„Czarodziejski flet” – Post Scriptum

„Czarodziejski flet” – Post Scriptum

Z dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim rozmawiał Eugeniusz Sało.

Wystawił Pan w operze lwowskiej „Mojżesza” Myrosława Skoryka, „Orfeusza i Eurydykę” Glucka, a teraz przyszedł czas na „Czarodziejski flet” Mozarta. Skąd pojawił się pomysł wystawienia kolejnego wielkiego dzieła?
Jeżeli realizacja „Mojżesza” Myrosława Skoryka była propozycją teatru, to już „Orfeusz i Eurydyka” Glucka to moja oferta repertuarowa, no i po niej po kilku latach został przyjęty „Czarodziejski flet” Mozarta. Wyznam, że nie były to przypadkowe poszukiwania. Starałem się, aby moje propozycje wzbogacały repertuar lwowskiej opery o dzieła rzadko wystawiane na tej scenie i abym mógł mieć wolną drogę nie obarczoną poprzednimi realizacjami.

Co zaś dotyczy samej postaci genialnego austriackiego kompozytora, to wyznam, że właśnie u Mozarta uczyłem się wrażliwości muzycznej, co prawda, na muzyce instrumentalnej, przede wszystkim fortepianowej. Na jego dzieła operowe czas przyszedł nieco później. W czasach moich studiów uniwersyteckich pojawiało się we Lwowie grono wybitnych pianistów na czele ze Światosławem Richterem, a w ich repertuarze oczywiście królował Mozart. Miejsce opery na razie zajmowało monumentalne „Requiem”, o dziwo, w latach 50. dość często wykonywane w filharmonii. A z „Czarodziejskiego fletu” jedynie legendarna aria Królowej Nocy wykonywana na różnych „państwowych” koncertach przez znakomitą wówczas śpiewaczkę Bellę Rudenko. Dziś trudno to zrozumieć, bo treść tej arii nie bardzo pasowała do państwowotwórczych programów owych koncertów, ale najwidoczniej bardziej liczyło się wysokie „C” niż sens arii, w której królowa wzywa do zemsty i odwetu. Ale to wszystko było dawno – natomiast już w 1980 roku byłem zupełnie blisko postaci swojego ulubionego kompozytora, ale dzięki innemu twórcy – mianowicie, dzięki muzyce Mikołaja Rimskiego-Korsakowa, realizując w telewizji lwowskiej jego operę „Mozart i Salieri” opartą o tekst Aleksandra Puszkina. Wykonawcami byli znani śpiewacy lwowskiej opery Włodzimierz Ignatenko (Mozart) i Włodzimierz Łubianyj (Salieri), a dekoracje zaprojektował Walery Bortiakow.

A więc droga do realizacji „Fletu” nie była przypadkową, pozostawało tylko przekonanie dyrekcji teatru, że warto żeby to ostatnie arcydzieło Mozarta wzbogaciło repertuar teatru, w którym muzyka genialnego wiedeńczyka nader rzadko gościła.

 

Pamina i Papageno (Fot. Danuta Greszczuk)Singspiel Mozarta nie jest to czystej wody materiał operowy. Jest w nim bardzo dużo tekstu mówionego. Jak poradzili sobie aktorzy opery lwowskiej z trochę innym materiałem muzycznym?
„Singspiel” jest formą dość często stosowaną przez kompozytorów i nie tylko osiemnastowiecznych. Dzisiejszy meloman na pewno by się zdziwił gdyby usłyszał kompletną realizację „Carmen” Bizeta z dużymi scenami „mówionymi”. Praca z wykonawcą-śpiewakiem nie bardzo różni się od pracy z aktorem dramatycznym podczas prób, ale gorzej jest już na scenie podczas spektaklu – wtedy cała uwaga aktora-śpiewaka jest skupiona na gestach dyrygenta i oczekiwania „wejścia” w muzykę. I wtedy w łeb biorą wszystkie niuanse, pauzy, tzw. oceny replik partnera, co nie znaczy, że nie trzeba „tworzyć postaci” zgodnie z założeniami roli. Jest jeszcze jedna trudność: tekst mówiony „Fletu” jest w języku ukraińskim, natomiast partie wokalne są wykonywane po niemiecku. Nie jest to sytuacja dla śpiewaka bardzo komfortowa, dlatego trzeba być też bardzo wyrozumiałym i cierpliwym w pracy. Ale cieszę się że pracowałem z bardzo młodymi wykonawcami, którzy odważnie zabrali się do przyswojenia obcego języka. Warto nadmienić, że autorem nowego tłumaczenia libretta Schikanedera jest znany lwowski germanista prof. Jurij Prochaśko, obecnie prowadzący wykłady na uniwersytecie w Dreźnie.

 

Lwowska prapremiera „Czarodziejskiego fletu” Mozarta odbyła się w 1792 roku czyli ponad 200 lat temu. Co takiego jest w dziełach Mozarta, że do dzisiaj nie tracą na aktualności?
Sam fakt, że już w rok po wiedeńskiej premierze „Czarodziejskiego fletu” znalazł się on we Lwowie w 1792 roku dotarł do mnie najpóźniej. Najważniejszym powodem chęci realizacji tej opery jest sam materiał muzyczny, podkreślam muzyczny, bo libretto Schikanedera jest dosyć zagmatwane, a ukryte aluzje do ruchu masonów są dziś mniej istotne. Jak też osadzenie akcji przez autora libretta w Egipcie, wśród piramid. Oczywiście wszelakie zwroty do Izydy i Ozyrysa musiały pozostać, natomiast w częściach mówionych zostały dyskretnie ominięte jak też i miejsca akcji.

Natomiast historia lwowskiej premiery „Czarodziejskiego fletu”, którą tak skrupulatnie opisał w swoim artykule Michał Piekarski jest dla mnie dziwnym zbiegiem okoliczności. Właśnie po tej ul. Teatralnej (wcześniej Rutowskiego) przez dziesięć lat zmierzałem do swojej szkoły nr 24 przy ul. Kochanowskiego (obecnie Lewickiego). Co dzień przechodziłem obok miejsca, gdzie stał dawny lwowski teatr w pofranciszkańskim kościele, w którym odbyła się owa legendarna już dziś premiera.
Czyżby zrządzenie losu?

Widzimy wiele scen gdzie solista śpiewa z chórem – przypomina to oratorium. Czy szukał Pan innej scenicznej formy?
„Oratoryjny” charakter niektórych scen zachowałem podczas rozmowy Zarastro z księciem Pamino i Papageno oraz kapłanami – trudno wyjść poza styl tych dialogów, zresztą też sam charakter tych postaci skłania do tego oraz sytuacje – Święty Gaj, modlitwa i t. p.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X