Eros w legionach

Eros w legionach

Pocztowka "Przestrach"Również na Wołyńskim odcinku nacierającym legionistom powodziło się nie najgorzej. Bariera językowa nie sprawiała większego problemu i kontakty nawiązywano dość łatwo. Niestety przesuwanie się frontu sprawiało, iż zawiązane znajomości bardzo szybko się kończyły, a miejsce dotychczasowych oddziałów zajmowały kolejne. Smutek spowodowany przymusowym porzuceniem ukochanych niejednokrotnie stawał się przyczyną docinek i niewybrednych żartów:

„Martwisz się bracie, gdzie idziesz? – zawołał mały, czupurny, słabo widoczny spod rynsztunku wiarus-kapral. – A no, to ja ci powiem, idziesz, gdzie nazywa się Bezbabie, możesz zobaczyć na mapie obywatela porucznika. Tam będziesz zatykał dziurę, ale nie taką jak tu w Gradysku, ale jeszcze większą, bo to dziura we froncie…” (Felicjan Sławoj Składkowski, Kwiatuszki administracyjne i inne, Warszawa 2005).

Szczególnym miejscem dla legionistów był Kowel, w którym oprócz kluczowego dla wołyńskiego odcinka frontu węzła kolejowego znajdowała się cała masa tyłowych instytucji.

 

Obecność dużej ilości kobiet sprzyjała wszelakim kontaktom, także tym wynikającym z nieporozumień i nie znajomości topografii miasta. Było tak min. w przypadku poszukiwania łaźni dla wojska. Zdarzenie, o którym za chwilę będzie mowa, było potem długo rozpamiętywane przez żołnierzy i stało się przyczyną docinek wymierzonych w dr. Składkowskiego:

„Sam z trzema żołnierzami udałem się obejrzeć drugą, wskazaną mi łaźnię. Po przejściu paru bocznych ulic weszliśmy, w myśl wskazówek, z podwórza do ciemnego korytarza, w którym czuć było już parę. Stąd w mroku otworzyłem drzwi, które poznałem po jasnej szparce, przez którą wydobywało się światło. Otworzyłem drzwi i… zdębiałem. W łaźni był widocznie damski dzień bo około piętnastu kobiet długich i krótkich, grubych i cienkich, czerwonych i bladych – myło się w izbie dość widnej, ale całej zasłanej gęstą parą. Szybko zamknąłem drzwi, nim zdążyły się zorientować w naszym najściu. Stojący za mną z błyszczącymi nie tylko bagnetami, ale i oczami chłopcy ryknęli: „Obywatelu doktorze, my nic jeszcze z tej łaźni nie widzieliśmy!” – zorientowali się bestie od razu, że do łaźni kobiecej wpadliśmy przypadkowo.

 

– Maszerować za mną! – zawołałem, sam grubo speszony tymi nieoczekiwanymi studiami etnograficzno-anatomicznymi, kierując się z powrotem na podwórze tak szybko jak pozwalała na to ciemność korytarza. Szli więc ospale za mną, dzieląc się głośno swymi wrażeniami.
– Jo to bym se wybroł tę grubą, czerwoną, co z cebrzyka wodę lała na siebie – zapiszczał cienko, jak kogucik, niski siedemnastoletni „wiarus”, który „dno” za dużych spodni nosił stale na wysokości kolan.
– Idź szczeniaku – powiedział drugi – toż to stara baba, mogłaby mieć trzech takich synów jak ty. Ja widziałem „brenetkę”, taką w czerwonej chustce na łbie, to ci kobita, a biała jak mąka!
– A skąd wiesz, że brunetka, kiedy chustkę na łbie miała? – odgryzł się pierwszy.
– A ty myślisz że ja ji czas ino na łeb potrzoł, jak obywatel doktór je „inspicirował”. Niedługo było, ale dobre było! Obywatel dokrór ino sam obejrzoł i drzwi zamyko!
– Obywatele dosyć tego gadania – powiedziałem z bardzo sztuczną powagą.
– Cichojta chłopcy! – pojednawczo rzucił milczący dotąd trzeci, robiąc filozofa – obywatel doktór chcioł ino zobaczyć, czy une ni majo… w poprzek!

Wszyscy trzej ryczeli za mymi plecami. Ja tylko – przyśpieszałem kroku (Felicjan Sławoj Składkowski, Moja Służba w Brygadzie).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X