Dni Polskie w Suczawie

Dni Polskie w Suczawie

Już po raz osiemnasty obchodzono Dni Polskie na Bukowinie rumuńskiej.

W ramach wydarzenia odbyło się sympozjum naukowe, pokaz polskiego plakatu, wernisaż malarski, prezentacje książki i polskiej muzyki ludowej. Na zakończenie goście z Polski, Rumunii, Mołdawii i Ukrainy bawili się na polskich dożynkach.

Imprezę otwarto 8 września w Muzeum Historycznym wystawą „Polski plakat o prawach człowieka” prezentująca prace polskich grafików nawiązujących do polskiej szkoły plakatu. Prezentacja odbyła dzięki życzliwości Instytutu Polskiego w Bukareszcie. Przez dwa dni trwało sympozjum naukowe pod hasłem „Historia i dzień dzisiejszy relacji polsko-rumuńskich”. W ramach konferencji odbyły się panele poświęcone historii stosunków polsko-rumuńskich, Rumunii w stosunkach międzynarodowych, kultury polskiej i rumuńskiej i badań nad Bukowiną, gdzie mieszka większość rumuńskich Polaków. Jest to największa konferencja poświęcona relacjom polsko-rumuńskim, gdzie specjaliści z obydwu państw mają okazję podzielić się swoimi doświadczeniami.

Pierwszy dzień sympozjum rozpoczęto minutą ciszy ku czci zmarłej w kwietniu Stanisławy Jakimowskiej, która była, razem z mężem, współzałożycielką Stowarzyszenia Polaków w Suczawie. Zmarła była przez dwadzieścia lat redaktorem naczelnym polskiego pisma w Rumunii „Polonus”, prezesem suczawskiego oddziału Związku Polaków w Rumunii i przez siedemnaście lat współorganizowała sympozjum naukowe, które odbywało się w ramach Dni Polskich.

Po zamknięciu sympozjum odbyła się prezentacja książek naukowych poświęconych Rumunii i Bukowinie, po czym profesor Constantin Geambaşu z Bukaresztu wygłosił referat poświęcony przekładom i recepcji Henryka Sienkiewicza w Rumunii. W ramach akcji Narodowe Czytanie odczytano fragmenty „Quo Vadis” po polsku i po rumuńsku.

Ostatnim wydarzeniem Dni Polskich były dożynki w polskiej wsi na Bukowinie Nowy Sołoniec. Święto rozpoczęła uroczysta msza święta z poświęceniem plonów, po czym wszyscy zebrani udali się na zabawę do Domu Polskiego. Jak co roku, rumuńskie miejscowości wystawiały stoiska, gdzie częstowano smakołykami i domowymi trunkami. Wśród nich była Pojana Mikuli, Plesza, Wikszany, Seret, Bukareszt, Konstanca, Jassy. Swoje stoisko mieli również Ukraińcy z Kaczyki. Na dożynkach występowały zespoły „Mała Pojana” z Pojany Mikuli, „Sołonczanka” z Nowego Sołońca, „Mali Lipczanie” z Lipnicy Wielkiej, siostry Antonia i Ana Vatafu z Braszowa w towarzystwie chłopców z Suczawy zaprezentowały polskie tańce średniowieczne, a reprezentująca Uniwersytet Jagielloński uczestniczka sympozjum pochodząca z Ukrainy Żanna Osikowicz wykonała kilka piosenek z Ukrainy.

Czytanie Quo Vadis Henryka Sienkiewicza

Dni Polskie odbywały się w dniach 8-10 września. Na wydarzenie przybyli: Marcin Wilczek, ambasador Polski w Rumunii, Agnieszka Skieterska, dyrektor Instytutu Polskiego w Bukareszcie, reprezentacja władz Zakopanego i Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego. Dni Polskie zostały zorganizowane przez Związek Polaków w Rumunii i dofinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w ramach funduszy polonijnych.

Rumunia jest krajem, gdzie jest dobre nastawienie do Polski
Z Agnieszką Skieterską, dyrektor Instytutu Polskiego w Bukareszcie, rozmawia Wojciech Jankowski.

Dlaczego Instytut Polski na rozpoczęcie Dni Polskich w Suczawie wybrał wystawę polskiego plakatu?
Staramy się pokazywać w Rumunii te dziedziny sztuki, w których Polska jest bardzo dobra, a w plakacie jesteśmy mistrzami świata, bo polska szkoła plakatu wyrobiła dobrą markę na całym świecie. Pomyśleliśmy, że to dobra okazja, żeby pokazać nasz plakat w odnowionym Muzeum Historii w Suczawie. Plakaty pochodzą z Oświęcimia. Ta wystawa została przygotowana przez międzynarodowe biennale plakatu z Oświęcimia – plakatu społecznego zajmującego się prawami człowieka. To biennale działa od dziesięciu lat. Dzięki międzynarodowemu festiwalowi, biennale zgromadziło już dużą kolekcję plakatów, także plakatów polskich. W tej kolekcji są plakaty dotyczące problemów współczesnego świata, zrozumiałych również dla publiczności rumuńskiej. Chociaż wystawa towarzyszy Dniom Polskim, będzie również oglądana przez rumuńskie audytorium. Myślę, że te plakaty będą tu zrozumiałe, a trzeba dodać, że są piękne. To są dzieła sztuki.

Są to prace nawiązujące do najlepszych tradycji polskiego plakatu, który powoli ginie…
One nawiązują do najwybitniejszych twórców polskiej szkoły plakatu, takich jak Henryk Tomaszewski, Jan Młodożeniec, Jan Lenica czy Franciszek Starowieyski. Czy polski plakat ginie rzeczywiście..? On po prostu świetność ma już za sobą, bo taki okres, gdy polski plakat święcił triumfy i był doceniany na świecie, to okres zimnowojenny. Paradoksalnie wtedy ograniczenia cenzury powodowały, że artyści bardzo często sięgali po metaforę i tworzyli genialne w prostocie i bardzo silne, jeżeli chodzi o przekaz, plakaty. My, jako Instytut Polski, staramy się też polski plakat wspierać. Przywiązujemy dużą wagę do plakatu przy okazji różnych wydarzeń. Przy okazji corocznego przeglądu filmowego staramy się, by plakat był zaprojektowany specjalnie na to wydarzenie.

Poza plakatem, co jeszcze Instytut Polski promuje w Rumunii?
Instytut Polski to łącznik miedzy kulturami tych dwóch krajów, ale zajmuje się nie tylko kulturą. Właściwie zajmujemy się wszystkim poza polityką. Gros naszych działań to aktywności, które robimy z organizacjami pozarządowymi, ze środowiskiem naukowym, także oczywiście z artystycznym. Warto podkreślić, że Instytut Polski z Bukaresztu działa na terenie dwóch krajów – w Mołdawii i Rumunii. To są kraje o zdecydowanie różnych potrzebach. Ze względu na przynależność do UE i rozwój ekonomiczny i społeczny Rumunia ma inne potrzeby. Mołdawia to dla nas też ważny partner, ale tam działania staramy się bardziej dopasować do potrzeb mołdawskich. Koncentrujemy się na doskonaleniu różnego rodzaju umiejętności. Dużym zainteresowaniem cieszy się tam tworzenie wniosków o różnego rodzaju fundusze. Jest taka potrzeba, by uczyć, jak to robić, menadżerów kultury. W Rumunii zajmujemy się wszystkim od sztuki współczesnej po historię. Dużą uwagę przykładamy do dyplomacji historycznej. Możemy wymienić cykl artykułów, które drukujemy w miesięczniku „Historia”, jest to bardzo popularny magazyn, wydawany przez największy koncern medialny w tym kraju. Udało się opublikować szereg artykułów o Polsce i o Rumunii. Co ciekawe, ta współpraca zaowocowała lustrzanym numerem polskiego „Mówią wieki”, ponieważ w tym roku przypada kilka ważnych rocznic związanych z traktatami polsko-rumuńskimi. Ważnym wydarzeniem w tym roku była również wystawa poświęcona rodzinie Ulmów i Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej. Rodzina Ulmów to była rodzina z Podkarpacia, która ratowała Żydów w czasie wojny, a którą w wyniku donosu rozstrzelano razem z dziećmi przez Niemców. Ważnym elementem naszej działalności jest też sztuka współczesna. Staramy się być obecni na największych festiwalach teatralnych i filmowych w Rumunii. Takie dwa sztandarowe wydarzenia – to festiwal filmowy w Klużu i festiwal teatralny w Sybinie (Sibiu po rumuńsku).

Wspomniała Pani o magazynie „Historia”, w którym opublikowano artykuły o Polsce. Czy zgodzi się Pani ze mną, że Rumuni wiedzą o Polsce więcej, niż Polacy o Rumunii. Rumuni wiedzą na przykład, co to Katyń. W drugą stronę trudno szukać podobnej wiedzy?
W pełni podzielam tę opinię. Rumunia jest o tyle wdzięcznym dla nas krajem, że jest bardzo dobre nastawienie do Polaków, czego nie można powiedzieć o Polsce. Kilka miesięcy temu ukazał się po raz kolejny sondaż, z którego wynika, że Polacy raczej nie chcieliby mieć za sąsiadów Rumunów. To wywołuje tu zawsze reakcje nawet nie negatywne – Rumuni dziwią się dlaczego tak jest. zdecydowanie Polacy wiedzą mniej o Rumunii, niż Rumuni o Polakach. Tutaj pamięć o wspólnych elementach historii, również pamięć o polskich uchodźcach w czasie II wojny światowej jest wciąż żywa. Często to jest doświadczenie rodzinne. Nasza praca polega na tym, że Rumuni poznają lepiej Polaków, z kolei nasi koledzy z Polski pracują nad tym, by Polacy poznali rumuńską kulturę i historię. Liczę na to, że nasze działania przyczyniają się do bliższego poznawania siebie. To co jest dobre – obserwuję, że coraz więcej Polaków przyjeżdża do Rumunii. Miasta siedmiogrodzkie są pełne polskich turystów. Słychać język polski na ulicach Braszowa czy Sybinu. Myślę, że to najlepszy sposób na poznawanie się nawzajem.

Dziękuję za rozmowę.

Językiem polskim mówi się tam, gdzie są zwarte grupy
Z Heleną Krasowską, badaczką języka polskiego na Bukowinie, rozmawia Wojciech Jankowski.

Gdzie na Bukowinie ukraińskiej mieszkają Polacy? Skąd tu przybyli?
Ważną grupą wśród Polaków przybywających na Bukowinę byli górale czadeccy. Oni dotarli tu w 1803 roku. Mieszkają w Piotrowcach Dolnych, Starej Hucie, Terebleczu. Pozostała migracja też miała miejsce w XIX wieku z Małopolski, ze Lwowa. W Czerniowcach mieszka do tej pory rodzina Kuczabińskich, stroicieli fortepianów. Oni pochodzą z tej emigracji…

Przedmiotem Pani badań naukowych był język polskich górali. Jakim językiem oni mówią? Czy to jest język, który się zachował? Czy jest odradzany? Wiemy, że pracują w tych wsiach nauczyciele języka polskiego, ale jak mówią zwykli ludzie?
To zależy od miejscowości. W tej chwili prowadzimy projekt Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Mowa polska na Bukowinie Karpackiej jako dziedzictwo kulturowe. Dokumentacja zanikającego dziedzictwa narodowego”. Nasz zespół przeprowadził badania w rejonie storożynieckim we wsiach Dawideny, Baniłów, Panka, Storożyniec. Zaobserwowałyśmy z Magdaleną Pokrzyńską z Uniwersytetu Zielonogórskiego, koleżanką, która bierze udział w projekcie, że językiem polskim mówi się tam, gdzie są zwarte grupy – są Piotrowce Dolne i Stara Huta, natomiast tam, gdzie Polacy mieszkają w rozproszeniu, już przechodzą na język ukraiński. Na przykład w mojej rodzinnej miejscowości, w Pance, w rodzinach po polsku już nikt nie mówi.

W Pani domu w którym języku rozmawiano?
Mówiło się gwarą języka ukraińskiego, ponieważ mój tata był Polakiem, moja mama była Rumunką i doszli do porozumienia, że językiem wychowania będzie język edukacji, to znaczy ukraiński.

Na Bukowinie są jeszcze Polacy czerniowieccy. W jakim języku mówią? Kiedyś przypadkiem byłem świadkiem, jak dwie Polki na ul. Pańskiej [obecnie Olgi Kobylańskiej – red.] rozmawiały po polsku.
Być może był to przypadek, że na ulicy Pańskiej spotkały się dwie Polki, które się znają. Polacy w Czerniowcach rozmawiają ze sobą po polsku, ale to ma miejsce albo wokół kościoła, albo na ulicy. Natomiast nie mają już rodzin polskich, które w domu mówią po polsku. Są to rodziny mieszane. Również jest to odzwierciedlone w naszych badaniach. Odwiedzamy z koleżanką rodziny polskie w Czerniowcach i obserwujemy, że językiem domowym jest ukraiński. Natomiast osoby mówiące po polsku – zazwyczaj są to starsi – chcą rozmawiać po polsku z osobami, które przyjechały z Polski.

Ma Pani w swoim dorobku naukowym również badania dotyczące wschodu Ukrainy. Stworzyła Pani książkę, która jest chyba jedynym udokumentowaniem społeczności polskiej w Donbasie. Prowadziła Pani badania kilka lat jeszcze przed wojną. Proszę powiedzieć, jaki obraz Pani uzyskała i czy coś z tego świata jeszcze pozostało? Wiemy, że w Donbasie giną ludzie. Wojna wywołała migrację.
Były to najciekawsze badania w moim życiu, ponieważ badania bukowińskie nie stanowią dla mnie nowości. Pochodzę stąd, miejscowe realia są mi znane z dzieciństwa, natomiast badania w obwodzie donieckim i zaporoskim były czymś zupełnie innym. Były one prowadzone wśród ludności miejskiej, a takie badania prowadzi się innym metodami. W Donbasie Polacy nie mówią po polsku. Polszczyzna nie występuje tam nie tylko jako język domowy, a nawet nie jako język religii! W Czerniowcach spotykamy się z tym, że język polski jest w kościele. Ciągle wraca wątek kościoła. Tu są odprawiane msze święte po polsku. Polacy byli skupieni wokół kościoła, jeżeli pytamy o polskość, to słyszymy „bo był kościół”. Kościół był otwarty przez cały czas komunizmu. W Donbasie było zupełnie inaczej, nie było kościoła, nie było zwartego osadnictwa. Polacy są tam bardzo rozproszeni. Pierwsze polskie stowarzyszenie powstało w 1994 roku. Były one zresztą głownie zakładane przez Polaków pochodzących z zachodniej Ukrainy: ze Lwowa, z Iwano-Frankiwska, z Winnicy. Badania były prowadzone przed 2012 rokiem. Ja wówczas nie spodziewałam się, że za dwa lata ten teren i ta społeczność będą zupełnie inne, że rozpocznie się wojna. Niemniej w tym czasie jedna z informatorek, udzielając szeptem wywiadu, powiedziała, że ona za dużo nie powie, ponieważ za kilka lat będzie wojna. I dwa lata później to się stało!

W tym okresie jeszcze nikt nie myślał o Majdanie, że tak się potoczy historia. Ta kobieta powiedziała, że w domu się nie przyznaje, że jest Polką, dlatego że będzie wojna. Co Pani wtedy pomyślała?
Pomyślałam, że pani jest osobą starszą, nie zna realiów, że to co powiedziała wynika z jej życiowych doświadczeń życiowych, bo straciła męża i rodziców na Syberii… Przemilczałam, nie odpowiedziałam. W sytuacji badań nie sprzecza się z rozmówcą.

Dziękuję za rozmowę.

Rumuni bardzo dobrze oceniają Polskę
Z Gerwazym Longherem, prezesem Związku Polaków w Rumunii, deputowanym do parlamentu Rumunii, rozmawia Wojciech Jankowski.

To już osiemnasta edycja sympozjum naukowego. Piękny dorobek!
Przeszliśmy już osiemnaście lat razem z przyjaciółmi z Polski, z Rumunii, z Ukrainy, z Mołdawii. Jest to sympozjum, które łączy nas – Polaków i Rumunów. Przez osiemnaście lat przyjeżdżają profesorowie z różnych uniwersytetów z wymienionych przeze mnie krajów, wygłaszają swoje referaty o wydarzeniach historycznych i społecznych.

Jest Pan prezesem Związku Polaków w Rumunii ale również reprezentuje Pan społeczność polską w parlamencie. Jak wygląda w tej chwili współpraca Polski i Rumunii?
Współpraca między naszymi krajami była bardzo dobra od zawsze. Mieliśmy szereg wizyt wysokich przedstawicieli władz polskich w Rumunii. Na przykład prezydent Aleksander Kwaśniewski w 1996 roku. Nie będę ich wszystkich wymieniał – wszyscy marszałkowie byli w Rumunii i odwiedzali naszą Polonię. Dwa tygodnie temu mieliśmy historyczną wizytę. U nas, na Bukowinie, w Nowym Sołońcu było dwóch premierów – Beata Szydło i Dacian Cioloş. Odbyło się to spotkanie w Nowym Sołońcu w Domu Polskim, dokąd przybyli delegaci wszystkich stowarzyszeń z Bukowiny. Był to dla nas wielki dzień.

Jak rumuńskie media oceniają te wizyty? Jak opisały Panią premier?
Rumuni bardzo dobrze oceniają Polskę, ponieważ Polska walczy dla swoich obywateli. To widać. Ja teraz relacjonuję tylko to, co piszą tu w prasie i co komentują różni analitycy. Jest bardzo dobrze oceniana walka z innymi krajami, które chcą przeforsować swoje przedsięwzięcia.

Czy to znaczy, że stosunek rumuńskich analityków jest pozytywny do takich państw, jak Węgry czy Polska, które starają się mocno zaznaczyć swoje stanowisko w Unii Europejskiej?
Najbardziej pozytywnie są nastawieni do Polski, bo wiemy, że Rumunia nie ma z Węgrami zbyt dobrych stosunków. Polska dobrze sobie poradziła w Unii Europejskiej. Zebrała najwięcej funduszy.

W Polsce mówi się w tej chwili o tym, że sprawa brexitu może spowodować powrót części Polaków do kraju. Czy w Rumunii może zaistnieć podobne zjawisko? Czy Rumuni w Wielkiej Brytanii myślą o powrocie?
W czasie tego spotkania naszych premierów była także mowa o brexicie. Może da się razem jakoś zareagować, coś wynegocjować. Wiemy przecież, że nasze dwa kraje razem są mocne. Bardzo dużo Polaków i Rumunów jest w Wielkiej Brytanii.

Jak wygląda przyszłość Polaków w Rumunii? Emigracja zarobkowa z Rumunii przecież dotyczy również młodych Polaków z polskich wsi tu, na Bukowinie.
W ostatnich latach statystyki pokazują, że jest to dla nas niekorzystne. Bardzo dużo młodych ludzi wyjeżdża za granicę w celach zarobkowych, ale ważne jest to, że nasi, rumuńscy Polacy wracają do Rumunii. Budują domy, otwierają mały interes i po powrocie chcą tu mieszkać. Nie wiadomo, jak to się zakończy. Nie wiadomo, jak potoczy się historia Unii Europejskiej.

Wracając do Dni Polskich, czy Pan ma poczucie, że coś jeszcze powinien zrobić? Ma jakieś marzenia dotyczące ich zrealizowania w kolejnych edycjach?
Ja bym chciał, by te Dni Polskie trwały jak najwięcej lat. One łączą tak dużo ludzi z różnych krajów. To jest największa konferencja dotycząca naszych stosunków.

Po wysiłku intelektualnym, po spotkaniach naukowców, ostatniego dnia odbywają się dożynki w Nowym Sołońcu.
Tak, to jest nasze, polskie święto, które wprowadziliśmy nawet wśród Rumunów. Oni też już zaczęli po wioskach rumuńskich dożynki obchodzić. To jest już jedenasta edycja dożynek na Bukowinie. To będzie dobra okazja, by profesorowie, którzy przybyli na sympozjum, poznali też tę stronę folklorystyczną, kulturalną naszych rumuńskich Polaków.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmowy zostały nagrane w czasie trasy Radia Kurier i Radia Wnet w Czerniowcach 11 sierpnia 2016 roku. Projekt badawczy „Mowa polska na Bukowinie Karpackiej. Dokumentacja zanikającego dziedzictwa narodowego” odbywa się w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Helena Krasowska jest profesorem Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk w Warszawie.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 17 (261) 16-29 września 2016

X