nie prześliźnie się do tworzonej przez niego armii, a Sanacji będzie można postawić oficjalny zarzut, że to ona spowodowała klęskę wrześniową. No i zaczęło się „rozliczanie”. Cytat z pracy znanego historyka Władysława Pobóg-Malinowskiego: „W sposób podły i nikczemny wyzyskiwano tragizm masy uchodźczej, zwłaszcza urzędniczego jej odłamu; ludziom przez burzę wyrzuconym z kraju na obcy bruk, biedakom pozbawionym dachu, niepewnym jutra, nieraz głodnym, pokazywano chleb – posadę w biurze, ale kazano składać „szczere zeznania” i „szczegółowe sprawozdania”.

Obozy wojskowe
Takie działania Sikorskiego wywołały ripostę tych, których Sikorski oskarżał i represjonował. Dało to w efekcie cichą wojnę polsko-polską. Polacy zaczęli walczyć miedzy sobą!! „Październik 1939 roku. Budapeszteńscy policjanci codziennie o poranku wyławiają z fal Dunaju zwłoki mężczyzn. Trupy nie mają dokumentów, ale Węgrzy dobrze wiedzą, kim są ofiary. Mordowani i topieni w rzece ludzie byli Polakami – stronnikami Sanacji lub jej przeciwnikami. We wrześniu na Węgry przybyły tysiące uchodźców z rozerwanego przez Hitlera i Stalina kraju. Utracili domy, rodziny, ojczyznę – lecz nawet nie myśleli, by zjednoczyć się w chwili śmiertelnego zagrożenia. Odwrotnie, na emigracji tym bardziej pogrążyli się w walce o władzę nad resztkami tego, co z Polski pozostało”. No więc Polacy walczyli ze sobą. Ale to nie Sanacja rozpoczęła tę wojnę.

Jeszcze we wrześniu 1939 roku Sikorski zwrócił się do władz francuskich o wydzierżawienie mu w Paryżu… więzienia dla polskich oficerów i polityków odpowiedzialnych za przegraną kampanię w Polsce. Rząd francuski mu odmówił. Sikorski dostał radę, by zajmował się tym, do czego we Francji został powołany, czyli do odbudowy Wojska Polskiego. Wszelkie rozliczenia musi sobie zostawić do zakończenia wojny, która teraz przecież dopiero się rozpoczyna. Zachował się komentarz sekretarza generalnego ówczesnego ministerstwa spraw zagranicznych Francji, Alexisa Leger’a dotyczący tego bulwersującego Francuzów zachowania generała Sikorskiego: „Śmieszny naród. Przyszli tu jak żebracy i od razu zażądali trybunałów karnych i obozów koncentracyjnych”. Ano właśnie. Tylko, że Sikorski był generałem pracowitym, pomysłowym i poradził sobie z Francuzami. 22 listopada 1939 roku w miejscowości Cerizay powstał Ośrodek Zborny Rezerwy Oficerów. Miało to być niby miejsce, w którym oficerowie oczekiwali na przydział służbowy w formujących się dopiero jednostkach wojskowych. W rzeczy samej był to obóz karny dla wyłapanych przez komisję sanatorów i oficerów, którzy mieli podczas działań wojennych „wykazywać niewłaściwa postawę”. Dla miłośników generała – których jest niemało – niech będzie, że był to ośrodek odosobnienia. Od razu lepiej! Prawda panowie? Nie wiadomo dokładnie ilu ludzi siedziało w tym obozie. Zapewne ilość osadzonych zmieniała się, bo raz podaje się ją jako trzystu, to ponad stu, to znów około osiemdziesięciu. Siedzieli tam bez żadnego wyroku. Ot, dlatego, że pan generał tak kazał. „Tak znalazł się za kratkami szef sztabu armii wrześniowej gen. Wacław Stachiewicz. Tak ściągnięto z Węgier i aresztowano generała Stefana Dąb-Biernackiego. Tak do obozu w Cerizay trafiło 69 legionowych oficerów z inspektorem lotnictwa gen. Ludomiłem Rayskim, prezesem Ligi Morskiej i Kolonialnej gen. Stanisławem Kwaśniewskim czy emerytowanym generałem Mikołajem Osikowskim. Wszyscy, którzy w II Rzeczypospolitej pełnili jakąkolwiek funkcję i sprawowali choćby najmniej ważny urząd, mieli pozostawać pod kontrolą rządu, z dala od armii”. Współpracownicy generała nie pracowali bynajmniej honorowo. Pod tym względem panowało ogólne dobre porozumienie. Premier zarabiał 14 tysięcy franków, ministrowie 13 tysięcy, wiceministrowie po 11 tysięcy franków. Dobrze się pracowało w polskim rządzie, więc ministrowie się starali… Oficerowie i żołnierze gromadzeni w obozie wojskowym Coetquidan mieli warunki gorzej niż skromne, nędzne po prostu. Generał wraz z rządem i sztabem rezydował w paryskim hotelu „Regina”. Miał tam dużo bardziej komfortowo, niż Piłsudski przed wojną!

Od prawej: Ignacy Matuszewski (Fot. pl.wikipedia.org)

Opowieść o polskim złocie
Tymczasem wciąż działająca Komisja coraz bardziej stawała się zwyczajnym biurem śledczym, lub lepiej – inkwizycją, czepiającą się ludzi niewiadomo o co. Za chwile posłużę się przykładem. Będzie to opowieść o polskim złocie, czyli o złotych zasobach Narodowego Banku Polskiego, które ratowano przed Niemcami.

Za pomyślne przewiezienie złota do Francji, „rycerze” Sikorskiego wytoczą konwojującemu złoto oficerowi, pułkownikowi Matuszewskiemu, sprawę sądową tylko dlatego, że był piłsudczykiem. Piłsudczycy, często bohaterowie wojenni, po przybyciu do Francji powinni trafiać do obozu. W podobny sposób chciano postąpić z pułkownikiem Matuszewskim. Pułkownik Matuszewski, ryzykując życiem, wywiózł z Polski bankowe rezerwy naszego złota. Wytoczono mu sprawę sądową, że z państwowych pieniędzy… kupił parę tabletek aspiryny. Kiedy zaś przyszło im uciekać do Wielkiej Brytanii, ludzie Sikorskiego zostawili polskie złoto we Francji! Tym się różnili od piłsudczyków…

Gdy Niemcy zaczęli zbliżać się do Warszawy, należało natychmiast wywieźć polskie rezerwy bankowe jakie w złotych sztabach o wadze 38 ton, zalegały skarbiec NBP w Warszawie. Pozostałe 37 ton spoczywało w skarbcach oddziałów w Brześciu, Lublinie, Siedlcach i Zamościu. Złoto pakowane było w drewniane skrzynki opasane stalową taśmą, każda ważyła 60 kilogramów. W Warszawie nie było już samochodów ciężarowych i do przewiezienia złota użyto autobusów miejskich (!) oraz autobusów Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. Kolumną autobusów dowodził prezes banku Adam Koc. Osłonę konwoju stanowili uzbrojeni strażnicy bankowi. Kolumna, przez to, że tworzyły ją autobusy, była dość charakterystyczna i rzucała się w oczy. Od razu też zaczęli ją obserwować szpiedzy radzieccy, a od nich poprzez radio Mińsk, informacje docierały do Niemców. Nurkujące bombowce niemieckie zaczęły na kolumnę po prostu polować.

Stambuł (Fot. silesiair.com.pl)

9 września kolumna dotarła do Łucka. Tutaj napotkano pułkownika Matuszewskiego (byłego ministra skarbu) wraz z jego słynną żoną Haliną Konopacką, złotą medalistką w rzucie dyskiem na olimpiadzie w Amsterdamie 1928 roku. Był tam też pułkownik Rajchman (były minister przemysłu i handlu), również z żoną. Panowie uzgodnili, że to obaj pułkownicy przejmą dowodzenie kolumną autobusów ze złotem. Kolumna, pod nowym już kierownictwem, dojechała do Śniatyna. Tam czekało na nich złoto z banków regionalnych. Całe złoto załadowano do pociągu. Czystego złota było w sumie 75 ton. Pułkownik Rajchman wrócił do Lwowa po złoto FON (Fundusz Obrony Narodowej), które zresztą po niesłychanych perypetiach udało mu się przywieźć do Francji, zaś pułkownik Matuszewski wraz z paniami, pojechali pociągiem do Rumunii. „Złoty pociąg” bez przeszkód jechał przez Rumunię. Problemy zaczęły się dopiero w Konstancy. W porcie, poza jedną amerykańską łajbą, tankowcem z Hong Kongu czekającym na rumuńską ropę, nie było żadnego statku. Kapitan tankowca o pięknej nazwie „Eocene”, Brytyjczyk pan Robert Brett powiedział, że chętnie pomoże Polakom, ale na statku w tej chwili nie ma załogi. Statek ma przestój, a marynarze jak to marynarze. Chleją gdzieś po portowych spelunkach… Tej samej nocy odbywało się przenoszenie skrzyń ze złotem na „Eocene”, jednocześnie pułkownik z kapitanem Berettem chodzili po knajpach i wyciągali z nich pijanych marynarzy tankowca. Jeśli zaś trafiali na kompletnie już zalanych, angażowali na ich miejsce nowych członków załogi. Rano była już załoga, było też złoto, gdy nagle Rumuni powiedzieli, że na kategoryczne żądania Niemiec ładunek statku zostaje aresztowany. Kapitan Brett wysłuchał tego bardzo spokojnie, a potem jeszcze spokojniej nakazał odbijać od nabrzeża. Na oczach osłupiałych Rumunów statek wyszedł w morze i tyle go widzieli! Niedługo potem dopłynął do Turcji.

W Stambule Matuszewski dowiedział się, że na redzie portowej Niemcy planują zamach. Wydzierżawiony przez Niemców grecki parowiec będzie czekał na statek Brett’a, a gdy ten niczego się nie spodziewając podpłynie, Grek staranuje go. Co wymyślił Matuszewski? Wynajął ostentacyjnie inny statek, do którego jakoby kazał przenieść złoto, podczas gdy tak naprawdę, złoto przenoszono do pociągu, który odjechał ze złotem do Bejrutu. W Bejrucie Matuszewski wynajął trzy statki i podzielił złoto na trzy części. Postarał się też o to, by wszyscy wiedzieli, że każdy z tych statków odpływa na pewno nie do Francji. Czemu tyle ostrożności? Matuszewskiemu powiedziano na ucho, że Niemcy znów się na niego szykują. Niemieckie U-booty zbliżają się do Bejrutu!! Opatrzność jednak czuwała nad statkami Matuszewskiego i wszystkie trzy dopłynęły szczęśliwie do Francji. Sensacyjna wiadomość o polskim złocie, cudem uratowanym przed Niemcami, rozeszła się natychmiast po całym kraju budząc wśród ludzi euforię. Bardzo to złościło generała Sikorskiego, bo gazety wciąż pisały tylko o jakimś Matuszewskim, a nie o nim. Żeby z tym skończyć, oskarżono pułkownika Matuszewskiego o malwersację. Podstawą oskarżenia były zapiski pułkownika, człowieka niesłychanie skrupulatnego, w których zapisywał wszystkie, najdrobniejsze nawet wydatki jakie poniósł podczas transportu złota. Zapiski te, jako dokumentacja podróży, zostały oficjalnie złożone przez pułkownika, gdy rozliczał się z polskim rządem. Teraz wyciągnięto mu to, by go oskarżyć. Malwersacja miała więc polegać na tym, że Matuszewski zawyżył koszta przewozu złota o cenę biletów dla obu, towarzyszących mu pań. Poza tym wynajął w Bejrucie trzy statki, a złoto mogło się przecież zmieścić na jednym. Podczas przeładowywania ciężkich skrzyń ze złotem „szastał” państwowymi pieniędzmi, kupując robotnikom napoje i wodę sodową. Najgorszą wszakże zbrodnią jakiej dopuścił się Matuszewski, było kupienie w aptece w Bejrucie pudełka aspiryny dla pani Rajchmanowej, która źle się poczuła. Afera dotyczyła więc paru tabletek aspiryny!

Na marginesie: trzy statki w Bejrucie miały utrudnić Niemcom zdobycie złota. Zawsze istniała wtedy szansa, że chociaż jeden statek ze złotem dojdzie do Francji. Na to, że Niemcy nie znajdą na morzu żadnego ze statków, nie można było za bardzo liczyć. Teraz, co do pań i ich biletów: panie pracowały podczas transportu złota nie mniej, niż mężczyźni. Łącznie z dźwiganiem ciężkich skrzyń! Wykonały pracę, jakiej na pewno nie byliby w stanie wykonać słabosilni rządowi mądrale. Natomiast, jeśli by ktoś chciał się przyczepić do samego faktu zabrania z Polski obu pań, to służę informacją, że za ciężkie pieniądze i poprzez kontakty z niemiecką Abwehrą sprowadzono z Polski do Francji żonę generała Sosnkowskiego, córkę generała Sikorskiego i żonę pułkownika Gano, szefa polskiego wywiadu. Żona generała Sikorskiego sprowadzona z Polski do Francji, jechała trochę inną drogą. Zabrała ją ze sobą Włoszka Luciana Frassati, córka znanego włoskiego faszysty, która miała wielkie znajomości w warszawskim Gestapo. Jakoś nikt nie próbował później prześladować panów generałów za sprowadzenie żon, za wydatki jakie na to poszły, ani za instytucje niemieckie, które w tym pomagały.

Niesławny upadek Wielkiej Francji. Po naszych sojusznikach zostały tylko ich hełmy (Fot. drugawojna.ovh.org)Służalczość Sikorskiego wobec Francuzów
Podczas ucieczki z walącej się Francji, każdy z „mężów opatrznościowych” myślał tylko o sobie. Opuszczone przez uciekające władze złoto, zabrali sobie Francuzi, bo złota pilnował tylko jeden polski urzędnik – Stefan Michalski, którego protesty Francuzi po prostu zignorowali, a w końcu wywieźli go razem ze złotem do swoich kolonii afrykańskich. Rząd był fajny, ale nasi sojusznicy byli jeszcze fajniejsi.

Wciąż tworzone polskie oddziały wojskowe Francuzi chętnie przyjmowali pod swoje dowództwo, ale rozmieszczali je według swoich potrzeb, przydzielając do różnych jednostek francuskich. Polskie dowództwo traciło przez to nad nimi kontrolę, a Polacy nie stanowili jakiegoś odrębnego elementu wojsk państw sprzymierzonych. W rzeczy samej Sikorski przestawał wtedy tym wojskiem dowodzić. Ale zgadzał się na to. Zgodził się nawet na przeniesienie polskiego rządu i dowództwa wojskowego z Paryża do oddalonego o 300 kilometrów (prawie jak ze Lwowa do Krakowa!) miasteczka Angers! Przeniesienie nastąpiło już w listopadzie 1940 roku.

Francuzi po prostu wyrzucili Polaków z Paryża, żeby im się nie plątali pod nogami, a generał potulnie się na to zgodził. Siedząc na francuskim zadupiu, generał doczekał się niemieckiego ataku na Francję. Teraz dopiero się okazało, jakim jest Wodzem Naczelnym i Premierem. Nie miał zielonego pojęcia o tym, co dzieje się na froncie. Nie miał łączności z polskimi oddziałami. Nie miał łączności z francuskim rządem. Pocieszano go, że wszystko będzie dobrze, bo Francja to potęga nie do pokonania. Tymczasem „potęga” sypała się właśnie jak stare próchno. Francuzi na siłę wysyłali na front jeszcze nieuformowane polskie oddziały. Protestujących Polaków straszyli, że odbiorą im broń. Polacy oczekiwali pomocy generała, ale generała nigdzie nie było. Wreszcie generał ruszył na poszukiwanie swoich dywizji (!). Nie było go cały tydzień. Nie było z nim łączności. Dziesiątki bardzo pilnych, niezałatwionych spraw czekało na generała. Człowiek, któremu tak łatwo przychodziło oskarżanie polskiego dowództwa z września 1939, teraz sam miotał się jak szaleniec, bez ładu i składu, bez informacji, bez możliwości skutecznego działania. Czy to go czegoś nauczyło? Nie bardzo.

 Samodzielna Brygada Podhalańska. Walki pod Narwikiem (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Serwilizm generała wobec Francuzów sięgnął szczytu w związku ze sprawą Samodzielnej Brygady Podhalańskiej. Brygada została wysłana do Norwegii i tam walczyła pod Narwikiem. Z powodu fatalnego położenia wojsk francuskich atakowanych przez Niemców we Francji, postanowiono Brygadę zawrócić. Brygadę załadowano na okręty, które miały ją przewieźć z Norwegii do Francji. W czasie, gdy Brygada mijała brzegi Anglii, nastąpiło totalne załamanie obrony francuskiej. Znaleźli się ludzie, którzy wywierali naciski na generała, żeby rozkazał wyładować Brygadę w Anglii. Dalsze jej przewożenie do Francji oznaczało wystawienie Brygady na zagładę, tym bardziej, że płynęła właściwie rozbrojona. Nawet nabojów karabinowych miała jakieś nieznaczne ilości, a granatów ręcznych i środków łączności nie miała w ogóle. Nie mogłem się doszukać informacji, dlaczego tak się stało? Jakiś sprzęt Brygada miała zostawić w Norwegii. Zniszczony w walkach, albo celowo poniszczony przed odejściem. Ale zaraz dowiedziałem się też, że ciężki sprzęt jednak został zabrany i płynął wraz z Brygadą, tyle, że na innych okrętach niż żołnierze i te okręty przybiły do angielskich portów! Prószę państwa, ktoś tu kręci. Bo jeśli jest prawdą, że sprzęt Brygady dopłynął do Anglii, świadczy to, że Brygada miała być wyokrętowana w Anglii, a nie we Francji. Skoro sprzęt wszedł do angielskich portów, a żołnierze, rozbrojeni, dopłynęli do Francji, znaczyć może, że ktoś w ostatniej chwili zadecydował, aby Brygada jednak nie wysiadała w Anglii, a płynęła dalej do Francji. Kto mógł tak zrobić, jak nie generał Sikorski? Zamiast ratować Brygadę, znowu oddał ją Francuzom, bo Francuzi mu tak kazali. Teraz nikt nie chce o tym powiedzieć słowa, bo po wyładowaniu w Breście, tak jak stała, nieuzbrojona Brygada została rzucona przez Francuzów dosłownie wprost pod gąsienice niemieckich czołgów. Z 4500 doborowego wojska zostało 200 żołnierzy!! No i jeszcze 400 z oddziału, który nie dołączył wtedy do Brygady i dlatego nie wszedł do walki. Rozpacz, prawda? Ale jest pewna nadzieja, że Niemcy jednak nie wyrżnęli naszych Podhalańczyków. Warto wiedzieć, że polscy dowódcy w czasie walk we Francji mieli niejako półprywatny system samoobrony. Taki nóż za cholewą. Umowa na godzinę najczarniejszą, czyli tak zwany rozkaz 4444. Był to kryptonim rozkazu nakazującego natychmiastowe rozproszenie oddziału. Rozkazu tego używano w tej kampanii nie raz. Takich, niestety, mieliśmy sojuszników! Na hasło 4444, oddział szedł w kontrolowaną rozsypkę. Ratowało to wielu polskich żołnierzy przed śmiercią lub niewolą. Może więc ktoś mądry wysłał wtedy Podhalańczykom 4444?

Ówczesna Francja do złudzenia przypominała Polskę we wrześniu 1939 roku. Takie same zatłoczone drogi, uciekinierzy, nad którymi latała zwycięska Luftwaffe, taki sam chaos i bałagan, ale było w tym coś zasadniczo innego. W trakcie przegrywanej kampanii polscy żołnierze nie dezerterowali, zaś Francuzi robili to masowo. Kupy pijanych, łażących bez sensu dezerterów, to był obraz codzienny kampanii francuskiej. To będzie w tym pewna przesada, ale można powiedzieć, że jedynymi zwartymi oddziałami wojska byli wtedy Polacy. Nie dlatego, że tacy dzielni, ale raczej dlatego, że postawieni byli w sytuacji bez wyjścia. Nie mieli domów, do których mogli uciec, a do niemieckiej niewoli iść nie chcieli słusznie spodziewając się, że nie czeka ich tam nic dobrego.

Generał Sikorski, udaje się samolotem na rozmowy z Churchillem. Poczym już w Anglii, już z nowym protektorem, już pewny siebie (Fot. wiadomosci.wp.pl/sww.w.szu.pl)

Retinger i Sikorski piszą do Churchilla
Generał Sikorski pogodził się już chyba z myślą, że za chwilę złapią go Niemcy, gdy nagle zdarzył się cud. Okazało się, że z Anglii przyleciał specjalnym samolotem jego znajomy – Józef Retinger. Przyleciał specjalnie po generała i teraz bardzo energicznie szukał go wszędzie…

Żeby powiedzieć kim był Retinger, trzeba by napisać książkę. Żeby zaś przedstawić, co mówiło się na temat pana Retingera, trzeba by napisać trzy książki. Był człowiekiem naprawdę niezwykłym, ale to, co o nim mówiono, należałoby przefiltrować przez niejeden filtr. Urodził się w Krakowie w rodzinie mającej pochodzenie żydowskie, całkowicie spolszczonej. Jego ojciec był prawnikiem pracującym dla hrabiego Władysława Zamoyskiego. Zamoyski zajął się chłopcem umożliwiając mu studia na paryskiej Sorbonie oraz w Londynie na London School of Economics. Chłopak był niezwykle inteligentny, ale też niezwykle aktywny, szalenie odważny i można powiedzieć, niestroniący od draki. Prawdopodobnie został członkiem loży masońskiej. Chyba już od samego początku poświęcił się idei utworzenia Unii Europejskiej. Jeździł więc wszędzie i poznawał znaczących i liczących się ludzi. Łatwo nawiązywał znajomości, aż wreszcie nie było już na świecie jednej, ważnej osoby poczynając od papieża, a kończąc na amerykańskich miliarderach, której Józef Retinger by nie znał. Z Sikorskim znali się od roku 1936, kiedy to powstawał Front Morges, a Retinger pomagał w jego narodzinach. Teraz Retinger przyleciał po Sikorskiego, by go zabrać na rozmowy z Winstonem Churchillem, który właśnie niedawno został premierem Wielkiej Brytanii.

Winston Churchill miał nie lada kłopot. Został premierem zastając państwo w stanie wojny z Niemcami, mającymi dodatkowo sprzymierzeńca w Związku Radzieckim. Akurat padła Francja, jedyne duże i silne państwo, na które Wielka Brytania mogła liczyć w tej wojnie. Winston Churchill był mądrym człowiekiem i wiedział, jaki jest cel wojny wywołanej przez Adolfa Hitlera, który zaczął ją tylko po to, żeby podbić Związek Radziecki. Churchill wiedział, że sojusz Niemiec i Związku Radzieckiego jest tylko chwilowy i koniunkturalny, zaś atak Niemiec na Związek Radziecki nastąpi prędzej czy później. Wtedy Związek Radziecki stanie się dla Wielkiej Brytanii sojusznikiem. Obecny sojusznik Wielkiej Brytanii, Polska, po zdradzieckim ataku Związku Radzieckiego 17 września 1939 jest nastawiona mocno przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Z takim nastawieniem Polska nie będzie się nadawała do przyszłego sojuszu Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego. Obecnie można niewielkim wysiłkiem uratować polski rząd i polskie wojsko z upadającej Francji, a można nic nie robiąc poczekać, aż problem po swojemu załatwią Niemcy. Jakiego więc dokonać wyboru? Wtedy zapewne pojawił się Retinger przekonując Churchilla, że generał Sikorski wcale nie jest nastawiony antyradziecko, a żeby potwierdzić, to, co powiedział, gotów jest przywieźć Sikorskiego na rozmowy, byle by tylko dostał do tego celu jakiś samolot…

18 czerwca 1940 w samolocie lecącym do Wielkiej Brytanii, Retinger i Sikorski zaczęli pisać memoriał, jaki następnego dnia Sikorski złożył na ręce Churchilla. Dokument siłą rzeczy nie był konsultowany z polskim rządem i prezydentem. Sikorski przekonywał w nim, że jeśli Związek Radziecki stanie do wojny z Niemcami, Polska będzie brała udział w wojnie po stronie Związku Radzieckiego, a nawet utworzy na jego terytorium armię złożoną z 300 000 żołnierzy, składającą się z obecnych jeńców wojennych. Memoriał spodobał się Churchillowi i natychmiast na jego rozkaz brytyjskie okręty ruszyły do Francji po polski rząd i polskich żołnierzy. Gdyby nie memoriał Sikorskiego, pewnie by się tak nie stało. Proszę państwa, nie łudźmy się, że brytyjska pomoc nastąpiła w wyniku tego, że wojsko polskie było dzielne, bitne, honorowe i dlatego tak cenne dla osamotnionej Wielkiej Brytanii. Jak się potem okaże, tego wojska było już niewiele. No, może dało by się z tych żołnierzy utworzyć jedną dywizję. Co mogła zrobić jedna dywizja w zmaganiach II wojny światowej? Brytyjskie okręty przywiozły, co prawda, do Anglii polski rząd, ale polskie wojsko zostało we Francji tak zmasakrowane, że z liczącej 85 000 armii dało się przywieźć do Anglii tylko 16 000 żołnierzy! Podczas ewakuacji z Francji do Anglii, generał Sikorski nie zadbał co prawda o polskie złoto, ale zadbał o to, żeby ewakuować do Anglii Ośrodek Zborny Rezerwy Oficerów z Cerizay! Widać z tego wyraźnie, jak Sikorski rozłożył priorytety…

Katastrofa jaka spotkała armię polską we Francji doprowadziła do powstania silnej opozycji przeciwko Sikorskiemu. Zarzucano mu wysługiwanie się Francuzom, a także dyletanctwo polityczne i wojskowe. W wojsku wrzało, bo była to już druga katastrofa, którą przeżyli ci żołnierze. Bardzo wielu, wojskowych i cywilów, miało dość błędów i nieudolności generała. No i stało się! 18 lipca 1940 prezydent Raczkiewicz oficjalnie odwołał Sikorskiego ze stanowiska premiera. Zarzuty jakie mu stawiał, to zła praca rządu podczas walk we Francji, niedołęstwo dowodzenia, które doprowadziło do zniszczenia polskiego wojska we Francji oraz memoriał polityczny złożony na ręce Churchilla, niekonsultowany z polskim rządem i prezydentem. Prezydent przypomniał generałowi, że Rzeczpospolita Polska jest w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim i stąd wynika niestosowność postulatów zamieszczonych w memoriale.

Prezydent odwołał generała i na stanowisku premiera zatwierdził Augusta Zaleskiego. Zaleski nominację przyjął i oficjalnie Sikorski przestał być premierem. Generał zareagował jak chłopiec, któremu łobuzeria chce odebrać rowerek. Natychmiast poskarżył się Anglikom, a oni powiedzieli, że nie zgadzają się na żadnego innego polskiego premiera, tylko generała Sikorskiego. Generałowi poradzono, żeby przestraszył prezydenta i nowego premiera Augusta Zaleskiego, wysyłając im delegacje uzbrojonych oficerów, domagających się natychmiastowego przywrócenia Sikorskiego na odebrane mu stanowisko. Tak też się stało i po lekcji takiej „demokracji”, August Zaleski ze stanowiska premiera zrezygnował, a prezydent ponownie mianował Sikorskiego na stanowisko premiera. Podobnie jak kiedyś w Paryżu, polska inicjatywa polityczna przegrała w konfrontacji z cudzoziemskimi protektorami generała. Generał triumfował! Jeszcze tego samego dnia podczas przemówienia na posiedzeniu Rady Narodowej, generał w euforii zwycięstwa, utraciwszy samokontrolę i nie hamując się, po prostu oficjalnie zapowiedział zemstę! Zostało to zapisane w protokole obrad: „Nie ma sądownictwa polskiego i ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym”.

Miłośnicy generała stoją teraz przed nie byle jakim wyzwaniem, starając się tę jego wypowiedź zbagatelizować. Przekonują nas, że tak naprawdę niewiadomo o jakie obozy generałowi chodziło. Ględzą z nadzieją, że uwierzymy, iż chodziło o obozy dalekie od niemieckiego standardu. Wysilają się tłumacząc, co też miał generał na myśli, mówiąc te słowa. Wszystkie te rozważenia, to typowa mowa-trawa mająca przekonać nas, jakim wspaniałym człowiekiem był generał Sikorski i jak gwałtownymi środkami musiał zabezpieczać sprawy polskie przed nieodpowiedzialnością niektórych polityków i oficerów. Tymczasem Sikorski był po prostu przekonany o swojej doskonałości i nadzwyczajności. Dlatego nie mógł ścierpieć narastającej krytyki. Obawa przed opozycją, razem z jego obsesyjną podejrzliwością, były powodem powstania tych obozów. Bo obozy, proszę państwa, naprawdę były!

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 11 (183) 14 – 27 czerwca 2013

X