Czy Zachód nam pomoże?

Czy Zachód nam pomoże?

Mimo obojętnej i wyniosłej postawy Zachodu wobec losu Ukraińców, spory procent ludzi nadal wierzy w to, że zachodnie demokracje przyjdą na pomoc Ukrainie.

 

Bo przecież filary zachodniej cywilizacji nie mogły nie dojrzeć, kto walczy o wolność i demokrację, a kto jest po stronie autorytaryzmu i represji. Przyglądając się obecnej polityce UE, z politowaniem patrzę na naiwnych romantyków, którzy tak uparcie bronią swojej iluzorycznej wizji zachodniego świata.

Raz jeszcze o wartościach
Unia Europejska stale pracuje nad swym wizerunkiem. Szczęśliwcy z zza europejskiego płotu mają pod dostatkiem uciech, dobrobytu i sytego życia. Ale nie poprzestali na tym, postanowili zostać włodarzami wartości duchowych. Czytamy o tym, że w świecie panuje opinia jakoby Unia była przede wszystkim sojuszem ekonomicznym. Tak jest nie do końca: – UE jest „unią wartości”. Nikt nie poddaje wątpliwości, że UE opiera się na precyzyjnie sformułowanych wartościach humanistycznych: ochronie ludzkiej godności, wolności, demokracji, równości, państwa prawa, ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Okazało się jednak, że są to hasła do użytku wewnętrznego. Wszystkie te zasady działają jedynie na terenie UE. A co z rolą Unii Europejskiej wdrażającej wartości w otaczającym ją świecie? Czy najedzona Unia gotowa jest do zaryzykowania przynajmniej odrobiną swego dobrobytu dla utrwalenia wartości na całym kontynencie?

Więcej na ten temat dowiemy się analizując politykę zewnętrzną „Unii wartości”. Europejskie przywiązanie do wartości humanistycznych (lub przeciwnie – wierności mamonie) najdobitniej ilustrują kryzysowe momenty historii. Ze strachem i niedowierzaniem obserwowała stara, dobra Europa rozpad ZSRR i paradę niepodległości. Ale ten strach i niedowierzanie były podyktowane nie tyle brakiem sterowania tym procesem, ile obawą o własne bezpieczeństwo i dobrobyt. Nie jest żadną tajemnicą, że unijni politycy i dyplomaci przyzwyczajeni są do życia i pracy w systemie dwubiegunowym, gdzie wszystko było jasne i zrozumiałe. To przekonanie nadal panuje w głowach wielu europejskich dostojników, którzy mają możliwość podejmowania decyzji. Chęć podzielenia Europy Wschodniej na strefy wpływu przez europejskich polityków i Putina jest jednym z takich atawizmów starego modelu stosunków międzynarodowych.

Na przykład, politycy niemieccy nadal uważają, że mają pełne prawo razem z Putinem decydować o losach niepodległych państw, bez udziału zainteresowanych. Przy tym „unię wartości” wcale nie martwi ani autorytarny styl rządzenia w Rosji, ani brutalne zduszenie przez Putina demokratycznych mediów we własnym państwie i wprowadzenie w zamian „ręcznie sterowanych”, potężnych tub propagandowych. Cywilizowany Zachód zdolny był jedynie do pokiwania palcem. Kilka razy wytknął prezydentowi Putinowi masowe mordy w Czeczenii i agresję w suwerennej Gruzji. Nie są to jednak największe zarzuty wobec UE. Najistotniejsze jest to, że UE nie tylko nie stanęła solidarnie w obronie wartości demokratycznych, ale nadal kontynuuje rozmowy z człowiekiem, który otwarcie głosi swoje neoimperialne plany.

Mam wrażenie, że bogaci zachodni politycy zamiast całego szeregu demokratycznych rządzących wolą mieć do czynienia z jednym dyktatorem. Wydaje się, że historia się powtarza, choć bardzo bym tego nie chciał. Kiedyś na międzynarodowej konferencji w Berlinie słuchałem wystąpienia rzecznika rządu niemieckiego w sprawie Jugosławii. Ekspert przyznał, że Niemcy nie wtrącają się do konfliktu i czekają na zwycięzcę, a potem przyznają mu prawo na zarządzanie przejętym terenem. O ochronie społeczeństwa przed bestialstwem wojskowych, ochronie mniejszości narodowych, gwarancjach nietykalności własności prywatnej, gwarancji prawa do życia i wolności – w ogóle nie było mowy. Jeśli takie podejście jest do dziś aktualne, to „zachodnie demokracje” muszą zrzec się fałszywej, pseudodemokratycznej retoryki i ogłosić wszem i wobec, że popierają podstawowe wartości w granicach UE. Będzie to przynajmniej zgodne z prawdą.

Jest rzeczą znaną, że najlepsze interesy robią firmy z krajów demokratycznych, kiedy mają dostęp do rynków reżymów autorytarnych. Nie było przecież żadnych protestów rządu francuskiego czy niemieckiego przeciwko współpracy z niedemokratycznym rządem Chin. Subtelni obywatele europejscy lekko się zżymali na widok towarów z Azji Południowo-Wschodniej, bo wykorzystywana jest tam niewolnicza praca dzieci. Na tym oburzenie się skończyło. Firmy europejskie nie słuchały apelu nawołującego do bojkotu autorytarnego reżymu na Białorusi, wręcz przeciwnie rzucili się do robienia „geszeftów” z Łukaszenką. O współpracy ekonomicznej z Rosją nie warto nawet wspominać. Gorzej, bo lobby finansowe z państw UE wzbogacając się w Rosji naciskają na swoje rządy, namawia polityków do współpracy z Władimirem Putinem.

Jeżeli politycy UE myślą, że uda się im zaspokoić apetyty Putina, oddając mu na pożarcie niezrozumiały twór o nazwie Ukraina, to głęboko się mylą. Apetyt, z zasady, rośnie w miarę jedzenia. Dobrze pamiętamy taktykę „zaspokojenia agresora”, którą zastosowali politycy, żeby zaspokoić apetyt Hitlera. Wszyscy wiemy, czym to się skończyło.

Zabawy kurtuazyjne
Podział stref wpływu w Europie Wschodniej pomiędzy UE, gdzie pierwsze skrzypce grają Niemcy, i putinowską Rosję może mieć fatalne skutki. I to, że Europa uważa dotychczasową sytuację na Ukrainie za godną uwagi tylko dla swoich dyplomatów jest bardzo wymowne. O konieczności opracowania precyzyjnego dokumentu na temat uregulowania sytuacji na Ukrainie mówią jedynie trzy państwa: Litwa, Polska i Szwecja. Tacy gracze jak Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy i Hiszpania – sprzeciwiają się kategorycznie. Z całą pewnością, tradycyjnie uważają, że nie warto współpracować bezpośrednio z Ukrainą, dość przekonać o tym Putina. Dobrą wymówką, jest to że na szczycie Rosja-UE zostanie omówiona „kwestia ukraińska”, czemu kategorycznie sprzeciwia się Putin. Znów widoczna jest tu ohydna polityka „zaspokojenia agresora”. Jak donieść do zatwardziałych niemieckich dyplomatów, że kurtuazyjna gra dyplomatyczna z Putinem zabija samą ideę i wartości, którymi kierują się Niemcy? Jak można im wytłumaczyć, że rozmowy dyplomatyczne warto prowadzić nie tylko ze spadkobiercami narodów imperialnych oraz, że nadszedł już czas na dostrzeżenie młodych narodów na kontynencie europejskim? Jak możemy wyjaśnić dyplomatom, że dla zapobieżenia kryzysu na Ukrainie trzeba przede wszystkim rozmawiać z Ukraińcami?

W poprzedni czwartek kanclerz Angela Merkel powiedziała, że nie widzi podstaw do wprowadzenia sankcji przeciwko rządowi ukraińskiemu. Gdyby kanclerz Merkel powiedziała szczerze, że nie wierzy w to, że wszystkie państwa Unii zagłosują za wprowadzeniem sankcji, to można byłoby jej uwierzyć. Wiemy przecież jak bardzo zróżnicowana jest zjednoczona Europa, na ile partykularne są interesy rządów różnych państw. Pani Merkel zabrakło „okularów”, przez które można zobaczyć skorumpowane ukraińskie sądy; niedemokratyczne ustawy przyjmowane w skandaliczny sposób przez Radę Najwyższą zmanipulowaną przez reżym Janukowycza; przestępców w mundurach, którzy wspólnie z przywódcami ugrupowań kryminalnych wykradają ludzi ze szpitali, katują ich i mordują. Kanclerz nie widzi tego, że władze odgórnie kierują kryminalistów do walki z mieszkańcami Kijowa, a ci biją przypadkowych przechodniów do utraty przytomności. Kanclerz nie chce nawet spojrzeć na rozebranego na mrozie przez Berkut obywatela Ukrainy i nie widzi znęcania się oraz poniżania ludzkiej godności, dokonywanego przez ludzi w mundurach milicyjnych. Być może, jako Niemka, nie chce tego zobaczyć, bo wywołuje to niepożądane aluzje historyczne? Mam wrażenie, że pani Merkel dostała od doradców szkło powiększające z dużą liczbą dioptrii, przez które nie zobaczy setek tysięcy protestujących w Kijowie, walczących o wartości demokratyczne, które podobno krzewi UE, za to chce dostrzec różnego rodzaju ekstremistów i neonazistów. Bo, jak wiemy, współczesne Niemcy są na tyle „purystyczne”, że nie prowadzą pertraktacji z niedemokratycznymi Chinami i autorytarnym reżymem Putina, a niemiecka polityka zewnętrzna jest na tyle sterylna, że nikt na świecie nie może dorównać czystości zamiarów niemieckich dyplomatów. Być może byłoby lepiej gdyby nie wyjeżdżali poza granice Berlina i napawali się swój nieskalaną czystością? Być może wówczas zamiast ciągłego przypominania o wartościach, nareszcie mogliby zacząć żyć według tych zasad i walczyć o ich utwierdzenie? Bo jest to nie tylko zobowiązanie protokołem dyplomatycznym, ale misja prawdziwych obywateli.

Wiadomo, że nie działa sprawiedliwość wybiórcza, podobnie jak nie ma wybiórczego uzasadnienia. Zrozumiałe jest, że na kijowskim Majdanie obecni są różni ludzie, mają rozmaite przekonania i różne cele. Nikt nie zaprzecza, że na Majdanie w Kijowie i innych miastach Ukrainy obok ludzi o nastawieniu demokratycznym, pojawili się kibole oraz członkowie różnych marginalnych nacjonalistycznych i lewackich ugrupowań. Ale nie oni są głosem tych protestów. Zresztą kibole zachowali się nietypowo. Zamiast rozwalać wszystko co wpadnie im pod rękę, zabrali się do ochrony pokojowych demonstracji przed atakami milicji i zmobilizowanych przez władze elementów kryminalnych.

Warto przypomnieć, że prawie dwa miesiące protesty miały charakter pokojowy. Na głównej scenie trwały występy artystów, przemawiali politycy, działacze społeczni, duchowni. Radykalizacja nastąpiła po bezprecedensowym ataku reżymu Janukowycza na wartości demokratyczne. 16 stycznia, na przekór zdrowemu rozsądkowi i regulaminowi Rady Najwyższej, parlament przyjął antydemokratyczne ustawy. Przyczynił się do zaostrzenia sytuacji również brak zaufania do liderów opozycji, obwiniono ich we współpracy z władzą. Podejrzenia opierały się na tym, że opozycja, żeby nie zepsuć sobie stosunków z UE, i oczekując od niej odpowiednich propozycji, przeciągała sytuację. Młodzi radykałowie zobaczyli w tym podstępny „plan”, że Europa razem z Putinem oczekuje na wyciszenie Majdanu, kiedy ludzie z uwagi na trudne warunki pogodowe rozejdą się do domów i wszystko się skończy. W wyniku tego na pierwszej linii frontu pojawiły się radykalne elementy, zbudowały barykady, uzbroili się koktajlami Mołotowa i zaczęli działać. Uczynili kilka krwawych ataków, stracili kilka ludzkich żyć i walczyli, nie zważając na silny mróz i zmęczenie. A syta Europa uparcie nie chce widzieć w nich walczących z autorytarnym reżymem i doprowadzić do sankcji przeciwko reżymowi i ograniczenia wjazdu do UE winnych kryzysu.

Jest jasne, że obywatel Zachodu, a tym bardziej polityk konserwatywny i urzędnik państwowy wysokiego szczebla, przestraszy się koktajli Mołotowa i palących się barykad na centralnych ulicach jednej ze stolic europejskich. Być może w myślach przenoszą te wydarzenia do siebie, do państw ze stabilnym, dobrym życiem. Prawdopodobnie, w tym czasie przenoszą oni na pewno skojarzenia z palącymi się autami w Marsylii, protestami w Atenach. Nie potrzebują płonącej Ukrainy. Ale co dalej z wartościami, na podstawie których zjednoczyli się? A może wszystko jest o wiele prostsze? Może cały ten teatr dyplomatyczny powołany jest do demonstracji zaniepokojenia do tego czasu, póki putinowska Rosja nie zrealizuje swego planu? Bo czegóż nie zrobisz, aby zachować swój dobrobyt? Z kim nie połączysz się, nie zaprzyjaźnisz…

„Niech inni prowadzą wojny, ty, szczęśliwa Austrio, zaślubiaj”
To zdanie historycy przypisują węgierskiemu królowi Korwinowi. Takimi samymi słowami scharakteryzował on szczęśliwą politykę dynastii Habsburgów, sens której polegał w „powiększaniu” terenów imperium nie drogą wojen, a przez śluby dynastyczne. Od tych czasów wiele wody upłynęło w Dunaju i sami Austriacy coraz częściej nazywają stare imperium Habsburgów pierwowzorem UE.

W krótkim czasie z sukcesem „uporali” się ze swoja przeszłością. Pomimo austriackiego pochodzenie Adolfa Hitlera i wielotysięcznych manifestacji na Handelplatzu z okazji Anszlusu, Austriakom udało się uzyskać miano pierwszej „ofiary” nazizmu.

Dziesięcioletnia obecność sowiecka w Austrii nie doprowadziła do całkowitej denacyfikacji i dlatego w zacisznej alpejskiej republice stał się możliwy fenomen Partii Swobody. Wraz z rozpadem Związku Sowieckiego Austria stałą się cichą przystanią dla różnego rodzaju bogatych złodziei, rosyjskich i ukraińskich oligarchów i rodzin dyktatorów z Azji Środkowej. Gwarancje tajemnicy bankowej jak magnes przyciągały tych wszystkich, którzy ukradli swoje pieniądze i poszukiwali sposobu, żeby je dobrze ukryć.

Dla austriackich polityków-europejczyków obojętne było przestępcze pochodzenie tych fortun. Bo miały pracować na gospodarkę w ich kraju. O tym, że przypływ takiej ilości bogatych przestępców może wpłynąć na ich państwo, nikt nie podejrzewał. Obecnie nowi bogaci obywatele Austrii skupują nieruchomości. Kupują stare rodowe pałace i urządzają tu głośne hulanki i bale: realizują swoje wyobrażenie o życiu towarzyskim. Wszystko to nabrało karykaturalnych form i kultura Mozarta i Straussa powoli nabiera postsowieckiego wyrazu. Wiadomo jednak, że należy zrobić wszystko żeby kraj kwitł i panował w nim dobrobyt. Po pewnym czasie ręce przestają wyczuwać lepką substancję na banknotach, które tak szczodrze wlewają się do ekonomiki państwa…

Austriaccy dyplomaci często lubią zasłaniać się opowieścią o bezsilności „maleńkiego państewka”, które nie jest w stanie wpłynąć na poważne procesy międzynarodowe. Wystarczy po prostu zbadać pochodzenie pieniędzy zamożnych Ukraińców i oligarchów, którzy mają swoje biznesy w Austrii. Same skąpe wiadomości o kłamstwie podatkowym braci Klujewych wystarczy, żeby zastosować przeciwko nim sankcje. Warto byłoby zainteresować się działalnością firmy, właścicielem której jest niejaki pan Reinhard Proksh. Zajmuje się ukrywaniem majątków „zapracowanych” przez rodziny Azarowa i Janukowycza. Oprócz tego warto byłoby zainteresować się działalnością oligarchy Firtasza i tym, w jaki sposób poprzez kontrolowane przez siebie media wpływa na wolność słowa na Ukrainie.

PS
Gdyby Niemcy przestały wreszcie myśleć w kategoriach imperialnych i oprócz putinowskiej Rosji zobaczyły niepodległą Ukrainę, gdyby zrezygnowały z dzielenia z Putinem świata na strefy wpływu, a przekształciły się w kraj gwarantujący utrwalenie wartości europejskich na przestrzeni postsowieckiej – byłaby to nieoceniona pomoc dla Ukrainy. Gdyby Austria, na którą z zachwytem spoglądają zachodni Ukraińcy, mogła ofiarować choćby cząstkę swego dobrobytu i aresztowała konta bankowe ukraińskich oligarchów i zainicjowała zakaz ich wjazdu do strefy Schengen – to też byłaby pomoc dla Ukrainy.

Europejczycy, warto nie tylko deklarować wartości i zasady, ale żyć zgodnie z nimi.

Artykuł ukazał się w wersji ukraińskiej na stronie zaxid.net

Wasyl Rasewycz
Tekst ukazał się w nr 2 (198) za 31 stycznia – 13 lutego 2014

X