Czar Bukowiny – dotknięcie nieznanego (cz. II)

Czar Bukowiny – dotknięcie nieznanego (cz. II)

Kościół w Nowym Sołońcu. Obok kapliczka rzeźbiarza Bolka Majeriki (Fot. Konstanty Czawaga)

Za czasów komunistycznych księża, którzy tutaj pracowali nie mieli prawa ani katechizować, ani mówić po polsku – kontynuuje ks. Buczewski. – Uroczystości zawsze były „kontrolowane” przez funkcjonariuszy partyjnych. W czasie Mszy św. organizowano inne imprezy, żeby ludzie nie mogli przyjść do kościoła. „Ale to nie przeszkadzało ludziom w uczestniczeniu we mszy. Aby nikt nie widział, chrzcili dzieci w nocy. Wszędzie tak się robiło, we wszystkich krajach komunistycznych. Im bardziej zabraniali spotkań w Kaczycy na odpuście, tym więcej ludzi przychodziło. I zawsze były Msze św., czy to po polsku, czy po niemiecku, czy po rumuńsku.

Ks. Kazimierz Kotlewicz, który był tutaj prawie 30 lat proboszczem, chodził między Sołońcem, Pleszem a Pojaną Mikuli i wszędzie odprawiał msze w języku polskim. Najczęściej miał ze sobą torbę z jedzeniem, aby go wilki nie zjadły. Później z Polski zafundowano mu samochód terenowy. Dziękujemy Bogu, że był taki człowiek i mógł polskość tutaj podtrzymywać. A grekokatolicy przechodzili na wiarę prawosławną. Do II Soboru Watykańskiego był spór między katolikami a prawosławnymi. Po latach 90., kiedy przeszli z powrotem na grekokatolicyzm, te związki stały się bliższe. Teraz kontakty rozwijają się coraz bardziej.

 

W naszym kościele większość parafian – to ludzie pochodzenia polskiego, ale ostatnio mamy też rodziny mieszane, które nie znają języka polskiego i dla nich odprawia się Mszę św. w języku rumuńskim, aby zrozumieli liturgię i kazanie, aby wracali do domów wzbogaceni obecnością w kościele. Na ogół żyjemy przyjaźnie. Szczególnie wiele zależy od księży. Jak byłem dwa lata proboszczem w Pojanie Mikuli, to tam był ksiądz prawosławny, z którym bardzo się przyjaźniłem i nawet byłem bardzo często na jego odpustach w cerkwi. Mówiłem kazania, a na końcu Mszy św. byłem przy chrzcie dziewczynki Anastazji i uczestniczyłem w różnych uroczystościach. Było to dla mnie bardzo miłe. Na ogół żyjemy przyjaźnie. Wspólnie uczestniczymy we Mszy św., kiedy nas zaproszą albo kiedy my ich zapraszamy”.

Ks. Mariusz Stanisław Buczewski opowiedział też, o wspólnym świętowaniu. „Trzeciego Maja mieliśmy uroczystość w Pojanie Mikuli – wspomniał. – Przyjechało 30 księży z Polski, profesorów z Warszawy, Lublina, Krakowa. 11 listopada jest szczególne obchodzone w ambasadzie RP w Bukareszcie, a tutaj obchody Święta Niepodległości są przenoszone na 15 czy 17 listopada, zależy od niedzieli, która przypada najbliżej tego dnia. Mamy też dożynki, na których bardzo często jest nasz ks. biskup. On zawsze popiera polskość. Na Bukowinie wszyscy żyją w zgodzie – i Niemcy, i Polacy, i Rumuni. Po śmierci ks. Józefa Chachuły proboszczem był Rumun. I uczył się modlitw polskich. Bardzo miło wspomina swój pobyt tu przez sześć miesięcy”.

Na warunki materialne ksiądz nie narzeka. Mówi, że na pierwszym miejscu są dary ludzi żyjących w parafii: „Dzięki pomocy posła Gerwazego Longiera jakoś sobie radzimy. To on nam pomagał zdobywać fundusze od państwa (Rumunii red.). Otrzymaliśmy też pomoc od Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie. Przez Dom Polski organizowane są wycieczki. Mamy swój mikrobus. Problemy są zawsze, ale dziękujemy Panu Bogu za to, co mamy. Wymieniliśmy dach, okna, w kościele zrobiliśmy witraże”.
(cdn.)

 

Konstanty Czawaga
Tekst ukazał się w nr 20 (168) 30 października–15 listopada 2012

 

Czytaj też:

Czar Bukowiny – dotknięcie nieznanego (cz. I)


Czar Bukowiny – dotknięcie nieznanego (cz. III)


Obejrzyj galerię:

Polacy na Bukowinie Południowej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X