Dywagacje przed szczytem w Wilnie

Dywagacje przed szczytem w Wilnie

Zbliża się szczyt Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Napięcie rośnie niemal z każdym dniem, a politycy, analitycy, dziennikarze rozważają na wszelkie sposoby nie tylko to, czy umowa stowarzyszeniowa pomiędzy Ukrainą i Unią Europejską zostanie podpisana, ale i to, co przemawia za jej podpisaniem.

Toż nawet prezydent Aleksander Kwaśniewski uznał za paradoks fakt, że miałoby to nastąpić za prezydentury Janukowycza i premierostwa Azarowa, polityków utożsamianych z opcją prorosyjską. Jeśli do tego dodamy wyraźny sprzeciw Rosji, której prestiż (budowany w jej własnych oczach) ucierpi w momencie, gdy Ukraina wymknie się jej spod skrzydeł i wciąż przebywającą w więzieniu Julię Tymoszenko, to nielogiczność całej tej sytuacji może przyprawić o ból głowy. Długo przypuszczano, że chcąc zbliżyć się z Unią Europejską, Kijów nie tylko zabierze się za dostosowanie regulacji prawnych do unijnego ustawodawstwa i wypełni brukselskie zalecenia, ale też, chcąc dowieść, że nad Dnieprem przestrzegane jest prawo, wypuści na wolność byłą panią premier. Choć może trzeba było przyjąć, że aby udowodnić słuszność wyroku wobec Tymoszenko, Janukowycz właśnie nie może się ugiąć pod naciskiem zachodnich żądań. Byłoby to równoznaczne z przyznaniem, iż była to decyzja polityczna, a przecież oficjalnie chodziło o przekroczenie uprawnień wynikających z szefowania radzie ministrów.

Dziś prawdopodobne jest, że lada chwila prezydent złagodzi swój stosunek do byłej premier, gdyż nie sposób nie ofiarować żadnego podarunku gospodarzowi, wchodząc w jego progi. Jednakże wciąż jest to as w rękawie i Kijowa, i Brukseli. Pierwszego w oczywisty sposób, a tej drugiej daje możliwość zablokowania zbliżenia z Ukrainą. Można będzie powiedzieć, że przecież chcieliśmy, wyciągnęliśmy do was rękę, ale jednak nie spełniacie standardów. Przecież macie więźnia politycznego, a takich w zjednoczonej Europie nie tolerujmy. W tej sytuacji możemy czekać na niespodziankę w przekonaniu, że jednak lada chwila Tymoszenko dostanie możliwość podreperowania zdrowia gdzieś za granicą, ale w przypadku Ukrainy to, co pewne bywa bardzo złudne.

Fot. jijour.comNie tak dawno wydawało się, że Ukraińcy ugną się pod ciężarem niewyeksportowanych słodyczy, drogiego gazu czy potencjalnych wiz potrzebnych na podróż do Rosji. Tymczasem rosyjskie naciski ekonomiczne przyspieszyły, jak widać, ukraińskie dążenia do Unii Europejskiej, w tym wpłynęły na zwiększenie poparcia dla tego kierunku wśród społeczeństwa negatywnie oceniającego posunięcia Moskwy, jak i na euroentuzjazm oligarchów.

Ukraińskim biznesmenom droga w stronę Brukseli niesie dzisiaj już tylko korzyści. Te najlepiej widoczne to – nowe rynki, ale nie sposób pominąć minimalizacji ryzyka utraty majątku. Oligarchowie zapewne zdają sobie sprawę z tego, że co można było w państwie podzielić czy rozkraść, podzielono i zawłaszczono, więcej się zrobić nie da. Chcąc teraz cokolwiek zagrabić, należałoby wejść w otwarty konflikt z konkurencją, a do tego raczej nikt się nie spieszy – w końcu zawsze trafić można na silniejszego od siebie. Zatem sytuacją idealną będzie możliwość przekształcenia Ukrainy w państwo prawa, roztaczające ochronny parasol nad prywatnymi bogactwami, co oczywiście nie stanie się z dnia na dzień, ale któremu to procesowi sprzyjać będzie przyjmowanie unijnych standardów. Jego finałem będzie nie tylko ułatwienie kontaktów gospodarczych z Zachodem, co jest sprawą ewidentną, ale także zabezpieczenie powstałych fortun i zagwarantowanie sobie poczucia bezpieczeństwa. Przy tym Ukraina, w nowym wydaniu, wyjdzie z kręgu moskiewskich wpływów wzmocniona możliwością argumentowania swoich poczynań koniecznością przestrzegania prawnego ładu czy unijnych dyrektyw, co zapewni jej zupełnie nową pozycję podczas rozmów z Kremlem. Trudno byłoby ją ocenić jako potencjalnie silniejszą, ale na pewno dezorientującą Rosjan, którzy nie będą mogli pozwolić sobie na tak swobodne pogrywanie z Kijowem, jak z państwami unii celnej.

Fot. wyborcza.bizPrzy tym wszystkim, nawet Rosjanie dawkują groźby, gdyż ukraińska integracja z Unią Europejską może nieść potencjalne korzyści dla rosyjskich biznesmenów. Naddnieprzańskie inwestycje mogą stać się dla nich furtką do unijnych rynków. Oczywiście nie są one zablokowane, ale czym innym jest wchodzić na nie z rosyjskiego, a czym innym ze stowarzyszonego podwórka. Rzecz jasna, Moskwa może głośno mówić o tym, że Ukraina straci pozycję strategicznego partnera Federacji Rosyjskiej, ba, przestanie być dla niej podmiotem prawa międzynarodowego, co argumentowane jest faktem, iż po podpisaniu umowy stowarzyszeniowej będzie zobligowana do uzgadniania kwestii dotyczących handlu zagranicznego z Komisją Europejską. Może też i mogłaby obyć się bez ukraińskich towarów (w bieżącym roku 24,7% ukraińskiego eksportu wędrowało do Federacji Rosyjskiej), ale gdzieś musiałaby znaleźć miejsce zbytu dla swoich produktów. W dzisiejszym świecie posiadanie pewnych partnerów jest nie do przecenienia, zatem pozbycie się jednego z nich byłoby dla Rosjan strzałem do własnej bramki. Dlatego wydawać się może, że karawana pójdzie dalej pomimo szczekania przysłowiowego psa, który przy całym hałasie, którego narobi, będzie liczył, że coś uszczknie z zapasów kraju maszerującego w stronę UE.

Jak widać lista potencjalnych beneficjentów, czerpiących zyski z podpisania przez Kijów umowy stowarzyszeniowej, jest całkiem długa i wydawałoby się dość niespodziewana. Niebiescy politycy, prowadzący Ukrainę na zachód, prorosyjski Krym chcący do Unii Europejskiej głosami Tatarów, wietrzących możliwość czerpania zysków z bycia mniejszością narodową w państwie stowarzyszonym, Julia Tymoszenko, która może albo wyjechać na zagraniczne leczenie, albo pokrzyżować odmową wyjazdu szyki Janukowyczowi, oligarchowie na Ukrainie i w Rosji czerpiący zyski z handlu z unijnymi partnerami, a gdzieś tam jeszcze ukraińskie społeczeństwo, które doskonale wie, że w UE żyje się lepiej… Czy zatem jest jeszcze ktoś, komu nie zależałoby na przypieczętowaniu w Wilnie negocjacji? Jeśli nie znajdziemy tego kogoś na Zachodzie, to na Wschodzie może być o to bardzo ciężko.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 19 (191), 15 – 28 października 2013

X